
Fabuła w grach wideo - wada czy zaleta? Część II

Fabuła w grach wideo - wada czy zaleta? Część I

Iron Sky - recenzja

Princess Chelsea – powrót do krainy marzeń

Horn of the Abyss – nowy mod do Heroes III już jest!

Indie ściema

Prawdziwy zamek Wolfenstein

Xbox okiem pecetowca

Skyrim - wybór z najciekawszych lokacji, część II

Czy gry mogą nas czegoś nauczyć? Wyniki ankiety
|
W poprzedniej części rozważaliśmy warstwę fabularną w grach cRPG - na ich przykładzie (przewrotnie) próbowałem dowieść, że historia nie zawsze musi być ich istotnym elementem (mimo, że z definicji się na niej opierają). Spróbujmy odwrócić sytuację – jeżeli symbolem dobrej fabuły w grach jest gatunek cRPG, to po przeciwnej stronie barykady należałoby postawić bijatyki, wyścigi i FPSy. Co ciekawe, bez większych trudności można znaleźć produkcje, które przeczą temu poglądowi. ![]()
Gry to bardzo dziwne medium – teoretycznie pozwalają na opowiadanie ciekawych, wciągających historii w bardzo efektowny sposób, ale w praktyce w ogóle z tego nie korzystają, bojąc się odzewu większości graczy. Spróbujmy rozważyć, czy istnienie fabuły jest niezbędne do tego, aby dobrze się bawić przy komputerze lub konsoli oraz przyjrzyjmy się kilku grom, w których historia (lub jej brak) w dużej mierze zadecydowała o sukcesie lub klęsce na rynku elektronicznej rozrywki. ![]()
Ponad siedemdziesiąt lat minęło od momentu, w którym III Rzesza wysłała swoich kolonistów na ciemną stronę księżyca. Zbudowawszy tam bazę, aryjscy osadnicy postanowili skupić wszystkie swoje wysiłki na jednym tylko celu – zemście. W 2018 roku powracają na Ziemię, by zaprowadzić swoje porządki. Czy ludzkość ma jakiekolwiek szanse w starciu z nazistowskim Meteoro-Blitzkriegiem? Czy Iron Sky okazał się być prawdziwym Wunderwaffe? Wróciwszy z kina, mam już gotową odpowiedź. ![]()
Zdarzają wam się chwile, w których macie ochotę po prostu siedzieć i patrzeć na to, co dzieje się za oknem? Na promienie słońca przebijające się przez chmury i skrawek zieleni gdzieś w okolicy? Na fragment prawdziwego piękna? Niestety, nie zawsze jest to możliwe – w takich chwilach pomaga muzyka. ![]() Kiedy mam ochotę na coś naprawdę wzruszającego i sentymentalnego, puszczam sobie płytę Lil’ Golden Book i odpływam do krainy, w której Alicja wciąż goni królika, a Kopciuszek ciągle tańczy na swym pierwszym balu. Zespół Princess Chelsea, autorzy krążka, w doskonały sposób potrafią oddać klimat bajek czytanych w długie, jesienne wieczory. Opowiedziane przez nich historie-piosenki są przesiąknięte atmosferą cudowności i nieśmiałej niewinności – dokładnie takich, jakie kojarzą się z dzieciństwem. Delikatny, lekko-słodki głos wokalistki pozwala rozpłynąć się w świecie własnych myśli i uspokoić emocje. Pobrzmiewające tu i tam cymbałki dodają tylko specyficznego, onirycznego posmaku – doznanie jest podobne do słuchania pozytywki znalezionej gdzieś na zakurzonym strychu. To trochę tak, jakby zasypiać na hamaku gdzieś w zacisznym ogrodzie. Podobnie jak przy kołysankach, nie należy spodziewać się ostrzejszych tonów ani żwawszej akcji, a jedynie – usypiającego spokoju.
Po długich latach oczekiwania, rosyjscy moderzy w końcu udostępnili wersję 1.0 swego dodatku do Heroes of Might and Magic III. Modyfikacja dodaje jedno, całkowicie nowe miasto (w klimacie Piratów z Karaibów!) wprowadza też sporo usprawnień do zwykłej wersji gry (Shadow of Death). Nie będę budował napięcia ani stawiał na suspens – od razu napiszę, że mod jest naprawdę świetny. ![]()
Żyjemy w czasach indiegamingu. Coraz łatwiej znaleźć gry nazywające siebie "indie" - i to nawet, jeśli są one tworzone przez spore zespoły programistów, a następnie sprzedawane na Steamie lub innych platformach masowej dystrubucji (za niemałą gotówkę). Jaka jest więc różnica pomiędzy tego typu tworami a "zwykłymi" grami? Zupełnie żadna - to kwestia odpowiednio poprowadzonego marketingu i przypięcia odpowiedniej łatki. ![]() Skąd moje oburzenie? Problemem wydaje mi się być przede wszystkim przekucie oryginalnej, wartościowej idei indiegamingu na język biznesu. Termin "indie" stał się niesamowicie nośny, a wszelkiej maści hipsterzy i "wyjątkowi oraz alternatywni" gracze łatwo dają się wciągnąć do trybików marketingowej machiny. Duża część gier sprzedaje się tylko dlatego, że wydaje się być bardzo głęboka pod względem treści i przekazu, a w rzeczywistości nie zawiera prawie żadnych wartościowych treści. Atrakcyjna otoczka pomaga sprzedać produkt - a o to przecież chodzi.
Połączenie nazizmu z wątkami okultystycznymi to bardzo kusząca pokusa. Wielu dzisiejszych artystów i twórców próbuje złączyć realne, drugowojenne zło ze strasznościami, jakimi karmi nas popkultura. Właśnie stąd biorą się nazi-zombie (Sucker Punch), cybernaziści-mutanci (seria Wolfenstein) czy opętani niemieccy naukowcy (filmy Indiana Jones).
Też się ich baliście w młodości?
Temat inspiracji NSDAP ideologiami pogańskimi to rzecz dobrze znana historykom II wojny światowej – a równocześnie świetny powód do międzyuczelnianej kłótni. Ostatnio miałem okazję zabrać głos w tego typu dyskusji i udało mi się dowiedzieć kilku ciekawych rzeczy. To, co przede wszystkim przykuło moją uwagę, to fakt istnienia zamku, w którym odprawiano dziwne rytuały i dookoła którego prowadzono wykopaliska. Był to ośrodek szkoleniowy SS, a równocześnie centrum nazistowskiej, okultystycznej ideologii. Tak – okazuje się, że zamek Wolfenstein, chociaż pod inną nazwą, rzeczywiście istnieje.
Na tegoroczne święta postanowiłem się przemóc i w końcu kupić sobie Xboxa. Jako że moje dotychczasowe doświadczenia z tego typu urządzeniami ograniczały się do okazyjnych partyjek Mortal Kombat u znajomych, świat gier konsolowych był mi niemal całkiem obcy. Wynikało to nie tyle z jakiejś mojej niechęci do konsoli, co raczej z braku środków na jej zakup. Dlatego też, skoro mam już za sobą operację rejestracji na Xbox Live i kilkadziesiąt godzin grania, mogę się już chyba podzielić swoimi pierwszymi wrażeniami z obcowania z nowym obiektem kultu. Zaznaczam przy tym, że nie mam tu na celu żadnego hejtowania. Chcę tylko opisać swoje odczucia – a więc zatwardziałego (jak dotąd!) pecetowca. ![]()
Seria The Elder Scrolls od zawsze słynęła z malowniczych krajobrazów oraz urzekających widoków. Każdy gracz, który miał okazję zobaczyć Vivec, Czerwoną górę lub Cesarskie Miasto, z pewnością pamięta ich imponujące kształty. Piąta część sagi, umiejscowiona w prowincji Skyrim, kontynuuje tradycje poprzedniczek – podczas naszych podróży po lodowych bezdrożach natrafimy na wiele lokacji, które na trwałe odcisną się w naszej pamięci. ![]() W niniejszym artykule opisałem te, które wydały mi się być najciekawsze – spośród setek interesujących miejsc wybrałem dwanaście, o których długo będę myśleć i rozmawiać. Proszę rozsiąść się wygodnie i podziwiać widoki – oto Skyrim w pełnej krasie!
Kilka dni temu zaprosiłem Was do udziału w ankiecie, którą stworzyłem przy okazji pracy semestralnej na studia. Tematem mojej pracy był wpływ gier wideo na edukację gracza, ze szczególnym uwzględnieniem tytułu Hearts of Iron II. Dzięki wypełnionym przez Was kwestionariuszom, mogłem oprzeć się nie tylko na własnej wiedzy, ale również na porządnych danych statystycznych. W ankiecie wzięło bowiem udział aż 429 osób, co przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Chciałbym w tym momencie podziękować Wam wszystkim i zaprosić Was do obejrzenia wyników - część z nich jest naprawdę interesująca. ![]() |
Czarnym Okiemautor: Czarny Student historii, fantasta, gracz RPG i mistrz gry, fan Star Wars, książek Dicka i Asimova, muzyki metalowej, elektronicznej i trip hopowej. Ponadto zapalony gracz cRPG i strategii.
najnowsze na Czarny
popularne na Czarny
najnowsze na gameplay.pl
|