Paranormal Activity 3 - 90 minut wpatrywania się w ruchome drzwi

Esencja zemsty napisanej krwią - Shank to kozak

Hugo zwycięzca, czyli Scorsese w świetnej formie

Letnie hity filmowe w pigułce przy Super Bowl 2012

The Doctor Who Cloned Me - Duke podniósł się z kolan

Cinema Paradiso #9 - mroźny, mocny luty

Ręce do góry! - recenzja Payday: The Heist

Prawda, wątpliwość, kłamstwo - recenzja L.A. Noire

Dziewczyna z tatuażem = niepotrzebny, aczkolwiek solidny remake

Przed tatuażem - filmografia Davida Finchera

więcej
top blogiROJObarth89raziel88ckHedfsmRockPitaAntareseJayyasiuBrucevskyU.V. ImpalerCayackTommiKSoulcatcherMarcusDogGhostMatio.KCzarnyOleksathornK. GonciarzJikerStriderg40stbataliaKompoKeiikwiśćŁosiuFulko de LorcheMruqeKaroluspromilusEnderKonoKatievilmgAdrian WernerGoozysomadahaCTSGshinekElMundo
22 lutego 201218:31

Nigdy nie pojmę sukcesu serii Paranormal Activity, który uwidocznił się przede wszystkim za Oceanem przynosząc twórcom dziesiątki milionów dolarów przy jednocześnie skromnych nakładach finansowych. Epatowanie schematami, rozwleczenie 30-sekundowego found footage z Youtube'a do półtoragodzinnego filmu, amatorzy w rolach głównych, a do tego trailery ukazujące podskakujących ze strachu widzów na sali kinowej – będę szczery, nie trafia to do mnie. Nawet bardziej efektowny (bo kosztujący ponad sto razy więcej!) sequel nie zmienił mojej opinii. Nietrudno zgadnąć, że trójeczka w tym rankingu nie wybija się szczególnie.

Zobaczyłem ducha - achievement unlocked.

Paranormal Activity 3 cierpi na trudną do zaakceptowania monotonię. To wszystko już gdzieś było. A to dyndająca lampka nocna, a to ruszające się drzwi, migające światełka, spadające przedmioty. Nie ma w tym próby stworzenia czegoś oryginalnego, nie ma budowania napięcia, igrania z widzem. Fabuła – o ile tak można ją nazwać – ciągnie się jak ser, ale taki tani z mnóstwem chemii. Przez pierwszą godzinę musimy jarać się wyłącznie samoczynnie zamykającymi się drzwiami i innymi akcyjkami, które swoje inspiracje czerpały z życia – ponoć reżyserowi pewnego razu spadł z półki dezodorant. Jeden z fragmentów zahacza nawet o Porno Analactivity, co jest w sumie chwytaniem się brzytwy. Po kiepskiej i męczącej godzinie historia zaczyna sensownie przyśpieszać, a nawet pojawiają się 2 fajne momenty (kuchnia i motyw z Tobym). Tylko, że znowu w końcówce ktoś postanowił się z widzem zabawić i zajechał quasisatanistycznym, syfiastym nawiązaniem do pierwszego odcinka.

zobacz więcejKomentarze
16 lutego 201218:42
75

eJay ocenia:

Shank

Shank jest jak meksykańskie burrito. Bierzesz kęsa i cała potrawa przestaje być jakąkolwiek tajemnicą. Zżerasz całość i oświadczasz, że jednak smakowało, mimo że to proste i niewyszukane. Dzieło studia Klei Entertainment jest właśnie takim fast-foodem. Pysznym, ale także koszmarnie krótkim, ze sporymi wadami. Mimo wyraźnych rys nie zaliczę czasu spędzonego przy tłuczeniu wrogów do straconych. Co więcej, gdyby nie dodatkowe obowiązki, Shanka przeszedłbym na jednym posiedzeniu. Dawno nie grałem w równie ciekawego beat'em'upa.

zobacz więcejKomentarze
11 lutego 201210:55

Zacznę od anegdoty - siedzi sobie rząd za mną kwiat polskiej "yntelygencji" z telefonem w łapie, żona u boku, oboje po 30-tce, jakieś naczosy z colą i te sprawy. Zaczyna się film. Facet po 10 minutach zaczyna biadolić "ale to słabe, ale żenuła, skąd te 11 Oskarów...", z regularnością co 5 minut. Po 3 kwadransach omal nie wytrzymałem, jedyna myśl jaka latała mi wokół głowy to wstać, obrócić się i powiedzieć "wyjazd z sali, kup se bilet na Star Warsy". Facet jednak opuścił seans, rzucił na odchodne okularami 3D o wózek i rzekł do żony "idziemy do Żabki". Sala odetchnęła z ulgą ;)

Piszę o tym nieprzypadkowo, bo zwiastun Hugo jest ciut mylący. Jeżeli szukacie luźnej rozrywki w trójwymiarze, a wasz repertuar ulubionych filmów kończy się na Zaginionym w akcji z Chuckiem Norrisem to oszczędźcie sobie czas i nie wybierajcie dzieła Martina Scorsese. Wiem, że to zabrzmi trochę nieelegancko (ale piszę to z szacunku do waszych portfeli i preferencji gatunkowych), ale Hugo to kino magicznej przygody w starym stylu oraz hołd złożony wielkiemu ekranowi, a przede wszystkim piękna historia odkrywania sztuki oraz realizowania najskrytszych marzeń. Ciepła, w wielu miejscach snująca się, ale wciągająca opowieść, jednak piekielnie hermetyczna i niekoniecznie łatwa w odbiorze dla miłośników bajerów wyskakujących z ekranu.

zobacz więcejKomentarze
6 lutego 201219:00

fsm nie pożałował klawiatury i przedstawił serię najdroższych reklam minionej nocy. Tymczasem obok takich marek jak Audi, Volkswagen czy Toyota pojawiły się również zwiastuny zbliżających się wielkimi krokami blockbusterów. Moje zainteresowanie tego typu materiałami wzrosło diametralnie po informacji o rzekomym nowym filmiku z Avengers. Kto nie zawiódł? Czego nie obejrzę na pewno?

zobacz więcej
Komentarze
3 lutego 201222:37

Duke Nukem Forever jest grą żadną. Pisząc „żadną” mam na myśli to, że jej sens, pomysłowość i wykonanie jest do dupy. I to tak centralnie w okolicach dwunastnicy. Gearbox Software robiło co mogło, aby ten gniot jakoś się prezentował. Wyszło jak wyszło, Duke miał kilkusekundowe przebłyski ale w gruncie rzeczy nigdy nie sprostał nawet podstawowym wymaganiom. Za to DLC – i tu pełne zaskoczenie – to już inna para kaloszy. The Doctor Who Cloned Me stworzone przez studio Triptych Games (ekipa była odpowiedzialna za ratowanie całego projektu po spuszczeniu go w kiblu przez Broussarda) pokazuje czym podstawowa wersja mogła być, gdyby ktoś przysiedział przy niej nieco dłużej. Nie no dobra, jaja sobie robię. Powiedzmy, że ten dodatek nie naprawia podstawowych błędów, ale za to przywdziewa nowe ciuszki i ewidentnie dystansuje się od przygód Księcia z Forever.

Kto widział ten wie co w tej chwili oglądają klony Duke'a ;)

Historia jak to w przypadku Duke'a jest iście pretekstowa. Szalony doktor Proton (co za powrót po latach!) porywa bohatera i postanawia go sklonować tworząc tym samym potężną armię przypakowanych żołnierzy. Żadna kopia nie może się jednak równać z oryginałem, co też postanawia udowodnić nasz protagonista. Mięśniak z tlenioną fryzurą rozpoczyna wpierw walkę o przeżycie, a następnie urządza krwawą vendettę. Bo Książę może być tylko jeden.

zobacz więcejKomentarze
29 stycznia 201212:04

Witam serdecznie po krótkiej przerwie w dziewiątej odsłonie cyklu Cinema Paradiso, w którym przedstawiam najważniejsze (moim zdaniem) polskie premiery filmowe w najbliższym miesiącu. Ze względu na ograniczony dostęp do kin studyjnych listy obejmować będą wyłącznie tytuły wyświetlane w multipleksach (co nie wyklucza obecności dzieł nieamerykańskich). Dobór pozycji uzależniony jest przede wszystkim od wchodzącego na ekrany kin bogactwa, wliczając w to różnorakie opóźnienia w stosunku do reszty Europy i Stanów Zjednoczonych. Na samym dole w ramach uzupełnienia podaję kilka innych propozycji, które wyleciały z kręgu moich zainteresowań, aczkolwiek mogą wydawać się atrakcyjne dla innych. Zapraszam na ranking najbardziej oczekiwanych filmów lutego!

zobacz więcej
Komentarze
26 stycznia 201219:12
85

eJay ocenia:

PayDay: The Heist

Pamiętacie studio GRIN? Ghost Recon: Advanced Warfighter, Wanted, Bionic Commando? Były to niezłe gry, ale zdecydowanie zabrakło im siły przebicia. W rezultacie zespół się rozpadł, a poszczególni członkowie ekipy odeszli do innych firm szlifować swoje umiejętności. Kilku z nich postanowiło rozpocząć swoją działalność od zera i założyło Overkill Software. Ich misja – „tworzyć kopiące tyłek gry stawiające na kooperację” (taki napis widnieje w ich firmowej wizytówce na oficjalnej stronie internetowej). PAYDAY: The Heist jest właśnie taki. Jak na złość, ludzie z GRIN swój najlepszy tytuł wydali po przewietrzeniu szeregów i pod nowym szyldem. Załóżcie maski, chwyćcie za broń i opróżniajcie skarbiec.

PAYDAY:The Heist najprościej określić klonem Left 4 Dead w klimacie „policjantów i złodziei”, aczkolwiek im dłużej w niego gram tym coraz bardziej się upewniam, że Overkill stworzyło grę odrobinę lepszą niż Valve. Dlaczego? Przede wszystkim posiadając znacznie skromniejszy budżet udało się utalentowanej ekipie przemycić do rozgrywki tonę pozytywnej energii. Jeżeli marzyłeś kiedykolwiek o napadzie na bank, ostrym strzelaniu w stylu Roberta de Niro w filmie Gorączka i silnie wyeksponowanym czynniku współpracy to PAYDAY spełni twoje marzenia, a nawet je przebije.

zobacz więcej
Komentarze
14 stycznia 201215:27
80

eJay ocenia:

L.A. Noire

O L.A. Noire było bardzo głośno zarówno przed premierą, jak i w dniu wydania gry na półki sklepowe, a także po przetestowaniu tytułu przez graczy. Na pewno będzie zapamiętane jako jedna z przyczyn upadku studia Team Bondi, dowodzonego przez Brendana Mcnamarę. Formalnie prace nad detektywistycznym thrillerem rozgrywającym się w Mieście Aniołów rozpoczęły się w 2005 roku. Jednakże dopiero po przyłączeniu zespołu do potentata jakim był (i jest) Rockstar pozwoliło na nowo odżyć marzeniom Mcnamary. Kiedy wreszcie gra została zaanonsowana, a materiały prasowe zaczęły rzeczywiście przedstawiać to o czym twórcy trąbili od dawna, L.A. Noire stał się na serio jednym z gorętszych towarów dla posiadaczy konsol w 2011 roku.

Sam byłem cholernie ciekawy tego eksperymentu, bo nie miało być to ani kolejne GTA, ani tym bardziej Mafia. Po długim okresie zabijania, wciągania kokainy nosem, łażenia do klubów ze striptizem wreszcie mogliśmy stanąć po drugiej stronie barykady. Śmiałe slogany mówiące o „Police Quest XXI wieku”, w którym aż roi się od nawiązań do Sokoła Maltańskiego oraz innych arcydzieł kina noir tylko podnosiły mi ciśnienie. Jako posiadacz PC musiałem na przygody Cole'a Phelpsa poczekać kilka miesięcy dłużej. Aż wreszcie się udało. I nie żałuję – bo L.A. Noire to gra na swój sposób oryginalna i zapadająca w pamięć.

zobacz więcejKomentarze
13 stycznia 201219:15

Kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się o planach nakręcenia rimejku pierwszej części sagi Stiega Larssona przez Amerykanów, delikatnie popukałem się po głowie. Znane gwiazdy grające Szwedów, posługujące się językiem angielskim, zamknięte w małym, skandynawskim miasteczku? Nie grało mi to, aczkolwiek gdy do akcji wkroczył David Fincher zacząłem trzymać kciuki za ten ryzykowny projekt. Autor znakomitych kryminałów był gwarantem przynajmniej wysokiego poziomu technicznego produkcji. Już po seansie mogę stwierdzić, że Fincher sprostał zadaniu, aczkolwiek pod kilkoma względami amerykańska produkcja zawodzi.

Powodem mojego rozczarowania nie jest jakość filmu, bo ten jest generalnie dobry. Jednakże od Finchera oczekiwałem autorskiej wizji, konkretnej dawki świeżej energii, odkrycia tej historii na nowo. Nic takiego nie dostałem. Gdzieniegdzie klocki ułożono trochę inaczej, zmieniono motyw nazi-zbrodniarzy, przedłużono ostatni akt, ale w gruncie rzeczy to jest to taki sam obraz, jak ten wyreżyserowany przez Nielsa Ardena Opleva. Jeżeli ktoś obejrzał Män som hatar kvinnor to wersję amerykańską może sobie spokojnie odpuścić. To pozbawiona fincherowskiej iskry rzemieślnicza produkcja. 

zobacz więcejKomentarze
11 stycznia 201222:06


Ludzie mówią, że jest milion sposobów na nakręcenie danej sceny. Ale ja tak nie myślę. Dla mnie istnieją dwa sposoby, z czego ten drugi jest zły.


David Fincher to dziś uznana marka, która co kilka lat zaopatruje Hollywood w mniej lub bardziej szokujący produkt. Cechą charakterystyczną jego filmów jest zabawa filtrami (stonowane, chłodne, żółtawe barwy), celowa nieostrość drugiego planu, ujęcia postaci od dołu, oryginalny ruch kamery, która podąża przez „przeszkody”, wreszcie ujmujące zakończenia oraz emanowanie przemocą w wersji light oraz hardcore. Dzieła sygnowane jego nazwiskiem mają w sobie coś, co nazywam typową epą. To tytuły wciągające jak odkurzacz i znakomicie wyreżyserowane. Nie jest ważne czy Fincher opowiada historię młodego multimilionera czy grupy skazańców broniących się przed obcą formą życia – w obu przypadkach facet sprzedaje nam doskonale opakowany stuff, który obejrzymy bez sięgnięcia po prażoną kukurydzę. Ma to coś z mainstreamu, ale mainstreamem do końca nie jest. Dlaczego uwielbiam twórczość tego gościa? Kilka prostych pojęć. Nowoczesność. Bezkompromisowość. Poziom techniczny. Gra aktorska. Idealne dobranie nut do obrazu.

Zapraszam na przegląd filmografii Davida Finchera. Spojlery są symboliczne i nie psują zabawy osobom, które filmów nie widziały.

zobacz więcejKomentarze

Głos znad morza

autor: eJay

Filmy, filmy, filmy - to moje hobby. Oglądam wszystko, w ilościach poddających w wątpliwość mój zdrowy rozsądek. Oprócz tego gry komputerowe (od 1994 roku) i sport. Chodzi za mną fama, że specjalnie obniżam oceny hitów (jestem surowy, serio?). To bzdura!

Na Gry-OnLine od wielu, wielu lat. Jako współpracownik od 2004 roku. Autor tekstów, poradników, galerii, filmów, podcastowiec, a od 2010 roku regular-gameplay-member. Człowiek do zadań specjalnych, pracujący w branży IT.


© 2000-2012 GRY-OnLine S.A.o firmiereklamaregulaminkontakt i pomoc