
Sound City: Real to Reel. Dobry rockowy soundtrack.

Carmageddon - krwawa przeszłość powraca dzięki Androidowi

Stoker - twórca Oldboya robi dobrze po angielsku

Telewizyjny Hannibal to smaczny (HA!) i mroczny dramat

Rzuć Linę #51 - Duży Mike testuje Oculus Rift, zwierzaki jedzą a ludzie graficzą

Slender: The Arrival - o grze i o postaci

Coś o najlepszych, długich ujęciach w kinie

Panaceum - seks & przemoc & intryga

Ocean / OCN - fajny polski zespół z nową płytą atakuje Zachód

Spring Breakers? Raczej Szajs Breakers!
Carmageddon Reincarnation to (obok nowej wersji Road Rash) najbardziej oczekiwany przeze mnie kickstarterowy indyk. Celem powspominania i powyżywania się, chciałem nabyć grę z GOG.com, ale wymagane 10 dolarów wydawało się dosyć dużą kwotą. Tymczasem psycho/socjo/telepaci ze Stainless Games wyszli mi naprzeciw i w końcu przygotowali swoje dzieło w wersji na Androida (iOS został rozjechany już jakiś czas temu). W dniu premiery, 10 maja, Carmageddon dostępny był za darmo (obecnie trochę ponad 6 zł) i, ojeju, jak strasznie się cieszę, że mam tę grę na swoim telefonie. Tak jak powinni cieszyć się wszyscy inni. Chcecie poczytać o graniu z roku 1997 w roku 2013? No to, cytując klasyka z gry, hang on to yer helmet!
Czekałem na ten film od dosyć długiego czasu i w końcu się doczekałem. Stoker, anglojęzyczny debiut Parka Chan-wooka według scenariusza Wentwortha Millera (czyli Michaela Scofielda z Prison Break - say whaaaat?!), to oddająca hołd Alfredowi Hitchcockowi mroczna, niepokojąca opowieść o dysfunkcyjnej rodzinie i dojrzewaniu, zapakowana w absolutnie przepiękne pudełeczko. Nie jest to film, który spodoba się każdemu, nie jest to też żadne arcydzieło, ale podobał mi się na tyle, że chcę zwrócić na niego Waszą uwagę - pomóżcie Stokerowi odbić się od boxoffice'owego dna (w pierwszy weekend u nas do kina poszło zaledwie 6 tysięcy widzów).
Jak wielu z Was, lubię seriale, choć zdecydowanie nie należę do obsesyjnych telewizyjnych obżartuchów, jakich można spotkać na forum GOL. Staram się wybierać propozycje uznane za najlepsze, lub takie które mnie rzeczywiście zainteresują czy to tematyką, czy klimatem i w danym "sezonie" nie pochłaniam więcej niż 4-5 propozycji. W 2013 roku, w moim grafiku widza wygodnie rozsiadł się serial Hannibal, o którym teraz chętnie napiszę małe co nieco (mlask!).

Pierwsza i dosyć ważna rzecz to fakt, że Hannibal jest pokazywany w polskiej telewizji bez specjalnych opóźnień (początkowo był to zaledwie tydzień od premiery w USA, ale w związku z usunięciem jednego z odcinków z ramówki stacji NBC, przesunięcie zwiększyło się do 2 tygodni) i do tego na kanale zdecydowanie nie należącym do segmentu premium (AXN - oznacza to reklamy, ale do tego wielu się chyba już przyzwyczaiło). Miła odmiana od korzystania z różnego rodzaju metod "alternatywnych", szczególnie że Hannibal konsekwentnie prezentuje całkiem wysoki poziom.
Poniedziałki, szczególnie te po długich weekendach, mają to do siebie, że potrafią zaboleć. Pędzę zatem z zupełnie nieskutecznym remedium na ból duszy, w postaci garstki ciekawych sieciowych znalezisk. Zestaw na dzisiaj składa się z grafik (dwa linki) i filmików (link oraz 3 tzw. embedy) wśród których poruszane są tak istotne tematy jak filmy, gry i zachowania zwierząt. Hej siup!
Leviathan Warships - najbardziej wyluzowany zwiastun w historii zwiastunów
Ship just got real! Turowa strategia z wielkimi statkami w roli głównej od twórców serii Europa Universalis nie byłaby niczym elektryzującym i najpewniej przeszłaby bez echa. Ale ktoś wpadł na pomysł stworzenia luźnego, jazzowego, eleganckiego zwiastuna, który na Leviathan Warships zwróci nie tylko Twoją uwagę, ale także uwagę Twojej pani. Yeah.
Lubię się bać przed komputerem. Wiedzą to wszyscy, którzy przeczytali mój tekst o schodach i zobaczyli, w jaki sposób budowałem sobie dogodne warunki do grania w Amnesię. Jakiś czas temu pół internetu miało drżącą z przerażenia mentalną erekcję na punkcie darmowej gierki nazwanej po prostu Slender. Byłem świadomy tej mody, ale postanowiłem temat olać. Jak się okazało - słusznie zrobiłem, bo dzięki temu komercyjna, płatna i zdecydowanie bardziej dopracowana wersja Slendera mogła mnie wziąć z zaskoczenia. A przecież wiedziałem, czego się spodziewać! Slender: The Arrival nie bierze jeńców. Bądźcie ostrzeżeni wszyscy, którzy zechcecie zmierzyć się z tą przygodą.
Każdy kocha kino (choć trochę... każdy, prawda?). Miłość do kina może przejawiać się na różne sposoby. U mnie wygląda to tak, że poza zaliczaniem masy seansów w kinie, nadrabianiem braków w domu i gadaniem o filmach, lubię zwracać uwagę i doceniać pojedyncze aspekty. Najlepsze wstępy, najlepsze eksplozje, najlepsze sceny walki, najlepsze slo-mo i inne tego typu rzeczy. Tym razem tekst będzie o najlepszych (subiektywnie, a jakże) długich ujęciach w kinie.
Trwające po kilka lub nawet kilkanaście minut nieprzerwane kamerowe jazdy zawsze robią na mnie wielkie wrażenie, bo absolutnie cała ekpia na planie musi być w najwyższej dyspozycji, by nie spartolić jakiegoś detalu, przez który będzie trzeba całość powtarzać. Zapraszam na tę skromną formę oddania szacunku ludziom, którzy potrafiom takie rzeczy robić (wspomnę tu mistrza Hitchcocka, który już w 1948 roku chciał nakręcić film Sznur w całości składający się z jednego ujęcia, ale jego wizja przerosła dostępną technologię). A zatem - oto lista najfajniejszych, moim zdaniem, długich ujęć w filmach oraz specjalny bonus dla ludzi, którzy lubią wchodzić głębiej (bez skojarzeń :P).
Steven Soderbergh to największy artysta wśród filmowych rzemieślników i najlepszy rzemieślnik wśród artystów. W ciągu nieco ponad dwóch dekad kariery stworzył kilkadziesiąt filmów (średnio jego nazwiskiem firmowane są 2 tytuły rocznie!), z których najnowszy - Panaceum (czyli w oryginale swojskie "efekty uboczne") trafił niedawno do naszych kin. I jak jest? I jest tak, jak zwykle - pan reżyser nie schodzi poniżej pewnego, dosyć wysokiego poziomu, ale zdecydowanie brakuje tu pierwiastka wyjątkowości, który zamieniłby Panaceum w zapamiętywane na lata kino.

Krótki tekst o krótkiej płycie i małym-dużym zespole. 8 kwietnia ukazało się wydawnictwo z ładną okładką, sympatycznym logo OCN i tytułem Waterfall, które nabyłem, przesłuchałem i opinię sobie wyrobiłem. A teraz pytanie dodatkowe - a znacie zespół Ocean? Bo OCN to jest ciągle ten sam zespół, choć zmieniony. I oni sobie grają już od ponad 10 lat, ale na moim radarze pojawili się stosunkowo niedawno, postanowiłem więc przybliżyć zainteresowanym twórczość panów z Wrocławia. Słowa kluczowe - polski rock, przebojowość, melodie, grane w rozgłośniach radiowych single i garstka szatana. Teoretycznie nic specjalnego, ale jednak coś w sobie mają. Bo przecież nie można ciągle słuchać łomotu...
Jakże zabawny (haha) i błyskotliwy tytuł tego tekstu w dużym stopniu oddaje moje wrażenia po seansie kontrowersyjnego, niezwykłego, ekscytującego, nietuzinkowego (i cokolwiek jeszcze pojawiało się w telewizyjnych reklamach) filmu Spring Breakers. Poszedłem, bo lubię zabawy montażem, poszarpaną narrację, ciężki humor, kolorowe zdjęcia/ujęcia i ogólną "dzikość" w kinie. Wyszedłem zmęczony, zirytowany i zdziwiony. Początkowo recenzji miałem nie pisać, ale wybrane dwa komentarze pod tekstem Promilusa (film mu się podobał) sprawiły, że powstał ten wpis, którego zadaniem jest przekonanie Was, że na Spring Breakers naprawdę nie warto iść do kina. Ani trochę.

Wszechstronnie utalentowany facet o potężnym głosisku, które zapewnia melodyjny śpiew i piekielny ryk. Zdolni muzycy, którzy nie oszczędzają instrumentów. Ponad 2 dekady obecności na rynku. Każda płyta lepsza od poprzedniej. No i w końcu - podwójny koncept album. Macie to? Łapiecie? Po bardzo udanej części pierwszej dwupłytowego House of Gold & Bones nadszedł czas na równie udaną (albo i lepszą) część drugą. Stone Sour świeci mocnym blaskiem, upewnij się, że go nie przegapisz, dzielny czytelniku i słuchaczu.
W muzyce dla mnie zawsze najważniejsza jest... muzyka. Tak, zaskakujące, wiem. Ale przecież wielu najpierw ocenia wokalist(k)ę, inni równie dużą wagę przywiązują do tekstów czy światopoglądu artysty (cieniasy). Czasami jednak zdarza się, że towarzysząca albumowi otoczka jest niemal tak samo atrakcyjna, jak melodie, refreny i zaśpiewy. House of Gold & Bones to kompletna paczka - podwójny album, ciekawa historia pióra Coreya Taylora, czteroczęściowy komiks wydawany przez Dark Horse, a w przyszłości podobno także film. Ambitne, i co ważniejsze, udane przedsięwzięcie.