Jednego więcej. Recenzja „Przełęczy ocalonych” Mela Gibsona - Sebastian Pytel - 31 października 2016

Jednego więcej. Recenzja „Przełęczy ocalonych” Mela Gibsona

Desmond Doss nie potrzebował wiele. W kieszeni trzymał Biblię, a w torbie medykamenty. W rękach nie miał karabinu, a przy pasku granatów. Do armii wstąpił po ataku na Pearl Harbor, bo nie chciał być bezczynnym obserwatorem. Nie chciał też zabijać ani nosić broni. W jednej z bitew o Okinawę, rozegranej na szczycie 130-metrowej skarpy Maeda, ocalił 75 rannych przenosząc ich na skraj urwiska i opuszczając na linie. Działał wówczas sam, gdyż resztę jego oddziału sytuacja zmusiła do odwrotu.    

Jak więc to możliwe, że Przełęcz ocalałych to pierwszy fabularny film o tej niezwykłej historii? Cóż, Doss był skromny z natury, uważał że prawdziwi bohaterowie spoczywają na cmentarzach, a on nie potrzebuje rozgłosu. Mocno stronił od mediów, bez wyjątku dla kina. Stąd kolejne propozycje powracały z kolejnymi odmowami. Czas lubi jednak symbolikę i niekiedy latami przekładany projekt ostatecznie trafia we właściwe ręce. Tak przynajmniej było w tym przypadku.

Mel Gibson ostatnią dekadę chętnie wymazałby z pamięci. Skandale obyczajowe, parę nocy w kilku więzieniach, wreszcie branżowe persona non grata za antysemickie wypowiedzi. Wydawało się, że twórca Braveheart może liczyć co najwyżej na występy u przyjaciół (Podwójne życie Jodie Foster) tudzież ironiczne wersje swojego prasowego wizerunku w Maczeta zabija czy Niezniszczalnych 3. Rzeczywistość okazała się o wiele łaskawsza – w Mieście Aniołów na „szalonego Mela” czekał producent z gotowym scenariuszem o pewnym pacyfiście, odznaczonym Medalem Honoru. Pytany dlaczego wybrał akurat Gibsona, odpowiedział że nie wyobrażał sobie nikogo innego do tej roboty. Miał rację.

Po dość topornym początku rysowanym obrazami z dzieciństwa i sztywniackim wątku miłosnym, Gibson odnajduje właściwy rytm narracji i podąża nim do końca. Od świetnego etapu koszarowych szkoleń, gdzie cyniczny humor sąsiaduje z dramatem wykluczenia poprzez pełen emocji proces sądowy, kończąc na thrillerze wynoszenia rannych niemal sprzed oczu patrolujących Japończyków. Szczególnie pewnie czuje tempo samych strać – wie kiedy zwolnić, a kiedy przyspieszyć, jak utrzymywać napięcie w trakcie rozbudowanych sekwencji walk i kiedy spuścić kotarę z bitewnego kurzu. Po mistrzowsku operuje przy tym budżetem. Za kosztujące ok. 45 milionów dolarów widowisko Gibson powinien otrzymać doktorat z ekonomii na Harvardzie. Nakład pracy włożony w scenografię, pirotechnikę i odwzorowanie realiów, każe szacować koszty produkcji Przełęczy... na co najmniej dwukrotnie wyższym pułapie. Ogromne wrażenie tworzy przede wszystkim symbioza dźwięku z charakteryzacją. Pierwszy wręcz ogłusza od tumultu salw oddawanych z okrętów i wszelkiej maści żołnierskiego uzbrojenia, druga z pełną dosłownością prezentuje skutki wybuchów, postrzałów i cięć na ludzkiej anatomii. Bez kokieterii: bój o Skarpę Maeda to najlepsza odsłona konfliktu militarnego od desantu na Omaha Beach z Szeregowca Ryana. Gibson, tak jak Spielberg, nie ukrywa przed widzem prawdy o istocie wojny – pokazuje starcie dwóch sił jako chaotyczną rzeź, w której strach ściera się z instynktem przetrwania, gdzie króluje spryt lub zwykły fart. W kinie wojennym to oczywiście nic nowego, ale kino wojenne zazwyczaj nie zawiesza oczu na pacyfistach. Poza tym, ten cielesny realizm ma w Przełęczy… głębsze znacznie – pracuje na humanistyczny wymiar filmu. Im większe piekło Gibson rozpętuje przed kamerą, tym bardziej dociera do nas skala ryzyka i waga poświecenia Dossa. Gdy osamotniony wbiega na pole bitwy, gdzie prócz spadających pocisków artyleryjskich żniwo zbierają zbłąkane kule japońskiego ostrzału, widzimy w nim szaleńca i cudotwórcę; duchowego brata Marka Edelmana, rzucającego rękawice światu, który stanął na głowie. Bohaterstwo Dossa jest przy tym na wskroś amerykańskie: przykład męstwa płynie od fizycznie najsłabszej jednostki. Wypisz wymaluj największy komiksowy mit USA, Kapitan Ameryka.

Podobnie jak Steve Rogers, Doss musiał najpierw pokonać uprzedzenia innych ludzi. Przemocy fizycznej wtórowała opresja psychologiczna. Argumenty siły uzupełniały podszepty osłabiające morale: „Nie dasz rady, jesteś za słaby”. Doss przyjmował kolejne razy, doświadczał kolejnych szykan, ale zawsze podnosił głowę. To ten typ człowieka, którego można zabić, ale nie można zniszczyć. Gdy generalicja wreszcie przyznała mu rację, na nikim się nie odgrywał, „po prostu” robił swoje, opatrywał rannych. Uporem, niezłomnością i wiernością wyzwanych poglądów Doss zyskał szacunek nie tylko współtowarzyszy, lecz także twardogłowych dowódców. Ci, którzy nazywali go tchórzem wracali skruszeni, mówiąc: „Nigdy w życiu tak bardzo nie pomyliłem się w ocenie drugiego człowieka”. Jednemu z nich Doss uratował później życie. Odtwarzający go na ekranie Andrew Garfield znakomicie połączył kruchą fizyczność z niebywałą siłą charakteru. Jego delikatne, chłopięce rysy tworzą zaskakujący kontrast z ponadprzeciętną wytrzymałością – gdy bierze na barki dwa razy cięższych od siebie kamratów, prawa fizyki przestają obowiązywać, a ciężkie i bezwładne ciała unosi jakaś niematerialna siła.

Prawdziwy Doss, adwentysta dnia siódmego, wielokrotnie podkreślał znaczenie wiary w swoich dokonaniach. Gdy opadał z sił, powtarzał: „Boże, pozwól mi uratować jeszcze jednego”. Dobrze, że Gibson nie poddał się obecnej w hollywoodzkim kinie laicyzacji i nie wyszorował swojego bohatera z tożsamości religijnej. Pozytywny obraz chrześcijaństwa jako systemu wartości opartego na samodoskonaleniu połączonym ze świadectwami szlachetności stanowi w Przełęczy… coś więcej niż emblemat – przekreśla dekalog wojennej propagandy z koniecznością zabijania, postrzegania drugiego człowieka wyłącznie w kontekście wroga czy fałszywie nakreślonymi kategoriami dobra i zła.    

Ale nie każdy wraca z frontu jako reformator. Tom Doss, weteran I wojny światowej, wrócił jakby w połowie – z ciałem w jednym kawałku, medalami wpiętymi w klapę i posłuchem oddanych honorów. Reszta została. Próżno jej szukać w przekrwionych oczach napuchniętej od alkoholu twarzy czy zaciśniętych w pięści dłoniach. „Szkoda, że nie znaliście ojca przed wojną”, mówi małemu Desmondowi matka po kolejnej awanturze. Gdy przychodzi II wojna, a wraz z nią dwaj synowie, ochotnicy amerykańskiej armii, w starym Dossie znów pęka rana ze wspomnień rozszarpywanych przez kule przyjaciół, przed którymi latami nieskutecznie uciekał na dno kieliszka. Wcielający się w niego Hugo Weaving dokonuje niemożliwego – w zaledwie kilku scenach oddaje skutki trzydziestu lat niesienia traumy, krzywd wyrządzonych sobie i bliskim oraz żalu nad straconym życiem. Bez dwóch zdań rola życia tego wybitnego australijskiego aktora i (miejmy nadzieję) przepustka do pierwszego w karierze Oscara.

Przełęcz ocalonych przypomina najlepsze odcinki Kompanii braci, gdzie obok heroizmu stoi strach, odwaga idzie w parze ze śmiercią, a wzniosłe idee pęcznieją od krwi poległych. To również spełnione kino historyczne – niezwykle emocjonalne, wspólnotowe, zrealizowane z wielkim sercem i pełnym zaangażowaniem. Jeśli więc wzorem pomysłu jednego z naszych ministrów miałaby powstać polsko-amerykańska superprodukcja, życzyłbym sobie filmu o Janie Karskim podpisanym przez Mela Gibsona.

Sebastian Pytel
31 października 2016 - 00:37

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze
04.11.2016 18:27
drenz
32
Konsul

Gorąco polecam! Rewelacyjny film. Dla mnie od czasu Braterstwa Broni najlepszy film ze scenami batalistycznymi. Bitwa to audiowizualny majstersztyk. Do tego uniwersalne przesłanie i świetna gra aktorska. Dwie godziny wręcz wydawały się za krótkie i mam nadzieję, że wyjdzie za jakiś czas dłuższa wersja reżyserska.

04.11.2016 21:01
odpowiedz
Durothor
5
Centurion

Byłem dzisiaj, genialny film, aż trudno mi cokolwiek napisać. Z kina na miękkich nogach wychodziłem.

04.11.2016 21:06
odpowiedz
1 odpowiedź
davis
154

Czy Vince Vaughn bardzo psuje film?

04.11.2016 21:23
Durothor
5
Centurion

Wręcz przeciwnie. Z filmwebowej recenzji: Vince Vaughn po bezpłciowej kreacji w "Detektywie" zalicza wreszcie udany występ. Mi też się podobał. Wszyscy dali radę jeśli chodzi o aktorstwo.

Ogólnie trudno szukać wad. To kompletne hollywoodzkie kino wojenne, czerpiące z wszystkiego co najlepsze w gatunku. Nawet tragicznie zmarłego Hornera udało się zastąpić jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową - porywa.

Ale najważniejszy jest przekaz - wchodzą napisy końcowe, a tu trudno z siedzenia wstać...

05.11.2016 00:45
odpowiedz
4 odpowiedzi
NewGravedigger
100
spokooj grabarza
5.0

Tragiczny.

05.11.2016 01:32
Durothor
5
Centurion

Tragiczny to chyba na ocenę 1/10 zasługuje matołku. Zero uzasadnienia - typowe. Śmiem wątpić, czy w ogóle widziałeś ten film.

post wyedytowany przez Durothor 2016-11-05 01:33:44
05.11.2016 12:51
-1
NewGravedigger
100
spokooj grabarza

Na takich założeniach daleko nie zajdziesz.

Post pisałem z komórki bezpośrednio po seansie, dlatego nie chciało mi się męczyć.

Przez cały seans miałem generalnie jedną minę -->

Film robiony pod i dla amerykanów, zabrakło tylko powiewającej flagi. Żeby na miękkich nogach wychodzić to musiałbym nie oglądać w życiu żadnego innego filmu o tematyce wojennej. To już nasz Wołyń bardziej mi się podobał. Z pewnością dawał większe emocje podczas seansu.

Szczerze mówiąc nie wiem nawet co bardziej mnie śmieszyło... To, że generalnie przez cały film ludzie mieli łzy w oczach (i nie mówię o widowni), czy anemiczna gadka głównego bohatera (chociaż tutaj po ostatnich scenach widzę, że prawdziwa osoba mówi w ten sam irytujący sposób), czy te suche religijne teksty rzucane na prawo i lewo....

Generalnie film jest ZNOŚNY do momentu zakończenia pierwszego szturmu. Chociaż najpierw trzeba przebrnąć przez ckliwość głównego bohatera, ckliwość jego miłości, wybaczyć to, że do swojego sierżanta zawsze mówi z półuśmieszkiem na twarzy, potem parodię procesu sądowego zakończonego przez

spoiler start

doniesiony przez ojca list :D

spoiler stop


potem jeszcze więcej gadek o wolności sumienia i honoru i docieramy o pierwszego ataku, z któego faktycznie wybija się na pierwszy plan moment szturmowania bunkru.

Wszystko dalej jest tak idiotyczne, że aż szkoda pisać. Atak miliona japończyków (ja wiem, że to jest środek stylistyczny, ale wygląda to absurdalnie), ucieczka wszystkich oprócz naszego bohatera (japończycy przerywają pościg), który wbiega w kanonadę ARTYLERYJNĄ szukać rannych kolegów. (Generalnie można dojść do wniosków, że skoro te pociski w nic nie trafiają, to japończycy równie dobrze mogliby siedzieć przy ognisku i spiewać kolędy.)
Koledzy na dole widząc ściągane ciała nie robią absolutnie nic, żeby mu pomóc. NIC. Jednocześnie patrolujący japończycy nie dochodzą dalej, niż główny bohater ściąga rannych, tak jakby istniała jakaś umowna granica pola walki. ABSURD. Drugi szturm skrócony do absolutnego minimum, gdzie już nikt nie ginie, japończycy przegrywają w 5 minut, a rola Desmonda ogranicza się do

spoiler start

odrzucenia dwóch granatów

spoiler stop


No i końcowa scena, która jedyne co może wywołać to parsknięcie politowania.

Ta 5 to ocena wyłącznie za scenę przy bunkrze oraz fakt, że cały film powstał za 45 milionów, czego nie widać na pierwszy rzut oka, ale po zastanowieniu jest całkiem logiczne, patrząc na zastosowane uproszczenia i skróty na koniec filmu.

05.11.2016 15:08
-1
drenz
32
Konsul

Pieprzenie. Sam tam byłeś i wiesz lepiej. Typowe. Wiadomo, że jest to film i wiele rzeczy zostało uproszczonych, dodanych przez scenarzystów, ale zabrakło też kilku innych zdarzeń jak to, że gdy był na noszach zobaczył rannego żołnierza i kazał noszowym wziąć najpierw tamtego człowieka a on stwierdził, że poczeka na nich - w między czasie został ranny i jeszcze komuś tam pomógł. Ale dla ciebie pewnie byłoby to też przesiąknięte patosem i holyłódzkie.

Film robiony pod i dla amerykanów, zabrakło tylko powiewającej flagi

Film ma przesłanie antywojenne, ale jest to też historia o odważnych ludziach - patos jak najbardziej wskazany. Na pewno jest go mniej niż w telenowelach Marvela.

Szczerze mówiąc nie wiem nawet co bardziej mnie śmieszyło... To, że generalnie przez cały film ludzie mieli łzy w oczach

Ty z kolei pewnie widząc dookoła śmierć, rozczłonkowane ciała i mając świadomość bliskiej śmierci biegałbyś z bananem na twarzy. A nie przepraszam - zesrałbyś się 3 razy pod rząd i ciągnął to gówno za sobą i Japończycy sami uciekaliby od tego smrodu.

czy anemiczna gadka głównego bohatera (chociaż tutaj po ostatnich scenach widzę, że prawdziwa osoba mówi w ten sam irytujący sposób)

W końcu to film biograficzny Sherlocku...

Chociaż najpierw trzeba przebrnąć przez ckliwość głównego bohatera, ckliwość jego miłości, wybaczyć to, że do swojego sierżanta zawsze mówi z półuśmieszkiem na twarzy

Taki miał charakter, nawet na urywkach z dokumentów widać, że taki po prostu był.

Atak miliona japończyków (ja wiem, że to jest środek stylistyczny, ale wygląda to absurdalnie)

Typowa ignoracja na wiedzę. Przed pisaniem takich idiotyzmów radziłbym sprawdzić ilość sił japońskich na Okinawie.

ucieczka wszystkich oprócz naszego bohatera (japończycy przerywają pościg), który wbiega w kanonadę ARTYLERYJNĄ szukać rannych kolegów.

Na pewno nie przeczytasz, ale zapoznaj się przynajmniej z kilkoma opisami jego odwagi i wbiegania niemal pod stanowiska karabinów japońskich

cały film powstał za 45 milionów, czego nie widać na pierwszy rzut oka

Widać. Kostiumy, wypożyczanie sprzętu, opłacenie aktorów, kaskaderów i innych specjalistów, scenografia, wynajęcie terenu, przygotowanie go pod film itd.

05.11.2016 16:03
-1
NewGravedigger
100
spokooj grabarza

oho, zbliża się argument "nakręć lepszy film"
beka

zacznę może od ostatniego, co pokazuje, że nie umiesz czytać ze zrozumieniem.
Pisząc, że nie widać miałem oczywiście na myśli, że wyglądał na droższy.

Ty z kolei pewnie widząc dookoła śmierć, blah blah blah
Desmond, wróć do mnie (łzy), wrócę (łzy), zrezygnuj z tej walki (łzy), nie mogę zrezygnować bo nie będę mieć szacunku do siebie (łzy), wygrałem proces mogę jechać na front( łzy), ciesze się, mimo że przed 5 minutami chciałam żebyś został (łzy). O tym mówię.

Typowa ignoracja na wiedzę. Przed pisaniem takich idiotyzmów radziłbym sprawdzić ilość sił japońskich na Okinawie.
cóż dla mnie ta scena, gdzie z dziury wybiega milion ludzi była tylko metaforą tego, jak widzieli to wtedy żołnierze. Mogę się jednak mylić. W każdym razie scena gdzie 32 ludzi ucieka a 30 m za nimi biegnie cała polana japończyków była całkowicie absurdalna.

Na pewno nie przeczytasz, ale zapoznaj się przynajmniej z kilkoma opisami jego odwagi i wbiegania niemal pod stanowiska karabinów japońskich
I? trzeba to pokazywać w spowolnionym tempie jak heroicznie wbiega na pewną śmierć? Jakoś 10 minut wcześniej normalnie pokazali, jak jego kolega właśnie wbiega pod karabin aby wrzucić torbę z ładunkiem do bunkru i nie wyglądało to w tak przerysowany sposób. U niego brakowało tylko promienia słonecznego z chmur kierującego go w wybrane miejsca. But wait, promień był w ostatniej scenie.

Ponadto, w filmie jakoś nie pokazali tego heroizmu w postaci wbiegania pod karabiny wroga. Była jedna scena, która pokazała co najwyżej jego ryzykowną głupotę, gdy jego koledzy pobiegli za nim na otwarte pole, żeby go osłaniać.

Zapomniałbym o scenie pościgu z sierżantem na płachcie.

Ogólnie porównanie tego do Kompanii braci, Szeregowca albo Cienkiej Czerwonej Linii to plask w stronę tamtych obsad.
Zero emocji, sama żenada.

post wyedytowany przez NewGravedigger 2016-11-05 16:08:32
16.11.2016 12:14
odpowiedz
WildCamel
37
gry-online.pl

Zapowiada się ciekawie.

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze