Recenzja 1 epizodu gry The Walking Dead - Season 3. Javier w cieniu Clementine. - DM - 27 grudnia 2016

Recenzja 1 epizodu gry The Walking Dead - Season 3. Javier w cieniu Clementine.

Końcówka roku 2016 przyniosła nam długo wyczekiwany początek trzeciego sezonu The Walking Dead - gry przygodowej od studia Telltale Games. Choć na ocenę całej opowieści jest jeszcze dużo za wcześnie, to pierwszy epizod wypada tak sobie, i to nie tylko na tle świetnej pierwszej części. Jego słabości kryją się jednak pod emocjami, jakie powodują ponowne spotkanie z Clementine i ciąg dalszy jej losów.

*** BEZ spoilerów! ***

Studio Telltale najpewniej zdaje sobie sprawę, iż powodem sukcesu The Walking Dead była głównie fabuła, a nie wciągający gameplay, przez co nie próbowano tu dokonywać jakiś rewolucji. Elementy rozgrywki pozostały niezmienione - nadal mamy ograniczone czasowo wybory kwestii dialogowych i okazyjne sekwencje QTE oraz śladową eksplorację. W porównaniu do poprzedniego sezonu trochę wyładniała oprawa graficzna, wykorzystując poprawki w silniku z ostatnich gier firmy. Podejmowane wybory nadal są dość iluzoryczne i jedynie niektóre wypowiedzi bohaterów starają się wywołać w nas wyrzuty sumienia, że coś mogło potoczyć się inaczej, gdybyśmy zrobili tak , a nie tak. W rzeczywistości jednak autorzy nie pokusili o kilka ścieżek scenariusza z zupełnie innym rozwojem wypadków - kluczowe sytuacje i tak kończą się tak samo.

Rozgrywka bez zmian - dużo dialogów i sekwencje QTE

Na to wszystko i tak nie zwracamy większej uwagi, skupiając się na opowiadanej historii, a tu pierwszy epizod trochę razi niedociągnięciami i zaskakującymi rozwiązaniami. Z jakiś powodów podzielono go na dwie części, co może przełożyć się na trochę krótszą fabułę ale też odrobinę przyspieszy poznanie całości, gdyż technicznie mamy za sobą już dwa odcinki. Autorzy zafundowali nam też zupełnie nowego głównego bohatera - bejzbolistę Javiera i ten zabieg w moim odczuciu zupełnie się nie sprawdził.

Nowy bohater nie jest zbyt wyrazisty i nie wzbudził mojej sympatii.

W przygodowym The Walking Dead wszystko zawsze kręciło się wokół Clementine - najpierw opiekowaliśmy się nią jako Lee i obserwowaliśmy rozwój niesamowitej więzi pomiędzy tymi dwiema postaciami, a później już bezpośrednio sterowaliśmy małą, dzielną dziewczyną. Tym razem Clem - trochę starsza, bardziej dojrzała i zaradna - jest jedynie gdzieś obok, a Javier ma swoją rodzinę do troszczenia się i swoje problemy. Pół biedy, gdyby to była jakaś ciekawa, charyzmatyczna postać - niestety Javier jest kompletnie „jałowy”, a sytuacje w których go obserwujemy każą nam bardziej go nie lubić, niż poczuć jakąkolwiek sympatię. To samo tyczy się w zasadzie członków jego rodziny. Mając tuż obok Clementine, po prostu nie potrafiłem wczuć się w nowego bohatera. Przez to wszystko, wszelkie decyzje i wypowiedzi, jakie wybierałem jako Javier z Clem tuż obok, zawsze opierały się tylko na tym, czy Clementine na tym skorzysta, a nie Javier czy jego rodzina. Nowy bohater jest niczym wymuszona nowość, byle odnotować jakąś zmianę, a nie interesujące rozwinięcie uniwersum i fabuły - przynajmniej na razie…

Javier jako główna postać nie zmienia faktu, że na pierwszym planie pomimo wszystko zawsze będzie Clementine!

Nowa historia podejmuje znany z komiksu i serialu wątek, w którym zombie stają się już problemem pobocznym, niczym podatki czy zła pogoda, a prawdziwe zagrożenie kryje się w ludziach i tworzącym się na nowo systemie osad konkretnych grup - bardziej lub mniej przyjaźnie nastawionych do innych. Poznajemy sprawnie nakreślone postacie poboczne,  ciekawsze niż główny bohater, ale niestety ciąg wydarzeń przy których akcja nabiera tempa jest zdecydowanie zbyt spłycony, jakby pocięty ręką nieporadnego montażysty, który wyciął 3/4 istotnej zawartości. To sprawia, że czujemy się trochę oszukani, a sama fabuła robi w paru momentach wrażenie zbyt naciaganej.

Niektóre postacie poboczne dają się lubić bardziej niż Javier.

Autorzy trochę zbyt szybko przechodzą do zasady „każdy może umrzeć”, przez co zamiast efektu szoku, czujemy jedynie obojętność. Całość oczywiście kończy się „zaskakującym” cliffhangerem, ale odniosłem wrażenie, że akurat ta scena miałaby większy wydźwięk na końcu czwartego epizodu, a nie już teraz, choć kto wie - tu jeszcze można wiele uratować.

Bohaterowie umieją sobie radzić z zombie - ludzie i grupy to jednak inna sprawa.

Pomimo tych słabości, scenariusz ma swój silny punkt, jakim jest przeszłość Clementine ujawniana powoli w krótkich retrospekcjach, a także wypowiedziach samej Clem. Powiązanie tego z obecnym wydarzeniami sprawia, że główny wątek staje się tak czy siak interesujący, nawet pomimo irytujących skrótów. Stanowi to pewną taryfę ulgową dla gry, bo nie ważne jakiej jakości dostaniemy historię, i tak będziemy śledzić ją uważnie, właśnie z powodu Clementine. Mam nadzieję, że autorzy nie przysłonią jej Javierem, bo The Walking Dead w tym wydaniu - to właśnie Clem - inaczej mielibyśmy kolejne sezony przygód Michonne. Clementine jest jak Ellie z The Last of Us - obie gry nie istnieją bez tych postaci i żaden Javier tego nie zmieni!

To dla niej będziemy czekać na kolejne epizody trzeciego sezonu!
DM
27 grudnia 2016 - 11:13