Powrót do przeszłości: Fallout - evilmg - 5 kwietnia 2013

Powrót do przeszłości: Fallout

Witajcie na pustyni! Której? Co za różnica? Przecież po wielkiej wojnie cały pieprzony świat stał się wielką radioaktywną piaskownicą w której babki z piasku stawiają zmutowane dzieciaki... azbestowymi foremkami. No dobra, może nie jest aż tak źle, ale na pewno nie chcielibyście tutaj żyć. Świat, w którym wszystko i wszyscy chcą Was zabić, a przynajmniej tak się wydaje na początku. Rzeczywistość, w której woda jest cenniejsza od złota. A propos wody, słyszeliście historię przybysza z krypty? Gość wyszedł zdobyć wodę dla rodziny, czy coś w tym rodzaju, a skończył... Wiecie co? Siadajcie, ta opowieść chwilę potrwa.

Dzisiaj nikt już nie boi się końca świata. Podobno kiedyś ludzie co jakiś czas wymyślali sobie nowy termin, ale teraz już wszyscy wiedzą. Świat skończył się już dawno temu. Wielka wojna wyznaczyła koniec "cudownej cywilizacji". Nie wiadomo o co poszło, znaczy my nie wiemy. Podobno mocarstwa pożarły się o zasoby. Wiecie, ropa i takie tam. Inni gadają, że coś się zepsuło, albo, że inteligentne maszyny sprowadziły piekło na łby naszych przodków. Jakie to ma teraz znaczenie? Ważne, że z nieba lał się ogień i świat umarł w mgnieniu oka. Teraz siedzimy tu jak robaki na jego trupie. Oczywiście nie mogło być tak dobrze, że było wielkie "BUM" i koniec. Nie, nasi cholerni przodkowie musieli przetrwać. Jedni mieli akurat szczęście i byli gdzieś w dziczy, inni chowali się po jaskiniach, a Ci najbogatsi lub mający po prostu szczęście schronili się w wielkich schronach, które pobudowano w obawie przed wojną. Przybysz z krypty pochodził właśnie z takiej dziury w ziemi. Podobno krypty, jak zwano te schrony, były ponumerowane, a nasz bohater pochodził z trzynastej. Wylosował sobie, cholera, szczęśliwy numerek...

 

W każdym razie coś się spieprzyło i padł im system uzda... uzd... no, ten co im wodę czyścił z radioaktywnego syfu. Okazało się, że nie mają zapasowych części, czy czegoś takiego, i trza było kogoś wysłać na poszukiwanie nowej. Zgadnijcie kto wyciągnął krótką słomkę? Dali biedakowi namiary na najbliższą kryptę, wypchnęli za próg i zatrzasnęli za nim drzwi. Nie ma to jak przyjaciele, nie? Nikt nie był w stanie przewidzieć tego co czeka go na powierzchni...

 

Mam nadzieję, że wybaczycie mi ten raczej prymitywny fabularyzowany wstęp, ale jakoś tak mnie poniosło. Całość jest ogólnym rysem fabularnym pierwszego Fallouta tak więc nie jest to tekst całkiem od czapy. Czym jest Fallout? Legendą gier cRPG, dla wielu nadal niedoścignionym wzorem gry niemal doskonałej. Z punktu widzenia młodszych graczy to zapewne koszmar, a przynajmniej takie wrażenie można odnieść czytając opinie o tej grze w sieci. Narzekania na grafikę, swoistą toporność, podobno szalony poziom trudności i tym podobne brednie są zaskakująco częste. Mniejsza z tym zajmijmy się samą grą, a reszta sama się wyjaśni.

 

W grze przyjdzie nam oczywiście kierować krokami wspomnianego już przybysza z krypty. Przyjdzie nam wędrować po pustkowiach, walczyć o przetrwanie niemal na każdym kroku. Odwiedzimy też kilka osad i miejsc dumnie mieniących się miastami, gdzie ludzie z wielkim trudem starają się ułożyć sobie życie, a wybitne jednostki starają się odbudować co się da. Problemem jest oczywiście brak materiałów, także większość lokacji jakie przyjdzie nam odwiedzić składa się głównie z mniej lub bardziej ogarniętych ruin, namiotów i innych szałasów zbudowanych z walających się odpadków. W połączeniu z sugestywną muzyką i resztkami przedwojennej kultury stylizowanej na lata pięćdziesiąte ubiegłego stulecia (wklepcie sobie "50s commercial" w googlach i zobaczcie obrazki) tworzą niesamowity klimat, z którym niewiele gier może rywalizować. Wspomniałem o muzyce, ale tak po prawdzie to służy ona głównie budowaniu klimatu i niemal na pewno nie będziecie zdawać sobie z jej istnienia sprawy, przynajmniej do momentu, w którym usłyszycie ją kiedyś w innym miejscu i powitacie ją jak starego znajomego. Warto też dodać, że Fallout jest napakowany aluzjami do masy klasycznych filmów więc napotykając na podejrzanie znajomy dialogi czy nazwy własne można się całkiem mocno zdziwić (choćby Sokół Maltański).

 

No dobra, ale co będziemy robić? Podczas poruszania się po świecie gry będziemy oczywiście mogli wykonywać masę zadań (oczywiście można je olać), które nie będą was stawiać na jakiejś z góry ustalonej pozycji. Nasz szlak mogą znaczyć trupy niewinnych, możecie iść drogą dyplomaty, obrońcy uciśnionych, złodzieja, zabójcy itd, a co najlepsze otwarty system tworzenia postaci nie szufladkuje nas do żadnej klasy postaci. Chcecie stworzyć lekarza, który będzie szerzył śmierć i zniszczenie przy użyciu miniguna? Proszę bardzo! Do tego jeszcze zestaw umiejętności powiązanych z mechaniką? Nie ma sprawy! Otwarty system tworzenia postaci i otwartość samego świata pozwala na rozwiązywanie problemów na wiele sposobów. Zamiast zabijać przywódcę lokalnego gangu w otwartej walce można go przekonać do odejścia, przyłączyć się do niego, przekupić go, podłożyć mu ładunek wybuchowy itd. Każdy wybór zmienia naszą postać, bardziej skomplikowane rozwiązania nagradzane są większą ilością punktów doświadczenia, a w zależności od obranej ścieżki npc będą inaczej nas traktować.

 

Nie znaczy to oczywiście, że każdej walki da się uniknąć (choć wymigać da się nawet z walki z finałowym bossem!), bo czasem natkniemy się na przeciwników którzy nam nie odpuszczą albo nawet nie będą chcieli lub mogli z nami gadać. W takiej sytuacji trzeba spieprzać ile sił w nogach albo chwycić za broń, a tej jest do wyboru całkiem sporo. Począwszy od broni białej (noże, włócznie, młoty itd.) przez pistolety, karabiny, miotacze ognia, miniguny, wyrzutnie rakiet aż po supernowoczesną broń energetyczną. Nie wolno lekceważyć nawet doświadczonych adeptów sztuk walki, bo jak się dobiorą do dupska to nawet najlepszy pancerz może nie pomóc. Niestety najpierw trzeba dojść do przeciwnika, który pluje seriami z karabinu, ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, prawda?

 

Mnogość broni zwiastuje wielką ilość przeciwników. Walczyć przyjdzie nam z dziesiątkami różnych stworzeń: bandytami, mutantami wszelkiej maści, super mutantami, zwierzętami, roślinami (tak!), łowcami niewolników, masą innych ludzi, szponami śmierci (nie nazywają się tak jedynie dla szpanu...) i diabli wiedzą czym jeszcze. Cała ta ferajna występuje w różnych wariantach, nosi różne uzbrojenie i zachowuje się inaczej, a lekceważyć, szczególnie na początku gry, nie wolno nikogo. Widziałem już graczy, którzy padali walcząc ze szczurami zaraz po wyjściu z krypty, bo wydawało im się, że dostaną taryfę ulgową... nie to nie jest jedna z tych "gier", która przechodzi się sama. Tutaj trzeba myśleć i nie porywać się z motyka na słońce, albo przygotować się na solidnego kopa w zad. Pobawić się w Rambo albo innego Terminatora oczywiście można, ale to pieśń przyszłości i kwestia zdobycia kilku(nastu) poziomów i/lub porządnego sprzętu.

 

Oczywiście nie musimy przemierzać pustkowi całkiem sami, bo w czasie podróży natkniemy się na npc, którzy chętnie się do nas przyłączą i... tutaj wypada wspomnieć o najpoważniejszej wadzie pierwszego Fallouta. Nasi towarzysze są głupi jak kamienie. Niby można im wydawać podstawowe polecenia dotyczące walki, ale po pewnym czasie przestaje dziwić, że taki Ian potrafi nagle krzyknąć "Geronimo!", schować trzymanego w łapie gnata i rzucić się z nożem na szpona śmierci, który sekundę później rozsmaruje go po ścianach i pożre jego serce. NPC mają też oczywiście zalety, ale dość szybko zaczyna się je traktować jak muły pociągowe (z jakiejś przyczyny mają praktycznie nie ograniczony udźwig) i odłączać od drużyny przed trudniejszymi starciami. W innym wypadku trzeba przygotować się na częste ładowanie gier i zużywanie ogromnych ilości medykamentów...

 

Mówiąc o walce trzeba powiedzieć, że odbywa się ona w trybie turowym i mamy kontrolę jedynie nad własną postacią. Wszystkie pozostałe postacie działają według własnego uznania. Walka potrafi być nieco bardziej skomplikowana niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Trzeba uważać w co się celuje, brzmi to jak oczywistość, ale w tej grze pudło nie oznacza, że chybiona kula zniknęła. Całkiem prawdopodobne, że trafi w coś innego. Innego przeciwnika, sojusznika albo... kogoś postronnego. O ile pierwsze jest raczej kiepską sytuacją, zwłaszcza kiedy będzie to rana śmiertelna to ten ostatni wariant potrafi doprowadzić do prawdziwej rzezi, bo znajomi pechowca prawdopodobnie rzucą mu się na pomoc. Nikt nie będzie słuchał tłumaczenia, że to przypadkiem było...

 

Z recenzenckiego obowiązku wypadałoby powiedzieć jeszcze parę słów o wadach Fallouta. Prócz wspomnianych przygłupich npc najważniejszym problemem jest nieco fikuśne sterowanie. Wszystko robi się myszką, ale początkowo ciężko się do niego przyzwyczaić. Lewym przyciskiem dokonujemy większości akcji, a prawy służy do zmiany... funkcji kursora, a tych jest kilka: chodzenie, manipulowanie otoczeniem i celowanie w trakcie walki. Gdy już się człowiek przyzwyczai to okazuje się, że jest to nawet wygodne, ale początki potrafią przyprawić o traumę. Druga sprawa to grafika. Moim zdaniem przez te wszystkie lata zachowała się całkiem nieźle, ale często słyszę głosy, że jest wręcz obleśna, bo prócz wszechobecnych pikseli jest jeszcze szara, bura i ponura. A jaka ma być? To jest gra w klimatach post apo!

 

Kończąc już – jeśli uważasz się za fana "erpegów" to Fallout jest pozycją obowiązkową. Ba! Jeśli uważasz się za gracza to pierwszego Fallout wypadałoby przynajmniej raz odpalić i zobaczyć czym te stare nerdy się tak jarają. Wiadomo gusta są różne, jedni kochają Fallouta, inni ubóstwiają Planescape'a, a jeszcze inni wąchają stare skarpety, ale w tą gierkę koniecznie trzeba zagrać. Chociaż raz.

evilmg
5 kwietnia 2013 - 13:30