Rozpoczął się trzeci sezon Gry o Tron. Czym różni się serial od książki? - Buja - 6 kwietnia 2013

Rozpoczął się trzeci sezon Gry o Tron. Czym różni się serial od książki?

Fani sagi Pieśni Lodu i Ognia pokochali pierwszy sezon Gry o Tron za wierność oryginałowi. Drugi sezon nie był już tak dokładnym odwzorowaniem kolejnego tomu, czyli Starcia Królów. Ze strony czytelników sypały się narzekania na spłycenie historii i obcięcie wielu wątków. Znalazły się nawet kompletnie absurdalne głosy oburzenia: „Aktorka grająca Ygritte jest zbyt ładna! W książce była brzydsza!”, co dla mnie jest mocną przesadą. Samemu spłyceniu historii i obcinaniu niektórych fragmentów nie ma się co dziwić. Mamy przecież do czynienia z formatem telewizyjnym, w którym każdy sezon to zaledwie dziesięć niespełna jednogodzinnych odcinków. W końcu druga, książkowa część liczy sobie bagatela osiemset pięćdziesiąt stron. To o sto stron więcej niż pierwsza część, a odcinków mamy tyle samo. Wszystkim narzekaczom proponuję jednak zaczerpnięcie głębokiego wdechu i uświadomienie sobie, że wyprodukowany przez HBO serial Gra o Tron to przecież adaptacja. Nad pracami nad nim czuwa sam G.R.R. Martin, autor sagi, który po 8 latach od premiery pierwszej części mógł przecież stwierdzić „cholera, teraz mógłbym napisać to inaczej”. Mało tego, pisarz sam napisał scenariusz do jednego odcinka w każdym z dwóch wyemitowanych sezonów i jeden, na którego premierę czekamy. Niespełna tydzień temu mogliśmy obejrzeć pierwszy odcinek trzeciego sezonu opartego na pierwszym tomie trzeciej części sagi. Jest w nim kilka scen, w których rozbieżność z książką gryzie mnie w oczy na tyle, że postanowiłem opublikować ten wpis.

Zacznę od sceny, którą skończył się drugi sezon, a jej kontynuacja stanowi jednocześnie otwarcie pierwszego odcinka sezonu trzeciego. W s02e10 Sam Tarly (to ten ciapowaty grubasek z Nocnej Straży) razem z dwoma czarnymi braćmi gdzieś w pobliżu Pięści Pierwszych Ludzi szuka surowców na opał. W tym momencie rozbrzmiewają trzy odgłosy rogu, co oznacza nadejście Innych (ang. White Walkers). Zrywa się burza śnieżna, Sam zostaje gdzieś w tyle i staje niemal twarzą w twarz ze świetnie ucharakteryzowanym nieumarłym na równie nieumarłym koniu, który wydaje się dowodzić dziesiątkami ospale posuwających się do przodu Innych. Książkowy Inny przy takiej okazji po prostu przebiłby go mieczem i na tym skończyła by się kariera Sama w Nocnej Straży. Ok, ale pokazano Innych, którzy wydają się być dużo większym zagrożeniem dla Westeros niż walczący ze sobą królowie.

Zaczyna się pierwszy odcinek kolejnego sezonu. Po krótkim przypomnieniu najważniejszych punktów poprzedniej serii znowu widzimy Sama. Tym razem biegnie przez śnieżną zawieję. A gdzie podziali się Inni? Cóż, najwyraźniej skręcili w inną stronę, a w takiej śnieżycy łatwo się zgubić. W końcu Sam trafia na pojedynczego nieumarłego, a ten rzuca się na niego i byłby go zabił, gdyby nie Duch – wilkor Jona Snowa. Ale zaraz zaraz, przecież Jon Snow wyruszył z Thorinem Półrękim na zwiad, zabił go i w roli szpiega dał się wziąć do niewoli Dzikim, ludziom z północy. Jego wilkor powinien być z nim. Tak jest właśnie w książce. W ogóle scena natarcia Innych na obóz Wron wyglądała zupełnie inaczej. Sam siedział w Pięści Pierwszych Ludzi i dupa marzła mu w namiocie. Wtedy trzy razy zadęto w róg, rozpętała się chaotyczna bitwa i Sam WYSŁAŁ kruki z wiadomościami do Czarnej Twierdzy, a dopiero potem zaczał uciekać. „Wykonałem zadanie. Nikt nie może powiedzieć, że złamałem przysięgę. Jestem grubasem, mięczakiem i tchórzem, ale wykonałem zadanie.” – powtarza sobie w myślach Samwell Tarly. Tymczasem w serialu Lord Mormont, dowódca Nocnej Straży, po scenie z wilkorem i Innym przepytuje Sama: – Wysłałeś kruki? – Sam przecząco kręci głową. – To było twoje jedyne zadanie! W dodatku książkowa wersja pokazuje odważną stronę jego tchórzliwej natury i Sam zyskuje nawet ironiczny przydomek Zabójca. W Nawałnicy Mieczy własnoręcznie zabił Innego sztyletem ze smoczego szkła. Nie wyręczył go żaden wilkor, który powinien być teraz setki kilometrów dalej.

Pojawienie się Jona w obozie Dzikich zostało zrealizowane bardzo dobrze. Podoba mi się w jaki sposób został odwzorowany śnieżny olbrzym. Sugerując się opisami z książki cieszę się, że telewizja nie transmituje jeszcze zapachów. Rozmowa z Mancem Ryderem również jest okej. Dobrze widać dylematy moralne, które kotłują się w głowie Jona udającego dezertera z Nocnej Straży.

Kolejna scena. Królewska Przystań. Najemnik Bronn zostaje wezwany przez Tyriona do jego komnaty, co przerywa Bronnowi igraszki z prostytuką. Widzimy pierwsze cycki w tym sezonie. W książce Bronn sam z siebie przyszedł do Tyriona, producenci postanowili nam jednak pokazać, że Westeros to w końcu świat kurew, krwi i ścinanych głów, a każdy najemnik to dziwkarz. I pokazali cycki, ku uciesze męskiej części widowni. Bronn zastał w komnacie karła królową Cersei, której, zgodnie z książką, wcale nie powinna tam być. Przez cały pierwszy tom nie przeprowadziła z Tyrionem żadnej rozmowy na osobności, choć jego cały czas męczył fakt, że to jej człowiek pozbawił go nosa. Czego swoją drogą, w serialu wcale nie widać. Blizna na twarzy szpeci twarz aktora, ale nos jest w całości. Na papierze po bitwie nad Czarnym Nurtem nosa Tyriona już nie było. Bronn i karzeł ruszają do komnat Tywina Lannistera, zgodnie z tym co miało miejsce w książce.

W następnej scenie widzimy Davosa Seawortha zwanego Cebulowym Rycerzem. Po bitwie nad Czarnym Nurtem może wyrzuciło go na małą, skalną wysepkę. Bogom dzięki, na horyzoncie zjawia się galera i Davos jest uratowany. Małą różnicą jest fakt, że rozmowa z czarnoskórym korsarzem Salandorem Saanem odbyła się dopiero po przybyciu do Smoczej Skały. Ot, taka drobnostka. Dużą różnicę w przedstwieniu ackji zobaczymy dopiero w następnej scenie z jego udziałem.

Na ekranie pojawia się Robb Stark. Co ciekawe, w każdej z trzech pierwszych książek, które przeczytałem, nie ma ani jednego rozdziału, w którym akcja opisywana jest z jego perspektywy, a my możemy poznać jego przemyślenia. Niczym Ned Stark dam sobie głowę uciąć, że wielu czytelników wymieniliby rozdziały z Sansą na rozdziały z Robbem. Król Północy zdobywa Harrenhal. I słusznie, ale w ogóle w nim nie powinien stacjonować! Już w drugim sezonie bzdurą było zatrzymianie się w Harrenhal Tywina Lannistera, a jeszcze większą to, że Arya Stark została jego służącą. Ubolewam nad tym, że budżetu nie wystarczyło na pokazanie Riverrun, czyli zamku rodu Tullych, sojuszników północy, w którym to Robb przesiaduje, kiedy tylko nie prowadzi bitew. To tam matka Robba, Catelyn, uwolniła Królobójcę i to tam sama została za karę uwięziona przez Robba. I nie w żadnym lochu, tylko we własnej komancie. A tu mamy ciągle ten Harrenhal i Harrenhal...

Rozmowa Tyriona z jego ojcem, Tywinem, wyszła świetnie. Gratulacje dla twórców, oddali dramatyzm ich relacji i bezsilność karła, który żyje w cieniu swojego rodzeństwa i nikt nie docenia jego dokonań. Niestety kolejna scena kompletnie psuje ten efekt. Jesteśmy świadkami kompletnie wyssanej z palca rozmowy Sansy Stark i ukochanej dziwki Tyriona, Shae, która w serialu robi za jej służącą. Kolejna po Harrenhalu bzdura. To uproszczenie było jednak konieczne, żeby nie wprowadzać telewidzom zbytniego mętliku w głowie i nie kreować na ekranie kolejnej postaci, a mianowicie dworzanki, której Shae służyła. Rozmowę na nabrzeżu przerywa Petyr Baelish, który przesyła Sansie pozdrowienia od mamy. Kolejna bzdura z poprzedniego sezonu. Petyr wcale nie widział się z Lady Catelyn. Mało tego, skarbnik Królewskiej Przystani mówi młodej Sansie, że jej siostra Arya żyje i ma się dobrze. A tego nie wiedział nikt oprócz ludzi, których Arya spotykała podczas swojej tułaczki po Westeros. Na pewno nie było wśród nich Petyra.

Po pokazie możliwości smoków Daenerys Targaryen płynącej do Astaporu znowu na ekranie pojawia się Sir Davos. Mam wrażenie, że zniknęło mu trochę strupów z twarzy, wciąż ma jednak zamiar zabicia czerwonej kapłanki Melisandre. Leci więc prosto do zamku króla Stannisa. W książce zatrzymuje go straż. Davos podejrzewa, że Salandor Saan zdradził ludziom króla jego zamiary. Davos trafia do lochu. W serialu Cebulowy Rycerz dociera do komnat króla, bierze udział w pogadance ze Stannisem i Melisandre, wyciąga sztylet i rzuca się na kapłankę. Dopiero wtedy trafia do lochu. Różnica jest taka, że w książce musiał czekać długie dni w ciemnym lochu, aż zobaczył swojego ukochanego króla. Melisandre zaś zobaczyła przyszłość w ogniu i dlatego wtrącono Davosa do lochu za próbę zamachu, zanim jeszcze zdążył jej dokonać.

O tym jak Margary Tyrell lituje się nad sierotami w dzielnicy biedoty Królewskiej Przystani napiszę krótko. Marnujemy pięć minut na dopisaną scenę, która ma tylko pokazać jaki to Wysogród jest dobry i jak Tyrellowie różni od Lannisterów. Ich rody mają połączyć się przez małżeństwo Margary ze znienawidzonym przez widzów Joffreyem. A w książce po prostu przywieźli do stolicy mnóstwo wozów z jedzeniem. I tyle. Akcja przenosi się za wąskie morze, a my oglądamy blondwłosą Daenerys i jej smoki. Plus dla producentów za dobrze zrealizowaną rozmowę Dany z handlarzem niewolników. Można się nawet pośmiać, kiedy ten rzuca raz po raz do tłumaczki „Powiedz tej dziwce z zachodu...”. Odcinek kończy się sceną, w której zakapturzony wybawca ratuję Daenerys przed dziewczynką asasynką wysłaną zapewne przez czarnoksiężników z Qhartu. Wybawcą okazuje się... Barristan Selmy. Były członek królewskiej straży wygnany z Królewskiej Przystani. I dla mnie jest to wielki „what the fuck”, bo przez cały pierwszy tom Nawałnicy Mieczy nie było o nim ani słowa. Znajomy, który przeczytał już wszystko co się dało, zdradził mi, że pojawia się dopiero później. HBO, dzięki za książkowy spoiler. Jaki był cel wprowadzenia tej postaci tak wcześnie? Nie mam pojęcia.

Mimo wszystkich tych różnic czekam na kolejny odcinek z niecierpliwością, a Grę o Tron uważam za świetny serial. Wciąż nie pokazano żadnych scen z Królobójcą, Aryą i Branem. Konkluzja dla czytelników? Zanim zacznie się hejtować, trzeba mieć świadomość, że niektóre uproszczenia były konieczne. Niektóre jednak są zupełnie bez sensu. Wszystkim tym, którzy nie czytali jeszcze sagi, bardzo mocno to polecam. Zobaczycie jak wiele wątków Wam umknęło i jak sprawnym piórem posługuje się George R. R. Martin. Jego książki wciągają jak bagna Przesmyku. 

Buja
6 kwietnia 2013 - 15:22