Miasto 44 - Recenzje (wydanie specjalne) - Bartek Pacuła - 22 września 2014

Miasto 44 - Recenzje (wydanie specjalne)

Nie lubię polskiego kina historycznego. Po prostu. Uważam je za słabe, nadęte, nieumiejące sobie radzić z naszą historią, a nade wszystko nieposiadające odpowiedniego budżetu do sfilmowania ogromnych bitew itd. Kolejne produkcje tylko pogłębiają moje odczucia, a obecnie gdy w rozmowach dotyczących filmów słyszę „Katyń”, „Potop”, „1920. Bitwa warszawska” czy „Popiełuszko. Wolność jest w nas”, to włosy stają mi dęba. Na „Miasto 44” wybrałem się mając nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Pieniądze na film się znalazły, reżyser (Jan Komasa) był młody i nieobciążony bezpośrednio dziedzictwem historii, także podejście do tematu (reklamowane przez hasło „Miłość w czasach apokalipsy”) obiecywało coś wyjątkowego. A wszyło…

… cóż – na pewno nie jak zwykle, ale daleki też jestem od ekstatycznej euforii, która opanowała polskie media filmowe. „Miasto 44” to film fabularny, gdzie głównych bohaterów mamy aż dwóch: pierwszym jest Stefan – młody chłopak mieszkający w okupowanej Warszawie z matką i bratem. Stefan spędza czas pracując w hurtowni Wedla i wygłupiając się z młodym bratem w domu po godzinach. Drugi bohater to postać zbiorowa. Mam na myśli tutaj młodych powstańców - ludzi, których wojna i okupacja dopadła w najgorszym możliwym momencie – gdy byli młodzi, pełni życia, energii, radości i urody.

Wg. zapowiedzi to właśnie na tym skupić miał się film: na tej młodzieży, której w głowie powinna być dobra zabawa, pierwsze zakochania, seks (chociaż czytając komentarze w internecie można wywnioskować, iż Polacy przed wojną i w jej trakcie uprawiali seks tylko w celach prokreacyjnych, po ślubie oczywiście). Obiecująco, prawda? Przecież Powstanie było już pokazywane wiele razy z punktu widzenia dramatu miasta i jego mieszkańców, nigdy z perspektywy miłości, dojrzewania i młodości.  

Film, mówiąc wprost, zawiódł mnie straszliwie. I to na kilku płaszczyznach. Po pierwsze – aktorstwo. Nie wiem jak to się stało, że niektórzy aktorzy nie zajęli się ogniem na planie, w końcu reżyser musiał ich zrekrutować gdzieś w lesie. Tak drewniane aktorstwo zawsze przypisywałem naszym „wybitnym” produkcją pokroju „Klanu” czy „M jak miłość”. Tymczasem „Miasto 44” to prawdziwa parada źle zagranych scen, które momentami wołają o pomstę do nieba.

Drugą potężną wadą jest fakt, że z pokazania tej miłości, tego seksu i tego dojrzewania niewiele wyszło. Sytuacja musiała, moim zdaniem, wyglądać najprawdopodobniej tak, że Jan Komasa bardzo chciał te aspekty pokazać, ale zabrakło mu odwagi by zrobić to na 100%. Chociaż trudno mu się dziwić (nawet teraz ludzie psioczą na scenę, gdy główny bohater uprawia seks. Jakże to? Przecież powstańcy kochali tylko ojczyznę, a na co tej stosunek nieprokreacyjny?), to brak zdecydowania i przysłowiowych „jaj” jest tutaj bardzo widoczny.

Według mnie kuleje także sama warstwa fabularna. Nie chodzi mi naturalnie o historię przebiegu samego Powstania, ale o perypetie naszego Stefana i jego kobiet. Wszystko to jest dość nudne, nieprzekonujące i miałkie. Kolejne jego dziwne/durne wybory śledziłem coraz bardziej znużony i zniecierpliwiony.

Nie jest jednak tak, iż dzieło to jest kompletnie nieudane i w ogóle nie wciąga. „Miastu…” zdarzyło się pokazać kilka fajnych scen (znakomity motyw z krwią z nieba – tego w filmach wojennych chyba jeszcze nie było, przynajmniej w takiej formie), sama agonia Warszawy jest zaś bardzo przejmująca. Na dodatek Komasa zdecydował się na kilka pionierskich rozwiązań (wojenny pocałunek w slow-motion z kulami mknącymi niczym te w Matrixie czy seks w rytmie… dubstepu), za co jak najbardziej warto go pochwalić. Szkoda tylko, że nie ratuje to filmu jako całości.

„Miasto 44” nie jest typowym filmem historycznym z Polski. Wyzbył się wielu błędów i wypaczeń tego typu kina w rodzimym wykonaniu, przyswoił natomiast parę nowych grzeszków przez co ogląda się go co najwyżej średnio. To oczywiście moja opinia i nie mam zamiaru narzucać jej nikomu – po prostu mi film się średnio podobał i tyle.

Obrazki pochodzą z oficjalnych materiałów wydawcy

Czytaj dobre teksty o muzyce na Music to the People

Recenzja filmu „Miasto 44” od eJay’a

Bartek Pacuła
22 września 2014 - 14:04

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze
22.09.2014 14:28
Nerka
72
Generał

Skoro pokazują seks to nie zarobią na gimnazjach :D

22.09.2014 15:42
odpowiedz
darth16
24
Pretorianin

Jest i seks, i... (o zgrozo!) nagie piersi, a jak wiadomo gimnazjaliści ześwirują na widok cycków ;)

22.09.2014 21:51
odpowiedz
michellino
49
Pretorianin

W pełni zgadzam się z Autorem. Film jest kapitalny inscenizacyjnie i w warstwie wszelkiego technicznego rzemiosła. Jest to jednak zarazem film, na którym po raz pierwszy od dawien dawna patrzyłem na zegarek. Zły, nudny scenariusz, który niestety rodzi symptom "oczekiwania na momenty" w rozumieniu ww.inscenizacji wojennych. Co bowiem tkwi pomiędzy rzeczonymi scenami wojennego turpizmu? Niestety x wariacji na temat: "nie opuszczaj mnie, przecież obiecałeś, że mnie nie opuścisz". Największym błędem filmu są jednak postacie. Postacie nade wszystko antypatyczne, słabo zarysowane, które jedynie stanowią fugę mającą jakoś tam wypełnić przestrzeń pomiędzy kolejną brutalną sekwencją wojny. Żadnej z postaci, zwłaszcza pierwszoplanowych, nie sposób polubić, a tym bardziej przejąć się jej losem (czego ponadto nie nie ułatwia blady szkic ich intencji oraz nieuzasadnionych zachowań). W pewnym sensie Miasto 44 konstrukcją przypomina druga część "300", tj. kultywuje schemat: niezła akcja - scena gadu gadu przy ognisku - niezła akcja - scena gadu gadu przy ognisku - ...., z tym że w Mieście 44 ognisko zastąpiła piwnica. Czy jednak w filmie mającym stanowić przede wszystkim fresk określonego zdarzenia, da się ominąć pułapkę papierowych postaci? Owszem. Dowiódł tego R. Scott w "Helikopterze w ogniu", gdzie zdawać by się mogło, że anonimizacja postaci sięgnęła granic. W porównaniu jednak z Miastem 44, "Helikopter..." poza warstwą czystej akcji, zdaje się być głębokim obyczajem.

23.09.2014 02:01
odpowiedz
Garret Rendellson
87
Legend

Po tekście o Potopie przestałem czytać, sorki. Są pewne granice absurdu.

23.09.2014 09:26
odpowiedz
gozatka
1
Junior

Garret Rendellson , a co niby Potop sie do czegoś nadaje?

23.09.2014 09:50
odpowiedz
darth16
24
Pretorianin

Właśnie miałem coś pisać o Potopie, ale się zamknę lepiej. Jeszcze znów zostanę oskarżony o robienie sobie nowych kont ;)

23.09.2014 19:00
odpowiedz
Garret Rendellson
87
Legend

Tak gozatka, Potop to jeden z lepszych jeżeli nie najlepszych polskich filmów.

23.09.2014 21:37
odpowiedz
darth16
24
Pretorianin

Tak z ciekawości - według kogo? I według jakiej skali?

23.09.2014 21:43
odpowiedz
Zgrywus1
21
Czarownik z Torunia

A ten dubstep to dobry chociaż?

23.09.2014 22:28
odpowiedz
darth16
24
Pretorianin

Skrillex.

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze