Narzekasz że widziałeś zły film? Spokojnie pokażę Ci gorsze - Jam Łasica - 8 grudnia 2015

Narzekasz, że widziałeś zły film? Spokojnie, pokażę Ci gorsze

Zapomnijcie o ocenianiu filmów w skali 1-10. Dzisiaj przedstawię Wam kilka tytułów wymykających się z tej standardowej hierarchizacji. Bo o ile łatwo jest trafić na produkcje, które będziemy kategoryzować jako „dobre” czy „złe”, tak ciężko o perełki, które wrzucam do swojej prywatnej szufladki pt. „filmy tak złe, że aż dobre”. To filmy takie, przy których kino klasy C to dzieło wirtuozów kina.

Kiedyś znalazłem zestawienie najgorszych filmów wszechczasów. Mocno subiektywne, ale trudno było odmówić mu racji bytu. Goście, którzy podjęli się sporządzenia tego typu listy, wykonali kawał dobrej roboty i ułatwili zadanie mnie, człowiekowi miłującemu się w kinie… nazwijmy je niszowym. Gdybym chciał wymieniać i opisywać wszystkie znane mi tego typu tytuły, z którymi miałem niewątpliwą przyjemność, nie starczyłoby mi nocy, a Wam sił do czytania, skupię się zatem na kilku dziełach, do których nie muszę sięgać daleko pamięcią.

ROBOT MONSTER

1953 rok. Wydawałoby się, że w tamtych latach, w epoce która w kinematografii była epoką kamienia łupanego, nietrudno o zwyczajne szroty. I teza ta nie mija się z prawdą, ale Robot Monster to rzecz wyłamująca się nawet z definicji wspomnianego „szrota”. Tak w wymiarze reżyserii, aktorstwa czy scenariusza, jak i otoczki, która towarzyszyła powstawaniu i „promocji” (cudzysłów celowy) filmu. Otóż wyobraźcie sobie film o groźnym przybyszu z kosmosu, któremu charakteryzatorzy przypisali – nie wiedzieć w zasadzie czemu – strój goryla oraz hełm płetwonurka (a może astronauty?). Oczywiste oczywistości, jak aktorstwo na poziomie dzieci z polskich tasiemców, czy dramatycznie słabe efekty pomijam, bo nie sztuka kopać leżącego. Skupię się za to na kwestiach okołofilmowych. A mianowicie; legenda głosi, że reżyser który popełnił to dzieło, został po jego premierze do tego stopnia zaszczuty, że popadł w depresję i próbował popełnić samobójstwo. Nieudacznikiem był jednak do tego stopnia, że kula którą wystrzelił w kierunku własnej głowy chybiła celu. Ale to akurat zapisuję mu na plus; wszak gdyby było inaczej, historia nie byłaby tak zabawna, z ludzkiej tragedii, wyrządzonej samemu sobie, naśmiewać się nie wypada. Linku do Robot Monstera nie podeślę, pokażę za to trailer tegoż wizjonerskiego filmu.

PLAN DZIEWIĘĆ Z KOSMOSU

1959 rok. Zostajemy w epoce. Tutaj zacznę od tego, że kompletnie nie rozumiem tytułu filmu, chociaż nie to akurat jest w nim wyjątkowe. Fabuła? Jak to fabuła, typowa zwłaszcza dla kina science fiction tamtych lat: coś o przybyszach z kosmosu, nadchodzącej zagładzie itd. Też nic szczególnego. Ale sposób kręcenia filmu i improwizacje ekipy odpowiedzialnej za scenariusz i reżyserię… To już inna bajka. Dwa fakty, które zwróciły moją szczególną uwagę i zaważyły na tym, że zdecydowałem, iż ten tytuł zasługuje na miejsce w takim zestawieniu. Numer 1: reżyser (Ed Wood: legenda kina kiczu) nie przykładał zbytniej uwagi do dbałości o szczegóły. Ba, on nie przykładał w ogóle wagi do niczego. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że kręcił ujęcia do jednej sekwencji w dzień i w noc? Przyniosło to komiczny efekt: w ciągu 20-sekundowej sceny mamy przebitki na pięć ujęć nocnych i tyleż samo dziennych. Wiem, w opisie brzmi to średnio, ale zobaczyć ten efekt na filmie to inna historia… Numer 2: podczas kręcenia dzieła, los zabrał niestety z tego padołu jednego z aktorów odgrywających wiodącą rolę. Budżet twórców nie pozwolił na znalezienie i angaż aktora wystarczająco podobnego do poprzedniego bohatera i zmusił do zatrudnienia „pierwszego z brzegu”. Wood wpadł zatem na genialny pomysł: ułóżmy nowemu podobną fryzurę i dodajmy mu tajemniczości przez zasłonięcie twarzy peleryną. I jest dwa w jednym, przyjemne z pożytecznym! Niepodobny, bo niepodobny, ale otoczka stworzona w mistrzowski sposób. Przyniosło to zresztą rewelacyjny efekt w postaci takiej kreacji:

plan-9

Tak. Ten aktor już do końca filmu występował wyłącznie w tej pozie.

RIKI-OH

Rok 1991. Azjaci przyzwyczaili Was, że potrafią wypuścić spod swojej ręki najbardziej chore rzeczy na świecie, prawda? Wydawałoby się jednak, że zaczęli to robić od momentu, gdy cywilizacja cyfrowa ruszyła do przodu, a do nas – Europejczyków – zaczęło dochodzić coraz więcej tworów z dalekiego wschodu. Otóż nie. Japończycy i ich pobratymcy od zawsze byli mocno spaczeni, a Riki-Oh jest tego koronnym dowodem. Dość powiedzieć, że sceny przebijania pięścią klatki piersiowej na wylot, wrzucania ludzi do potężnych mega-sokowirówek czy duszenia rywali własnym jelitem, do którego uzyskało się dostęp po ówczesnym samookaleczeniu i rozcięciu brzucha nożem, są tu na porządku dziennym. Zresztą… zobaczcie sami (UWAGA: 18+ tudzież dla widzów o mocnych nerwach / będących przed spożyciem posiłku).

CRIPPLED MASTER

Rok 1979. Na koniec znowu coś spod znaku Azjatów, tym razem z Hongkongu. Crippled Master (tytułu polskiego dystrybutora brak) to opowieść, można powiedzieć niemal klasyczna, o winie, karze i zemście. Niemal klasyczna, bo jej bohaterowie zdecydowanie klasyczni nie są. Otóż dwóch braci, w wyniku nieopisanego okrucieństwa i skrajnej brutalności złowrogiego gangu (tak go nazwijmy) zostają pozbawieni rąk (jeden z nich) i nóg (drugi). Nie zważając na to, iż skazani na kalectwo, poprzysięgają zemstę swym oprawcom i uczą się w tym celu trudnej sztuki karate. Jak im to wychodzi, możecie zobaczyć poniżej:

Przy całej kiczowatości produkcji, trzeba przyznać, że głównym herosom filmowym należy się mega szacun. Można by zrobić nawet z nimi jakiś mem typu „A jaka jest Twoja wymówka?”. Tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy wpis, choć w zanadrzu i rezerwach mej głowy znajduje się jeszcze cała masa tytułów, którymi mogę obdzielić kilka kolejnych tekstów. I jeśli ten powyższy cieszyłby się jakimś zainteresowaniem, chętnie popełnię kolejne. Tymczasem zapraszam na swój fanpage, gdyby komuś było mało powyżej przytoczonego poziomu abstrakcji.

Jam Łasica
8 grudnia 2015 - 16:37