Final Fantasy XV: Platinum Demo - pierwsza i ostatnia próba - Materdea - 3 kwietnia 2016

Final Fantasy XV: Platinum Demo - pierwsza i ostatnia próba

Przez blisko 2 godziny tańczyłem z Platynowym Demem – kolejną próbką możliwość od studia Square Enix w temacie Final Fantasy XV. Epizod Duscae, poprzednia pokazówka FFXV, ukazał się tylko na PlayStation 4 i siłą rzeczy nie mogłem jej przetestować. Tym razem się udało! Mimo wszystko nie nawróciło mnie to na ścieżkę objawienia. Co więcej – dalej nie przekonałem się do Finali.

Na szczęście nie po to przygotowano ten kawałek kodu. Do kilkugigabajtowej propozycji studia Square Enix przysiadałem bardziej z ciekawości niż fascynacji. Zadawałem sobie pytania, oglądając pasek pobierania: Czy sztandarowa seria japońskich cRPG-ów potrafi zarazić jeszcze użytkownika, który nigdy nie odpalił pozostałych części? Czy mechanizmy uległy zmianom pozwalając fanowi Wiedźmina i po części Dragon Age’a do przekonania się? Czy będę mógł spojrzeć w oczy moim bardziej doświadczonym kolegom, całkiem swobodnie poruszającym się po tym uniwersum?

Nah, nic z tych rzeczy. Generalnie odczucia mam zupełnie pozytywne, bo Platinum Demo pod względem wykonania jest świetne. Kapitalny jest model walki; wyraźnie czuć postać, jej ciosy, efektowne fikołki i combosy. Produkcja prezentuje się również bardzo dobrze, a w szczególności technologia użyta do jej produkcji – tak po ludzku, to jest po prostu ładne. Dynamiczne zmiany pogody również „robią robotę”. Gorzej ze stylistyką.

To właśnie tu jest pies pogrzebany. Na początku nie wierzyłem ludziom, którzy mówili: „Bez pokochania klimatu nie masz szans na jakiekolwiek ukończenie FF/japońskiej gry”. I to była cholerna prawda! Gdzieś z tyłu głowy miałem chęć spróbowania tego cyklu, bo wiedziałem, że to po prostu brak czas na podejście do niego. Mój pogląd właśnie zawalił się niczym domek z kart, ponieważ w końcu dotarła do mnie „oczywista oczywistość” wałkowana od dawien dawna.

Raptem godzina pokazówka to krótki etap ze snu Noctisa. W nim poruszamy się jako dziecinna postać tego bohatera, która najpierw trafia do swoistego lasu, by później przenieść się – w pomniejszonej formie – do ogromnego pokoju, zaś w ostateczności do jakiegoś miasteczka. Po drodze czeka nas walka z sennymi marami protagonisty, reprezentowanych przez komiczne, niebieskie stworki. Platinum Demo sprawia wrażenie prologu, ponieważ na początku raczeni jesteśmy najprostszymi instrukcjami, zaś po kilku chwilach zdobywamy pierwszy oręż.

Najcudaczniejszym etapem był ten, w którym eksplorowaliśmy gargantuicznych rozmiarów pokój. To właśnie w nim występowały przedziwne płytki na podłodze, pozwalające nam przybrać np. formę samochodu lub potwora. Co prawda jeżdżenie garbusikiem pomiędzy nogami od stołu nie było specjalnie zajmujące, co nie oznacza, że nie wywołało uśmiechu na mojej twarzy.

Na końcu (w miasteczku) trafiamy na bossa, który ewidentnie jest silniejszy od poprzednich swoich popleczników. Niemniej po krótkiej potyczce wychodzimy zwycięsko z tego starcia – gra nie pozwoliła nam wybrać poziomu trudności, choć zapewne nie o wyzwanie tu chodziło.

Koniec końców walc z Platinum Demo zaliczyłbym do tych bardziej udanych. Od Wodeckiego dostałbym zapewne mocne 6/10, co nie oznacza, że prezentacja możliwości nadchodzącego jeszcze w tym roku Final Fantasy XV jest zła. Wręcz przeciwnie, jest bardzo dobra – tyle że mnie nie kupiła. To dla mnie było prawdopodobnie pierwsze i ostatnie posiedzenie z jakimkolwiek Finalem.

Materdea
3 kwietnia 2016 - 22:51