Gdzie się podziały tamte platformówki? - Avaral - 3 października 2016

Gdzie się podziały tamte platformówki?

Gdzie się podziały tamte platformówki, gdzie ten Spyro, gdzie tamten Crash...chciałoby się zaśpiewać w rytm hitu Wojciecha Gąsowskiego. Gry, kształtujące nas jako graczy, dostarczające niezliczonych godzin dobrej zabawy, wynikającej z prostej, ale jakże miodnej rozgrywki. Tym były i nadal są platformówki, gatunek łatwy i przyjemny w odbiorze (momentami infantylny, ale czy to źle?), z prostą mechaniką oraz kolorową oprawą graficzną. Gdzieś po drodze ów gatunek zatracił w pewnym stopniu swoją tożsamość, ustępując miejsca na piedestale poważniejszym tytułom, a wielu bohaterów, których pamiętamy z dzieciństwa, zniknęło. Możliwe, że już bezpowrotnie. Dlaczego tak się stało? Gdzie podziali się nasi ulubieńcy? I jakie są prognozy na przyszłość?

Można śmiało stwierdzić, że gry platformowe w dużej mierze wpłynęły na to, jak dziś wyglądają i jak są postrzegane gry wideo. Jest to jeden z pierwszych gatunków, swoją prostotą przyciągający rzeszę ludzi do ekranu telewizora i zarazem popularyzujący tę formę rozrywki w świadomości społeczeństwa. Platformery są także pochodną dla wielu innych gatunków gier. Ewoluując na przestrzeni lat, próbowały jednak zachować swoje najważniejsze elementy. Nie ma dobrej platformówki bez wszędobylskiego zbieractwa przeróżnych znajdziek, pokonywania wymyślnych przeszkód oraz ciągłego skakania, nadającego tempa rozgrywce. Istotne są również zróżnicowane lokacje i przeciwnicy, przemyślane power-upy, jak i zapadająca w pamięć oprawa audiowizualna.

Przenieśmy się od razu do ery 32-bitowych konsol, bo to właśnie wtedy moim zdaniem gatunek platformówek przeżywał renesans, głównie dzięki możliwościom, które niosło za sobą przejście w 3D. Jest to również okres, który najlepiej wspominam, ponieważ w latach dziewięćdziesiątych zaczynałem swoją przygodę z grami. Nie myślcie, że jestem zaślepiony sentymentem, przez co nie zauważam, ile te gry mają lat. Omawiany gatunek jak mało który, tak dobrze wytrzymał próbę czasu. Poza jakością tekstur i sprite'ów, do dnia dzisiejszego większość z nich prezentuje się nader przyzwoicie, ponieważ stawiały przede wszystkim na styl i bogatą paletę barw, a nie realizm. Z kolei gameplay, dalej wciąga jak bagno.

Zacznijmy od ulubieńca gawiedzi, jakim jest bez wątpienia Crash Bandicoot. Przygody tego nierozgarniętego, aczkolwiek szalenie sympatycznego jamraja pasiastego, zaskarbiły sobie miliony fanów na całym świecie. Nie ma chyba w Polsce gracza wychowanego w latach dziewięćdziesiątych, który by nie grał w liska. To również pierwszy głośny tytuł studia Naughty Dog i zarazem jedna z pierwszych gier, tak cieszących oko w środowisku trójwymiarowym. Wymagające elementy zręcznościowe, świetnie zaprojektowane levele, zwariowany humor oraz niezwykle melodyjny soundtrack, były w tym przypadku gwarantem sukcesu. Niestety im dalej w las, tym gorzej. Przeskok na kolejną generację konsol był jak równia pochyła. Lepsza oprawa nie wystarczyła, aby kolejne odsłony powtórzyły sukces poprzedniczek. Co prawda Twinsanity oraz „The Wrath of Cortex” były w dalszym ciągu grywalne, niemniej brakowało im już tego czegoś, a już kolejne twory z Crashem w roli głównej, coraz bardziej rozmijały się z pierwotnymi założeniami. Zamiast rozwijać sprawdzoną formułę, implementując ostrożnie nowe rozwiązania, niepotrzebnie eksperymentowano, tworząc potworki pokroju Mind over Mutant. Prawdopodobnie taki stan rzeczy spowodowany był przejęciem serii przez inne studio, po wydaniu trzeciej części. Ostatecznie prawa do marki wylądowały w rękach Activision, które zachowuje się jak pies ogrodnika. Cień nadziei przynoszą coraz częstsze plotki na temat powrotu serii pod skrzydła studia matki. Kto inny jak nie oni mogą przywrócić świetność Crashowi?

Podobna historia przydarzyła się również innej maskotce Sony. A mianowicie charakteryzującemu się małym wzrostem, lecz wielką odwagą, smokowi imieniem Spyro. Gra odznaczała się dużymi, otwartymi lokacjami, zróżnicowanymi questami oraz licznymi minigrami. Insomniac uszczęśliwiło miliony graczy wydając trzy znakomite platformery, które były niewątpliwie inspiracją dla wielu innych przedstawicieli gatunku. Historia jak przypadku serii Naughty Dog. Kolejna generacja, zmiana dewelopera i spadek formy. Następnie kolejne, licznie wypluwane twory ze Spyro w roli głównej. Całkiem przyjemne, jednak pozostawiające pewien niesmak i niedosyt.

Na pierwszym Playstation pojawiło się oczywiście o wiele więcej wartościowych platformówek. Przytoczę, chociażby Raymana, który wraz z kolejnymi odsłonami przeżył niemałą metamorfozę. Twór Michela Ancela Zaczynał jako gra 2D, w kolejnych wcieleniach przechodząc w trójwymiar, by powrócić w chwale do prześlicznej oprawy dwuwymiarowej, w ostatnich latach. Niestety tyle szczęścia nie miał inny rozpoznawalny swego czasu bohater, jakim był sir Daniel Fortesque z serii Medievil (ach, ten niezapomniany Burtonowski klimat!). Pomimo świetnych ocen i dużej popularności , nie zdecydowano stworzyć kontynuacji (poza wersją na PSP). Dosyć szybko dokonały żywota także inne świetne tytuły jak Croc, Tomba, Gex, czy Pandemonium.

Przenieśmy się na chwilę do obozu Nintendo, które jak mało kto, ma tak wiele do powiedzenia w kwestii platformerów. Wszakże Super Mario Bros. jest jedną z pierwszych, a zarazem prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalną platformówką (jak i grą wideo w ogóle) w historii elektronicznej rozrywki, definiując w wielu aspektach gatunek. Z kolei Super Mario 64 była pierwszą platformówką z trójwymiarowym światem. Big N wykreowało z resztą całą masę sympatycznych bohaterów, jak Donkey Kong, Yoshi lub Kirby, do dziś bawiących graczy. Niemniej nie jestem w stanie odżałować Banjo-Kazooie oraz Conkera, znanych z konsoli Nintendo 64. Ci pierwsi byli doskonałą odpowiedzią dla maskotek Sony, w kilku aspektach przewyższających produkcje konkurencji. Conker zaś, zapisał się w pamięci graczy nietypowym poczuciem humoru i ostrym, wulgarnym językiem, kontrastującym z cukierkową grafiką. W kolejnych latach (poza remasterami oraz średniakiem Banjo-Kazooie: Nuts & Bolts) słuch po nich zaginął. Z kolei Sega, pomimo smutnego pożegnania się z rynkiem konsolowym, pozostawiła po sobie dziedzictwo w postaci niebieskiego jeża. Słynący z ogromnej szybkości Sonic, pojawia się w kolejnych produkcjach sygnowanych jego imieniem po dziś dzień, z lepszym lub gorszym skutkiem.

Wróćmy do Insomniac oraz Naughty Dog. Wraz z kolejną generacją konsol, oba studia zaprezentowały światu zupełnie nowe postacie (a właściwie duety), odpowiednio: Ratcheta & Clanka oraz Jaka & Daxtera. Wiele pomysłów zaczerpniętych z poprzednich gier rozwinięto, większe znaczenie zaczęła odgrywać fabuła, zaimplementowano masę nowych elementów oraz rozwiązań znanych z innych gatunków. Jak to zwykle bywa, nic nie mogło trwać wiecznie i jedna z serii urwała się po kilku odsłonach. Pomimo dużej popularności, która szła również w parze z grywalnością, Jak & Daxter zniknął na dobre i jak dotąd nie zanosi się, aby miało to ulec zmianie.

Jak mają się sprawy obecnie? Dużych tytułów platformowych AAA jest jak na lekarstwo (nie wliczam rzecz jasna konsol Nintendo, które żyje z platformówek) w porównaniu do jeszcze nie tak dawnych czasów. Gdy wreszcie światło dzienne ujrzy jakaś lepsza produkcja, jest to najczęściej tworzona przez stosunkowo małe studio gra indie, często opłacona dzięki crowdfundingowi. Oczywiście pojawiają się w dalszym ciągu takie perełki jak Ori and the Blind Forest czy Journey, ale to tylko kropla w morzu potrzeb graczy, tęskniących za platformerami z krwi i kości. Swoją drogą, trzymam mocno kciuki za majaczącą na horyzoncie Yooka-Laylee. Wygląda jak duchowy spadkobierca Banjo-Kazooie, staroszkolny klimat wylewa się wręcz z ekranu, a dotychczasowe gameplaye prezentują się bardzo obiecująco.

Od momentu przejścia w trójwymiar gatunek platformówek nieustannie rozwijał się, reagując na aktualne trendy w branży i przechodząc sporą metamorfozę, ale czy na pewno na lepsze? Pod kilkoma względami jak najbardziej tak. W końcu kto się nie rozwija, stoi w miejscu i nie osiąga sukcesu. Jednak pozostawiając truizmy na boku, czy zawsze radykalne zmiany są dobre? Moim zdaniem omawiany gatunek zatracił w pewnym momencie swoją tożsamość, zmieniając się zbyt dynamicznie, zapominając jednocześnie o swoich korzeniach. O tym, co go definiowało i za co go pokochano. Być może deweloperzy nie widzą już w tym gatunku potencjału, a może nie ma zapotrzebowania na rynku, na tego typu gry. Jak sądzicie? Tęsknicie za staroszkolnymi platformówkami? Czy odpowiada wam kierunek, w jakim podążyły? Chcielibyście powrotu ulubionych bohaterów w formie, na jaką zasługują?

Avaral
3 października 2016 - 01:52

Która z platformówek najbardziej zasługuje na powrót?

Crash Bandicoot 51.9 %

Spyro the Dragon 17 %

Croc 8.5 %

Banjo-Kazooie 0.9 %

Pandemonium 3.8 %

Gex 3.8 %

Conker 0.9 %

Jak & Daxter 4.7 %

Inna 8.5 %

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz