
15 najgorszych momentów w życiu gracza

10 najbardziej niedocenionych gier obecnej generacji konsol

Crimsonland

Przeładowuję! #23 - Xbox Reveal według Playslave'a.

Poczuj się jak na Dzikim Zachodzie i ... zabijaj

Dobre, bo polskie: Darkwood. Rozmowa z twórcami polskiego survival horroru, który walczy o fundusze na Indiegogo

y cant metroid crawl? – zmiana pokolenia graczy dokonana!1!one!

Za dużo golizny w grach

Klasyka FPSów w nowym wydaniu: na to czekam!

Carmageddon - krwawa przeszłość powraca dzięki Androidowi
Dwa tygodnie temu napisałem tekst „15 najlepszych momentów w życiu gracza”, który wcześniej długo chodził mi po głowie i narodził się z chęcią gloryfikacji najprzyjemniejszych wydarzeń w gamingowej codzienności. Lubię kiedy moje wpisy żyją. Cieszy mnie każdy komentarz na forum i na facebooku. Czytam wszystkie, czasem nawet po kilka razy. To właśnie w komentarzach pod tamtym tekstem U.V. Impaler napisał „Warto spojrzeć na temat z drugiej strony, o momentach najgorszych.”. Pomyślałem sobie wtedy, że to trochę nie w porządku robić zły PR mojemu hobby, które nie zawsze i nie przez wszystkich jest postrzegane pozytywnie. Przecież gry to zabawa. Z dziennikarskiego obowiązku wypada spojrzeć na temat z drugiej strony. Gry to nie tylko zabawa. To bardzo często źródło zażenowania i frustracji. To rozrywka, która potrafi mocno wkurzyć. Tak jak beznadziejna gra ulubionego zespołu piłkarskiego. Zbierając do kupy te piętnaście momentów starałem się, żeby nie były to przeciwieństwa punktów z poprzedniego tekstu. Przeczytaj co mnie wkurwia i załamuje w grach wideo.

Raz na jakiś czas pojawia się na horyzoncie gra, która na pierwszy rzut oka spełnia wszystkie przesłanki by stać się prawdziwym hitem, a po której słuch szybko ginie, nie znajdując ostatecznie wystarczającej liczby nabywców lub kończąc z łatką zmarnowanego potencjału. Obecna generacja, która powoli szykuje się do przejścia w stan spoczynku pozostawiła po sobie garść tego typu tytułów. Przyjrzyjmy się im i zastanówmy, jakie były powody wyjątkowo niefortunnego stanu rzeczy.
Moja fanbojsko-playslave’owa natura, jeszcze w momencie trwania osławionego PlayStation Meeting, nie pozwalała mi jarać się nadchodzącym wydarzeniem. Ze szczerej chęci i równie szczerego serca starałem się ze wszystkich nerdowych sił, jednak wykrzesanie równie wielkiego entuzjazmu dla prezentacji świeżego Xboksa zdawało się być achievementem wręcz niemożliwym do zdobycia. Niemniej jednak, impreza Xbox Reveal jest już za nami, i chociaż do samego Redmond w stanie Waszyngton nie było mi jakoś po drodze, jak i większość zainteresowanych tym wydarzeniem graczy rozsiadłem się 21 maja przed ekranem domowego peceta i wlepiłem swe gały w transmisję na żywo. Jakie wrażenia?
Hordy zombie, stada ogromnych pająków, tabuny zmutowanych jaszczurek i zgraje potworów czekają na eksterminacje. Pomożecie? Nie wiem jak zakwalifikować Crimsonland. Gra akcji z rzutem izometrycznym i elementami RPG? Szufladkowanie prawdopodobnie przestaje mieć sens, gdy zaczniemy grać w tą wciągającą strzelankę. Crimsonland ma w sobie jakiś posmak dawnych salonów gier i chyba określenie „arcade” pasowałoby najbardziej do produkcji 10tons. Bardzo podoba mi się nazwanie jednego poziomów Spideroids. Walczymy w nim z pająkiem, który rozpada się na mniejsze pająki. Brzmi znajomo.

W większości ogranych do tej pory produkcji przeciwnicy trzymali się pewnego kanonu. Eliminowało się ich bez specjalnego zastanowienia i wyrzutów sumienia, bo mieli określone motywy lub zachowania i byli źli do szpiku kości. Ewentualnie robiło się wszystko, by zabijania unikać. Gun od Neversoftu potrzebował dwóch godzin, by schemat złamać, wywołać konsternację i zmusić do przemyśleń.

Pojawienie się Super Metroida (alias – jedna z najlepszych gier w historii) za grosze w wersji na Wii U pokazała mi ostatecznie jak bardzo zmienili się gracze. Klasyk ze SNESa nigdy nie był tytułem łatwym, ale legiony nowych w temacie pokazały, że nie rozumieją starego projektowania gier i to już jest nie dla nich.

Darkwood to powstający survival horror z „permadeathem” i proceduralnie generowanym światem, za który odpowiada trzyosobowe polskie studio Acid Wizard. Jakub, Gustaw i Artur nie kryją, że mają ambicję pokazać inne oblicze gatunku niż to, co znamy ze Slendera i dziesiątek jego klonów. Żeby to się udało, projekt potrzebuje wsparcia finansowego. W akcji, która wystartowała mniej więcej dwa tygodnie temu na Indiegogo, autorzy poprosili o 40 tysięcy dolarów. Czy warto ich wesprzeć?
David Lynch, bracia Strugaccy – wymieniają inspiracje fabularne producenci z Acid Wizard. Hotline Miami, Project Zomboid, Dark Souls, Spelunky – to nazwy, które padają w kontekście czerpania pomysłów z innych gier. Przyznacie, że konotacje popkulturowe są ciekawe. Za grą przemawiają też pierwsze prototypy rozgrywki oraz niniejszy wywiad. Rozmowa na temat specyfiki horroru, roli losowości w Darkwood, wspomnianych nawiązań i barykadowania się niczym „Kevin sam w domu”.
Zajrzyjcie do tego mrocznego uniwersum, bo niedługo być może staniecie się jego częścią.


Wstęp
Moja przygoda z grami zaczęła się od RPG. Z czasem kiedy Internet stawał się powszechny, doszło do tego jeszcze MMO. MMO kupiło mnie bez reszty, poświęcałem temu całe godziny – na farmieniu, gadaniu z ludźmi i dropieniu. Pierwszą moją grą tego typu był mało popularny Kalonline. Gra w okropnej oprawie graficznej, questów praktycznie nie było, żadnych ras – jedynie trzy klasy do wyboru (teraz już chyba cztery). Wyobraźcie sobie, że żaden kolejny mmoerpeg nie wciągnął mnie już na tak długo. Słyszałem też teorię, że pierwsza gra z tego gatunku smakuje najlepiej.
Była to typowa gra dla ludzi, którzy mają dużo czasu. Nikt nie stawiał wtedy na urozmaicenie zabawy questami, dynamicznymi eventami, skomplikowaną mechaniką, która ma ściągnąć graczy i uczynić grę przełomową w danym gatunku. Pytanie teraz jacy gracze do jakiej gry i czy na dłuższą metę jedna gra różni się od drugiej?
Zacznijmy od różnic. Na pewno grafika. Z biegiem czasu każdy nowy mmoerpeg może pochwalić się piękną i bajeczną grafiką, która kupuje graczy. Swoją drogą grafika to jeden z powodów, dla których sam lubię ten gatunek. Czuję się jak w grze, nikt nie stawia tam na realizm – chwała.
W zeszłym tygodniu cały Internet aż huczał po wiadomości o usunięciu obu piersi Angeliny Jolie. Aktorka, która dwa razy na srebrnym ekranie wcielała się w rolę Lary Croft, przeszła zabieg mastektomii aby zmniejszyć ryzyko zachorowania na nowotwór. Problem ten nie grozi na szczęście wirtualnym postaciom kobiecym, w które możemy się wcielać w grach niemal wszystkich gatunków od FPSów, przez przygodówki, na cRPGach kończąc. Chciałbym tutaj poruszyć temat aż nazbyt eksponowanej seksualności w branży gier wideo. Często w procesie tworzenia bohatera mamy możliwość wyboru płci żeńskiej, przez co światy w produkcjach MMO nie wyglądają jak sale wykładowe na politechnice i tu i ówdzie spotykamy kobiety. Tyle że wszystkie z nich to kuso odziane awatary z przesadnie dużymi cyckami i bardzo kształtnymi udami. Nie byłoby to aż tak rażące, gdyby postacie męskie były ubrane na podobieństwo chippendalesów w skórzane spodnie i prężyły napakowane torsy, a do tego wielki miecz na plecach. Ale nie, facet zawsze biega zakuty w pełną zbroję płytową. Od stóp do głów.
Ile razy już narzekałem na sytuację FPSów na rynku, chyba nie sposób zliczyć. Ponieważ nieprędko chyba czeka nas rewolucja w tym gatunku, dobrym sposobem jest po prostu powrót do tego co dobre i sprawdzone: staroszkolnych shooterów FPP. W niniejszym zestawieniu przedstawiam Wam garść gier, które z ogromną chęcią ujrzałbym na swym ekranie. Trzy z nich to pewniaki (bardzo znane i uznane tytuły!), zaś o drugiej części zestawienia nie wiemy w zasadzie nic... a szkoda.
