
Muzyka z Botaniculi na żywo? JUCHU!

Nowe Nine Inch Nails. Singiel - teraz. Album - we wrześniu.

...Like Clockwork - Queens of the Stone Age wracają z urlopu

Spotify - program do słuchania muzyki w chmurze

Cudze chwalicie, swego słuchajcie!

Łagodny blues - Nick Cave - Push The Sky Away

Nowe tchnienie indie rock: Foals – Holy Fire

ABC historii muzyki

Dasz się ponieść? - magia koncertów

Charlie Winston - przyjemny paradoks

Dokładnie rok temu, 8 czerwca, opublikowałam na Gameplay'u recenzję Botaniculi. Już wówczas zachwycałam się wspaniałym udźwiękowieniem gry, za które odpowiada czeski duet DVA. Kilka dni temu, słuchając soundtracku, pomyślałam, że rewelacyjnym doświadczeniem byłoby usłyszeć tę niepojętą muzykę na żywo - widząc, jakie instrumenty i narzędzia są wykorzystywane w utworach. Nie czekałam długo. Zaledwie dwa dni później na Facebooku moim oczom ukazała się notka, że nazajutrz DVA będzie gościło w jednym z poznańskich klubów. Dokonało się. Byłam, zobaczyłam, oniemiałam...
Nine Inch Nails (czyli Trent Reznor) pożegnało się z fanami we wrześniu 2009 roku - ostatni koncert, działalność zawieszona na dłuższy czas, skupienie się na innych muzycznych aktywnościach. Wiadomo było, że prędzej czy później NIN wróci z nowym materiałem, ale dla wielu było zaskoczeniem, że to już teraz, zaraz. Od dzisiaj można atakować bębenki uszne nowym utworem - Came Back Haunted, a za 3 miesiące będzie można witać sąsiadów całym albumem. Jak na fanboja przstało, musiałem opisać to wiekopomne wydarzenie w tym tu oto krótkim tekście.


6 lat bez 9 dni - tyle musieliśmy czekać na nowy album Queens of the Stone Age. Przez tak długi czas apetyty zwykle stają się niemożliwe do kontrolowania, a marzenie o wywalającym z butów "comebacku" przybiera ogromniaste rozmiary. Dla wielu ekip wejście do studia po latach to wielkie wyzwanie, na szczęście QOTSA to grupa tak zdolna i wyluzowana (ale tylko z wierzchu, o czym wspomnę później), że bezproblemowo dali sobie z tym radę i ...Like Clockwork to naprawdę bardzo, bardzo, ale to BARDZO przyjemna płyta. Album zadebiutował na rynku wczoraj, ale do przesłuchania w całości był dostępny odpowiednio wcześniej. Zanurzyłem się w nim i solidnie namoczyłem. Teraz zaś będę wyciekał na ekran. Uwaga.

Nigdy nie byłem zapalonym fanem muzyki. Znam klasyki oraz utwory, które aktualnie święcą triumfy w radiowych stacjach. Ale nie jeżdżę na koncerty, nie kupuję wielu płyt ulubionych wykonawców, ponieważ, najzwyczajniej w świecie, mogę się bez tego obejść. Nie ściągam „empetrójek” z Sieci, natomiast jeśli chciałem posłuchać interesującego mnie utworu, po prostu odpalałem go w serwisie YouTube. Chciałem, bo od jakiegoś czasu używam aplikacji Spotify, którą już z tego miejsca mogę polecić.
Program pobieramy ze strony właściciela, który niedawno zarejestrował swoją działalność w Polsce, a co za tym idzie – całość działa w naszym rodzimym języku. Pierwsze wrażenie? Typowy, nieskomplikowany w obsłudze gadżet z ciekawą zawartością.
Obserwując polską scenę muzyczną, śledząc premiery (choć z niemałym opóźnieniem :P ) i zwracając uwagą na jakość ukazujących się albumów, możemy dojść do wniosku, że polska muzyka ostatnimi czasy ma się czym pochwalić. Oto lista polskich wykonawców, których NALEŻY wg mnie posłuchać.
Nick Cave ciągle zaskakuje. Po zakończeniu działalności zespołu Grinderman, podczas której przyzwyczaił swoich słuchaczy do jazgotliwych, brutalnych i głośnych brzmień, a także kilku przedsięwzięć pozamuzycznych, w wielkim stylu powraca do współpracy nad starym, słynącym z dekadencko-melancholijnego stylu, projektem Nick Cave and The Bad Seeds z nowym, piętnastym już albumem Push The Sky Away.
Może w to nie uwierzycie, ale jeszcze sześć lat temu indie rock był okej, NME wyznaczało trendy w muzyce, a Opener trwał trzy dni i kosztował dwa razy mniej niż obecnie. To były złote czasy dla nastoletnich chłopców z Wielkiej Brytanii, którzy oprócz odpowiedniej stylówki (wąskie spodnie, kraciaste koszule, włosy w nieładzie) mieli gitarę, chęć do grania i co najmniej dwóch kolegów do skompletowania zespołu. Młodsze wersje nieźle już poczynającego sobie w mainstreamie Bloc Party mnożyły się jak przysłowiowe grzyby po deszczu. Wszystkie, zgodnie z obietnicami brytyjskiej prasy muzycznej, miały być nadzieją tamtejszej alternatywy. Dziś na palcach jednej dłoni można policzyć tych, którym się udało. Foals nie tylko otwierają tę skromną stawkę, ale także swoim trzecim długogrającym krążkiem zostawiają konkurencję daleko w tyle.
Zapraszam na podróż wehikułem czasu w tempie ekspresowym. Prezentuję krótką lekcję historii muzyki, na której zapoznacie się z płytą, którą trzeba znać, zespołem, który wypadało znać, ale niedawno się rozpadł, odwiedzicie dansingowy koncert i przeżyjecie rozterki rewelacyjnych debiutantów. Zestawienie sponsoruje cyferka trzy.

Wydawać by się mogło, że dzisiejsze czasy dla kultury kryzys, a przynajmniej dla obcowania z nią na żywo. Rozwój Internetu i nowinki techniczne pozwoliły wielu osobom na ograniczenie kontaktu z otoczeniem do niezbędnego minimum. Po co mielibyśmy iść do biblioteki, kina czy teatru, skoro możemy zrobić wszystko w domowym zaciszu? Książki, a właściwie ebooki, można ściągnąć na tablet, filmy obejrzeć na jednej z licznych darmowych witryn internetowych, a muzyki wysłuchać za pośrednictwem YouTube czy Spotify. Na szczęście dla nas i dla przyszłych pokoleń, kultura łatwo się nie poddaje i dzielnie walczy z narastającym zanikiem kontaktów międzyludzkich. Jej najlepszym orężem są zdecydowanie wszelkiego rodzaju koncerty.
Ostatnimi czasy wielu artystów zabrało się za jazz. W ciągu ostatnich kilku lat różni wykonawcy zdobyli popularność, fanów, a także zaskarbili sobie przychylność krytyków (chociaż jak wiemy, zdanie tych ostatnich wcale nic musi interesować wziętych muzyków). Mowa tu oczywiście o rodzaju, który w mediach został określony jako „future-jazz”, charakteryzujący się użyciem brzmień elektronicznych i większą ilością improwizacji całego zespołu. Rozwój tego nurtu wyodrębnił zróżnicowane podejścia i sposoby tworzenia, ale wszystkie można wrzucić do worka z etykietą „nu-jazz”, to znaczy połączenie klasycznej formy z elementami zupełnie odrębnych stylów.