A gdy już jestem po tych poszukiwaniach straconego czasu... - PatriciusG. - 9 marca 2017

A gdy już jestem po tych poszukiwaniach straconego czasu...

Przychodzę z pracy do domu i odpalam komputer. Po ośmiu godzinach wciąż mi za mało sztucznego światła z monitora. A teraz wreszcie może służyć rozrywce i pomóc odetchnąć, odpocząć. Wszak jutro znów będzie służył jako narzędzie pracy, więc cieszmy się tą chwilą.

I co teraz? Steam? PlayStation? Netflix? Przecież czasu na to nie ma. Godzina 20 dochodzi a jutro trzeba wstać rano, może się wyspać dla odmiany. Może zatem kilka minut Reddita, Facebooka, YouTube’a czy Wykopa? Przecież nie skończy się na przeglądaniu internetu do pierwszej w nocy. Jak wczoraj.

I to by nawet nie smuciło ani nie denerwowało, gdyby to się działo rzadko. Ale z odosobnionego przypadku zrobiłem regułę, z dnia robię tygodnie, aż budzę się w przekonaniu, że w ciągu ostatniego kwartału, przeczytałem książkę, przeszedłem grę i obejrzałem film. Jedną, jedną, jeden.

To zasługuje na nowe słowo. Marnowanie czasu nie oddaje tego w pełni.

W sumie mógłbym teraz obwiniać wszystko dookoła. Żyje przecież od urodzenia w kraju, w którym nawet najbardziej absurdalne wymówki są polerowane do takiej perfekcji, aż wydają się sensowne. Po latach chłonięcia tego wszystkiego mógłbym iść z nurtem i zwalić odpowiedzialność na wszystkich. I robię to. Bo mogę. Bo umiem.

Bo w końcu przychodzę po pracy do domu (po ciężkim dniu pracy dodajmy) i jestem na tyle zmęczony, że nie mam siły na nic poza przeglądaniem ruchomych obrazków kotów czy filmików ludzi podejmujących głupie decyzje życiowe, aby się poczuć lepiej ze sobą. Oglądanie ludzi marnujących sobie życie nie skłania do refleksji nad swoim.

No i też, podjęcie czegoś konstruktywnego wiąże się z czasem, którego nigdy nie ma. Wracasz do domu, obiad trzeba sobie zrobić, pranie nastawić a potem wywiesić, czasem odkurzyć i posprzątać. Gdzie tu czas na rozpoczęcie nowego życia bądź śledzenia czyjegoś. Zanim mi się Simsy załadują to już trzeba się będzie kłaść, na film cały to już tym bardziej czasu nie ma. Przecież już lepiej przejść przez ścianę na Facebooku. Nikt się nigdy nie zasiedział do nocy na mediach społecznościowych.

A co jeśli fabuła mnie wciągnie? A co jeśli nie będę mógł się skupić, bo będę chciał więcej? Nie lepiej to poczekać na weekend, kiedy to będzie ładna pogoda i zleci na czymś zupełnie innym? Mogę pooglądać przecież jak inni ludzie grają – zajmuje to wszak znacznie mniej czasu niż faktyczne granie w grę a nie pozbawiam się wtedy żadnych dodatkowych odczuć, przeżyć czy bodźców.

I tak mijają te dni, tygodnie czy miesiące na pielęgnowaniu wymówek i chowaniu zainteresowań. Internet stał się dla mnie tym, czym dla Homera był telewizor. Całe życie obwiniając to medium za ogłupianie, wpadłem w pułapkę innego. Wieczne lenistwo i prokrastynacja dają odetchnąć tylko wtedy, gdy mówimy o usprawiedliwianiu siebie.

Dlatego podejmuję cichą walkę wewnętrzną, zaraz po tym jak wyrzucę stronę tekstu wypełnionego niesmakiem na myśl o swojej osobie. Bo w końcu takie porzucenie niczego może się wiązać z czymś.

Wyżaliłem się. Lepiej mi nie jest. Ale może komuś podsunę tą refleksję zanim sam do niej dojdzie i porzuci bierne przeglądanie na rzecz czegoś innego, lepszego, kreatywniejszego, bardziej stymulującego, budującego, edukującego... czy w sumie cokolwiek. Jak i ja czynię.

Ktoś przecież musi mieć podobny problem do mnie – wyjątkowy nie jestem.

Nawet jeśli tekst nijaki to przynajmniej coś zrobiłem kreatywnego. Głupie memy nigdzie mi nie uciekną.

(Grafika do newsa jest najbardziej losową rzeczą jaka kiedykolwiek się znalazła gdziekolwiek)

PatriciusG.
9 marca 2017 - 23:51