Upiory z lamusa - Nieproszeni goście

Bułka z masłem po berlińsku - grałem w Sniper Elite V2

Upiory z lamusa - 30 dni mroku

Fez, jak dobrze, że jesteś! - pierwsze spojrzenie na rewelacyjną platformówkę

Dyskietki na dnie szafy - wspomnienia gracza

Przypomną nam to hurtowo - co począć z remakiem Total Recall?

Zanim nadejdzie diabeł - recenzja gry Torchlight

Kinowy zwiastun Prometeusza - Ridley Scott wraca do uniwersum Obcego

Indygracja #2: Mari0 czyli włoskiego hydraulika przygoda z portalami

Indygracja #1: Psychodeliczna widokówka z Hebrydów - recenzja gry Dear Esther

więcej
top blogiROJObarth89fsmeJaysathornraziel88ckHedBrucevskyTommiKKompoevilmgMatio.KRockK. SkuzaCayackCzarnyDogGhostyasiuBujaAverAntaresU.V. ImpalerPitaSoulcatcherStriderg40stK. GonciarzMruqeMaterdeaOlekKonoGoozysKeiiJDabrowskyAdrian WernerMrGreggkwiśćFulko de LorcheJikerCTSGpromilusŁosiuEnderFirodPadok WF1Marcusomadaha
12 maja 201201:40

Ostatnią rzeczą, jakiej spodziewałbym się po amerykańskim remaku koreańskiego filmu grozy, jest oryginalność. Film Nieproszeni Goście, sprawił mi jednak niespodziankę. Nie widziałem wielu tak bezpretensjonalnych filmów grozy. Bracia Charles i Thomas Guard wykonali naprawdę kawał solidnej roboty mieszając tropy, bawiąc się w kotka i myszkę z widzem oraz realizując rzetelnie założenia horrorowej konwencji.

Ileż to już razy widziałem film, który - by przestraszyć widza - stosuje tylko proste, sprawdzone triki, nie siląc się na budowanie tajemnicy czy komplikowanie fabuły. Po co się męczyć, skoro nagłe pojawienie się wykrzywionej, upiornej twarzy jest w stanie przestraszyć widownię dziesięć razy z rzędu? Nieproszeni Goście są pod tym względem chlubnym wyjątkiem.

zobacz więcejKomentarze
8 maja 201215:27

Widok wroga w okularze lunety, wstrzymanie oddechu, wsłuchanie się we własny puls i… delikatne pociągnięcie za spust. Jeden strzał – jeden trup. Snajperski etos dzięki książkom i filmom wojennym  już od lat pozostaje elementem kultury masowej. Strzelectwo wyborowe – zwłaszcza w tej odmianie - budzi dużo emocji również wśród pasjonatów wojskowości i militariów. Nic więc dziwnego, że tak nośny materiał wykorzystuje się raz po raz w grach wideo.

Tym razem wróciło do niego brytyjskie studio Rebellion, przygotowując Sniper Elite V2 – nie tyle kontynuację, co swobodny remake gry, która siedem lat temu zdobyła sobie całkiem spore grono zwolenników. Choć jednak nowa produkcja prezentuje się pod wieloma względami znakomicie i widać w niej, że w przeciwieństwie do pierwowzoru nie jest produkcją budżetową, to może nie zadowolić bardziej wymagających graczy.

zobacz więcejKomentarze
21 kwietnia 201222:53

Po latach uczłowieczania i wybielania hollywoodzkich i książkowych wampirów, w 2007 roku dostaliśmy film, w którym krwiopijcy są dokładnie tym, czym zawsze być powinni. Przerażającymi, żarłocznymi i dalekimi od człowieczeństwa potworami. Dzięki wam, o bogowie kina grozy! A zaczęło się od komiksu. W 2002 roku wydana została trzyczęściowa mini-seria pod tytułem 30 dni nocy. Tak, właśnie. "Nocy", nie "mroku". "Mrok" w tytule to wynalazek polskiego dystrybutora filmu. Wracając do komiksu - został przyjęty ciepło przez odbiorców, częściowo ze względu na sprawnie poprowadzoną, pomysłową fabułę, częściowo zaś dzięki sugestywnym, malarskim planszom. Konwencja zyskała sobie wielu fanów a seria doczekała się licznych (och, zbyt licznych!) kontynuacji.

Ekranizacja, w takich przypadkach, jest nieunikniona jak śmierć i podatki. Pięć lat po publikacji komiksu, na ekrany kin trafił film wyprodukowany przez Sama Raimi (reżysera serii Evil Dead, pomysłodawcy serialowego Herkulesa i Xeny oraz twórcy trzech ekranizacji Spider-Mana). Reżyserię powierzono Davidowi Slade'owi, który oprócz kilkunastu dobrych wideoklipów miał wówczas na koncie tylko jeden film pełnometrażowy - kontrowersyjne Hard Candy. Gdyby swoją przygodę z wampirami reżyser zakończył na 30 dniach mroku, fani gatunku mieliby wszelkie powody, by go wielbić. Nie zakończył... ale po kolei.

zobacz więcejKomentarze
14 kwietnia 201223:59

O premierze niezależnej gry Fez studia Polytron wspominał już wprawdzie na swoim blogu Yasiu, mam jednak nadzieję, że nie obrazi się, jeśli temat poruszę i ja. Tym bardziej, że produkcji tej należy się jak najwięcej dobrej prasy. Taki odpowiednik fanfar na wejście. Zresztą - na facebookowej stronie Geekoskopu odtrąbiłem zbliżającą się premierę Feza jeszcze w marcu. Sam bardzo się wówczas podekscytowałem i z niecierpliwością czekałem na piątek, 13. kwietnia. Dziś mogę już śmiało powiedzieć, że piątek trzynastego tym razem nie okazał się felerny. Przeciwnie - był to wyjątkowo szczęśliwy dzień dla gier niezależnych, platformówek i piksel-artu. No i - oczywiście - dla graczy.

Gra ukazała się na Xbox Live Arcade w cenie 800 Microsoft Points (czyli około 30zł).

Niezorientowanym wyjaśniam, że Fez to platformówka o bardzo klasycznej (na pozór) oprawie, w której kluczową rolę odgrywa możliwość manipulowania perspektywą. Choć nasz bohater porusza się po platformowym świecie zgodnie z prawidłami klasycznej, dwuwymiarowej gry typu Super Mario Brothers czy Commander Keen, to w każdej chwili możemy obrócić planszę wokół pionowej osi i odsłonić inną z jej czterech stron. Można dzięki temu dostać się w pozornie niedostępne miejsca, bo platforma, która wydawała się zbyt odległa, w innym ujęciu okaże się bardzo bliska. Rozwiązanie to zmusza gracza do ciągłego kombinowania i dodaje niesamowitej głębi klasycznemu modelowi rozgrywki. Pomysł nie jest może całkowicie nowy, ale za to znakomicie i konsekwentnie zrealizowany.

Gdyby ktoś zapytał mnie, jakie gry są na XBLA pozycjami obowiązkowymi, jeszcze niedawno wymieniłbym trzy tytuły: Limbo, Bastion i Castle Crashers. Dziś bez wahania do tej listy dołączyłbym Feza, mimo, że nawet jeszcze go nie ukończyłem. Dlaczego?

zobacz więcejKomentarze
7 kwietnia 201223:56

Początek lat dziewięćdziesiątych był w Polsce bardzo specyficznym okresem dla branży gier. Granie upowszechniło się już jako forma rozrywki na tyle, że przestało być nowinką. Komputery 16-bitowe wypierały coraz szybciej 8-bitowce (nawet ze szkolnych pracowni informatycznych!) a wojna między Amigą a PC przybierała na sile. O nowościach na rynku można było dowiedzieć się z niezastąpionego magazynu "Top Secret" (do którego dołączył później "Secret Service" trafiający w trochę inne gusta) ale zakup oryginalnej gry był nie lada wyczynem. Głównym dystrybutorem artykułów rozrywki elektronicznej był, w tych dziwnych czasach, Wania ze stadionu i Mietek z giełdy. A w moim przypadku - pan Jacuś z budki z elektroniką na lokalnym bazarku warszawskiego osiedla Bemowo. Pojęcie ochrony praw autorskich dopiero zaczynało kształtować się w polskiej rzeczywistości.

Dziś mogę się jedynie zastanawiać, co sprawiło, że pojawiło się we mnie pragnienie posiadania oryginalnych gier. Może był to swojego rodzaju snobizm - chęć szpanowania czymś, czego nie mają koledzy. Jeśli tak, to pomysł nie był trafiony, bo znajomi z podstawówki kupno legalnych wydań kwitowali stukając się w głowę, nazywając mnie frajerem, który niepotrzebnie wydaje pieniądze na to, co oni mają za darmo. Może zaważyło wrodzone poczucie przyzwoitości i wpojony przez rodziców system wartości? Nie przeszkadzały mi one jednak jeszcze wówczas, obok gier legalnych mieć w kolekcji jeszcze wiele tytułów kopiowanych gdzie popadnie (rzadziej - kupowanych od pana Jacusia na dyskietce z dołączoną kserowaną, jednostronicową instrukcją; najpierw całkiem otwarcie, później spod lady). Główny powód, który skłaniał mnie do kupna oryginałów był bardziej nieuchwytny. Było to wrażenie, że zdobyta w ten sposób gra jest naprawdę MOJA, że zasłuzyłem na nią i nikt nigdy, mocą żadnej ustawy, mi jej nie zabierze. Starałem się więc mieć ich jak najwięcej. Co - w owych czasach, gdy nikomu nie śniło się nawet o uniwersalnym probierzu jakości zwanym "Metacritic" - doprowadziło do kilku zabawnych zakupów.

zobacz więcejKomentarze
31 marca 201223:37

Na początku nawet się ucieszyłem. Jak to powiedział jakiś mój znajomy, Dicka w kinie i tak jest zawsze za mało. Dlatego wiadomość o tym, że cwaniaczki z Holyłudu robią voo doo celem ożywienia kolejnego klasyka S-F, przyjąłem nawet z umiarkowanym entuzjazmem. Nie zagłębiałem się specjalnie w temat i dzięki temu żyłem w błogiej nieświadomości. Aż tu nagle, widzę Ci ja to... coś.

Colin Farrel? Poważnie? Do roli, którą w oryginale odgrywał nie kto inny tylko Arnold "Gubernator" Schwarzenegger jakiś geniusz postanowił zatrudnić Colina "Bzykałem Bachledę" Farrela? Tego wymoczka, który na twarzy zawsze ma grymas sugerujący problemy z perystaltyką jelit? Zaniepokojony zacząłem rozglądać się za innymi rewelacjami na temat filmu. I wiecie co? Dalej jest gorzej.

zobacz więcej
Komentarze
21 marca 201219:04
80

Mruqe ocenia:

Torchlight

Opowieść stara jak świat. Na nieduże, położone na odludziu miasteczko pada blady strach. W rozległych podziemiach - które, wbrew zdrowemu rozsądkowi, swym obszarem wielokroć przewyższają osadę, pod którą się znajdują - zalęgły się gobliny, szkielety, zombie, demony, wielkie pająki i podobne plugawe bestie. Na szczęście pojawia się podróżnik, który wie za który koniec trzyma się miecz (lub różdżkę, samopał czy inną kuszę). Bohater śmiało wkracza w ciemne korytarze, wilgotne jaskinie i zatęchłe katakumby.

Z brawurą siecze  hordy mniejszych i większych potworów. Gromadząc po drodze złoto i rozliczne bardziej lub mniej magiczne fanty przedziera się - piętro po piętrze - coraz niżej. Wreszcie, w rozświetlonej upiorną poświatą otchłani, odnajduje swój ostateczny cel - Wielkie Zło, Któremu Należą Się Baty. Diablo? Nie. Nie tym razem. W Torchlight tyłek wymagający skopania należy do demona, który nosi złowieszcze imię Ordrak. Fakt ten - jak to zwykle bywa - nie ma najmniejszego znaczenia.

zobacz więcej
Komentarze
18 marca 201222:47

Już w grudniu ubiegłego roku w sieci pojawił się krótki, internetowy zwiastun nowej produkcji Scott'a. Od kilku dni zapowiadano kinowy trailer z prawdziwego zdarzenia, karmiąc nas jego urywkami. Zapowiedź, zapowiedzi... Co za czasy. Ale oto jest. I trzeba przyznać, że robi wrażenie. Nowy zwiastun Prometeusza - filmu opowiadającego wydarzenia, mające miejsce na długo przed dramatem załogi Nostromo.

Fani - rzecz jasna - rzucili się natychmiast do analizowania go klatka po klatce. Efektem tych poszukiwań są co najmniej dwa ciekawe znaleziska...

zobacz więcejKomentarze
5 marca 201213:41

Gry indie często podążają tam, gdzie nie odważył się jeszcze udać żaden duży deweloper. Pomysły, które rodzą się w niezależnych głowach często wprawiają w osłupienie. Mari0 to jeden z tytułów, które bez wątpienia należy przypisać do kategorii "co ja pacze?!".

Nie mam pojęcia jak wielu osobom spędzało sen z powiek pytanie: "co by było gdyby Mario i Luigi podwędzili Portal-guny z placówki Aperture Science". Pewnie nie zbyt wielu. Być może tylko sześciu. Jednak ta szóstka - grupka niezależnych twórców gier znana jako Stabyourself (co można bardzo wdzięcznie przetłumaczyć jako "Dźgnijsię") - wystarczyła, by koncepcję wprowadzić w życie. I tak oto na świat przyszło nieślubne dziecko Valve i Nintendo, którego żadne z rodziców na pewno nie uzna.

zobacz więcejKomentarze
1 marca 201216:59
79

Mruqe ocenia:

Dear Esther

Poetycka gra czy też poemat FPP? Trudno powiedzieć, czym właściwie jest Dear Esther, niezależna produkcja studia thechineseroom, która w tegoroczne walentynki zadebiutowała na Steam-ie. Jest to pozycja bez wątpienia urodziwa, oryginalna i intrygująca. Ale czy grywalna?

Cóż... trudno rozpatrywać grywalność tytułu, którego przynależność do królestwa gier jest kwestią mocno wątpliwą. Co to bowiem za gra, w której interakcja z otoczeniem jest praktycznie zerowa, cele są nieokreślone a nasza rola ogranicza się do spacerowania, patrzenia i słuchania? Jesteśmy tu bardziej widzem, niż uczestnikiem. Jest to raczej nowela, która pozwala nam ujrzeć przedstawiony świat oczami narratora. Nie grywalność więc trzeba tu przede wszystkim oceniać, a wrażenia estetyczne i to, czy opowieści udało się nas poruszyć. No właśnie - udało się? Na to pytanie - jak na wszystkie, które prowokuje Dear Esther - nie ma jednoznacznej odpowiedzi.

zobacz więcejKomentarze

Geekoskop

autor: Mruqe

Trzydziestoletni chłopiec, który na gry wideo i komputerowe poświęcił już kawał życia i nie żałuje. Natrętnie opowiada o starych grach, uparcie twierdząc, że jakością biją nieraz na głowę nowe tytuły. Cierpi na urojenia - wiecznie ekscytuje się produkcjami niezależnymi, w ruchu ich twórców upatrując nadziei dla przyszłych pokoleń. Wymaga stałego kontaktu z kulturą masową. Wyjątkowo dobrze reaguje na fantastykę.

Chętnie dzieli się swoją wizją świata, oglądaną przez okular Geekoskopu. Na blogu znajdziesz geekowe felietony, newsy i recenzje - wszystko, czego geekowa dusza zapragnie i jeszcze kilka innych rzeczy. Taka sobie popkulturowa mikstura z dużą zawartością gier wideo.

Facebookowa strona Geekoskopu to również ciekawe linki, szybkie aktualizacje i wiadomości "na żywo". Dołącz już teraz, by niczego nie przegapić ;-)


© 2000-2012 GRY-OnLine S.A.o firmiereklamaregulaminkontakt i pomoc