
Severance: Blade of Darkness - zaRżnij! sPal! zGładź! Łatwo nie będzie.

Outcast - Wspaniała przygoda na obcej Planecie.

Powerslide - Jazda bez trzymanki w postapokaliptycznych klimatach.

Redline: Gang Warfare 2066 - Niekonwencjonalny cyberpunkowy FPS.

Dead Space (Android OS)

AMEN: The Awakening - Gra, która nigdy nie istniała.

Historia z epickim rozmachem - Podsumowanie #2

Historia z epickim rozmachem - Podsumowanie #1

CeBIT 2012 - Wrażenia z targów. Polska mistrzem świata w Counter Strike.

Piractwo nie popłaca. Niemieckie prawo się cieszy! #2
![]() Któż z nas nie lubi po ciężkim dniu w pracy zasiąść przed monitorem i zwyczajnie w świecie odreagować? Któż z nas nie lubi zatracić się choćby na moment w wirtualnym świecie i zapomnieć o zmartwieniach oraz rozterkach życiowych? Któż z nas nie lubi poczuć się niepokonanym Wybrańcem i bez ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji eksterminować diabelską swołocz w imię ratowania świata? Są tacy? Nie sądzę. W każdym z nas bez względu na wiek drzemią nieokreślone ciągotki do eksplorowania ogromnych przestrzeni, których nigdy w prawdziwym życiu nie będziemy w stanie zwiedzić. Przychodzą dni, kiedy budzą się w nas najbardziej skrywane emocje i z wojennym okrzykiem na ustach niczym rycerze broniący swej Królowej mamy nieodpartą wręcz chęć ruszenia ku nieznanemu. By zetrzeć w proch hordy przeciwności losu i pokazać kto tutaj tak naprawdę rządzi. Czasem są takie dni, kiedy całkowicie zapominamy o bożym świecie i brniemy w gąszczu naszych wyobraźni, byle do przodu. Oczywiście, że tak... Ot, wstęp nawiązujący do niczego, ale jednak jakiś sens ma. W ten sposób chciałem króciutko nakreślić, jak oddziałuje na mnie gra, której nazwa znajduje się w tytule. Czapki z głów…
UWAGA! Z internetu korzystam naprawdę sporadycznie, prasy komputerowej prawie w ogóle nie czytam, a w gronie znajomych i przyjaciół o grach nie rozmawiam. I jak najbardziej świadomy jestem faktu, że całkiem spora ilość wspaniałych gier przemyka mi koło nosa. Czasem jednak bywa tak, że mimochodem w moje ręce wpadają gry, o których nikt nigdy w życiu nie słyszał, bądź ewentualnie grono osób świadomych ich istnienia jest bardzo małe. Taką grą między innymi jest Outcast. Gra wielka, a jednocześnie bardzo malutka. Dzieło belgijskiego studia Appeal, które pod skrzydłami Infogrames mogło być jednym z najbardziej rozpoznawalnych w branży, a stało się kolejnym bez siły przebicia. Outcast jest grą, która mimo bardzo wysokich ocen w najbardziej szanujących się pismach komputerowych i seriwsach internetowych, padła ofiarą wręcz olewczego podejścia do sprawy promocji tytułu przez własnego wydawcę. A tym samym została wręcz pozbawiona racji bytu i tylko nielicznym było dane zapoznać się z przepięknym światem Adelpha, wykreowanym na potrzeby gry. Przed Wami kolejna perełka końca lat '90, zaraz za AMEN: The Awakening oraz Redline: Gang Warfare 2066.
Cutter Slade, główny bohater Outcast, przemierzający bezkresny świat Adelpha.
CeBIT 2012 zakończył się w zeszłą sobotę, a ja dopiero dziś ochłonąłem z wrażeń, jakich miałem okazję doświadczyć podczas pięciodniowego maratonu na targach technologicznych w Hanowerze. Od kilku lat jestem stałem bywalcem tej "imprezy" i za każdym razem daję się zaskoczyć, a to sprawia, że już poważnie przygotowuję się na następny rok. Poniżej znajdziecie niezbyt obszerny, acz treściwy, materiał z targów. Od razu przepraszam, że nie ma zdjęć i tylko dwa króciutkie materiały filmowe, ale z pięcioosobowej grupy, która miała ze mną tworzyć materiał, zostałem sam i niestety nie dysponowałem profesjonalnym sprzętem, by cokolwiek nagrać na przyzwoitym poziomie. Mam nadzieję, że mimo to przebrniecie przez ten tekst i być może w roku 2013 spotkamy sie przed głównym wejściem Messe Hannover. Darmowe wejściówki będą dostępne u mnie, więc kto wie. Zapraszam do lektury.
CeBIT 2012 - setki wystawców z całego świata. Setki tysięcy zwiedzających.
Half-Life to bardzo wyjątkowy twór, jeśli chodzi o branżę gier wideo. Można nawet rzec, że jest wielkim komputerowym dziełem na miarę XXI wieku. Niestety polityka firmy VALVe jest dla Nas bardzo niezrozumiała, a kontynuacji wydarzeń z części drugiej jak nie było, tak nie ma. I nie zanosi się, aby w najbliższym czasie coś w tej kwesti miało się zmienić. Mimo to, na przestrzeni wielu lat, nic nie stanęło na przeszkodzie, by gra z dnia na dzień urosła do rangi gry kultowej, a w pewnych kręgach nawet gry legendarnej. Można się z tym zgodzić lub też nie, jednak z mojego osobistego punktu widzenia właśnie tak jest. Świadczyć o tym może chociażby bardzo aktywna i silna społeczność graczy, skupiona wokół serii, która nie pozwala, aby o tej grze zapomniano. To fakt. Jednak nie w społeczności internetowej drzemie siła przebicia wspomnianej serii, a w samej grze. W poprzedniej części rozpisałem się na temat oprawy audiowiuzalnej oraz warstwy fabularnej, które w znaczącym stopniu świadczą o wyjątkowym charakterze gry. Natomiast dziś będzie zupełnie z innej beczki. Głównym tematem jest sylwetka Gordona Freemana, która przez niektórych uważana jest za płytką i bez wyrazu. A także troszeczkę o tym, czy nietaktem jest lub też nie jest, stawianie przygód doktora na jednej półce wraz z legendarnymi Mario i Tetrisem.
Dr Freeman - jedna z najbardziej rozpoznawalnych sylwetek w branży gier komputerowych.
Odkąd pamiętam, a co za tym idzie, odkąd posiadam komputer, byłem, jestem i będę zagorzałym zwolennikiem gier wyścigowych. Jest to jeden z tych rodzajów gier komputerowych, które dostarczają mi niezapomnianych wrażeń w każdej postaci, a także pozwalają w pełni zrelaksować się, przy najmniejszym nakładzie szarych komórek. Uwielbiam bezmózgie gry wyścigowe, uzależniające od ciągłego powtarzania pewnych odcinków, byle tylko uzyskać wynik lepszy od poprzedniego. Uwielbiam gry, które wyłączają mnie na jakiś czas z rzeczywistego funkcjonowania na rzecz wirtualnego ego zasiadającego za kierownicą futurytycznych maszyn. Taką grą jest właśnie Powerslide, szanowanego przeze mnie, nieistniejącego niestety już studia Ratbag Games. Gra ma swoje lata, bo miała premierę pod koniec lat '90, ale do dziś jest uznawana za jedną z niewielu, jak nie jedyną, w której idealnie zostały zespolone ze sobą najlepsze elementy gier wyścigowych z niesamowitym postapokaliptycznym klimatem zdewastowanej Ziemi, na której by przterwać, trzeba przeistoczyć się w bezwzględnego bandziora. Na przestrzeni lat gra wracała na dyski twarde moich komputerów niezliczoną ilość razy i za każdym razem bawiłem się wyśmienicie. Mimo upływu lat tytuł w ogóle się nie zestarzał, trzymając bardzo wysoki poziom wykonania i zachowując ważną, jak na dzisiejsze czasy, niewyobrażalnie wysoką grywalność.
Jazda bez trzymanki w postapokaliptycznych klimatach? Powerslide, to słuszny wybór.
Lubisz Cyberpunk? Lubisz klimaty postnuklearne? Nie masz odruchów wymiotnych gdy trzeba zagrać w grę sprzed ponad 10 lat? No to trafiłeś bardzo dobrze. Redline: Gang Warfare 2066 jest właśnie taką grą, o której mało kto wie, że w ogóle istnieje. Niby większe internetowe serwisy growe mają o niej wpisy w swoich "encyklopediach", ale tak naprawdę są to tylko szczątkowe informacje i gracz nie jest w stanie w pełni zapoznać się z tym tytułem. Informacji mało, recenzji prawie w ogóle. Kilka zapowiedzi też się znajdzie i to w gruncie rzeczy wszystko. Nawet zrzutów ekranowych nie ma za wiele. Czym tak właściwie jest wspomniany Redline? Postunklearnym cyberpunkowym tworem obok którego nie powinno przejść się obojętnie. Bardzo ambitny projekt z wieloma nowatorskimi rozwiązaniami i można nawet rzec, że z nietuzinkową fabułą, choć tutaj trzeba być ostrożnym z tym stwierdzeniem. Wszystko napędzane całkiem przyzwoitym silnikiem graficznym, generującym jak na tamte czasy ciekawe efekty wizualne, a wszystko doprawione jedną z ciekawszych ścieżek dźwiękowych z jakimi miałem okazję spotkać się w grach FPP. Na pewno jest to tytuł, który zasługuje na chwilę uwagi właśnie teraz. Dlaczego? Gdy tylko zobaczyłem RAGE, od razu przypomniał mi się Redline. Kto wie, być może właśnie on stał się natchnieniem dla programistów z id Software. Zapraszam do lektury...
Tak szczerze. Kto z Was tak naprawdę wie o istnieniu tej gry?
No i w końcu dobrnąłem do końca cyklu „Historii z epickim rozmachem”, oczywiście takiego prowizorycznego, gdyż mam coś jeszcze w zanadrzu. Jednak co tym razem? Podsumowanie, dwuczęściowe z racji obszernego tekstu. Tym razem wrzuciłem do jednego gara wszystko co związane z serią Half-Life, ugotowałem, solidnie przyprawiłem i odcedziłem. Wynikiem tego jest danie w postaci elementów składowych poszczególnych części i rozszerzeń fabularnych, które według mnie przyczyniły się do sukcesu serii. Bo chyba zgodzicie się ze mną, że Half-Life osiągnął wielki sukces. Dodatkowo ogromne wsparcie ze strony VALVe, a także internetowej społeczności, skupionej generalnie wokół tworzenia przeróżnych modyfikacji, nie pozwoliły by o grze przestano kiedykolwiek mówić. Tradycyjnie nie bawiłem się w recenzenta, a opisałem wszystko z perspektywy gracza, takiego trochę fanatycznego, ale gdy trzeba wytykającego błędy i ułomności gry. Przed Wami kilka akapitów, mam nadzieję, że w miarę interesujących. Uprzedzam, że jest dużo czytania. Zapraszam.
Piękno natury i destrukcja. Tak może wyglądać tylko jedno znane Nam uniwersum... Half-Life.
Markę Dead Space zna każdy miłośnik gier komputerowych, który ceni sobie wysoką grywalność, niezłą oprawę audiowizualną, a także gęsty i niepokojący klimat. Z tego co się orientuję, wersja na komputery osobiste została bardzo ciepło przyjęta przez całkiem sporą rzeszę graczy. W końcu trzecia część została zapowiedziana, więc jakiś tam sukces osiągnięto. Nie śledzę w ogóle rynku konsol, ale domyślam się, że i tam było podobnie. W chwili obecnej gram w wersję mobilną na telefonie Samsung Galaxy S i przyznam, że bawię się wyśmienicie. Może nie jest to aż tak komfortowe granie, jak w przypadku PC, ale to nadal kawał porządnej elektronicznej rozrywki. Od razu chciałbym też zaznaczyć, że nie grałem w żadną odsłonę Dead Space na "blaszaku" i nie mam bladego pojęcia czy wersja mobilna to przeniesiona gra 1:1, czy zupełnie nowa historia.
To logo bardzo dobrze zna każdy szanujący się miłośnik gier Survival Horror.
Temat ten sam, treść zgoła inna, generalnie chodzi wciąż oto samo. W poprzednim wpisie przybliżyłem Wam poniekąd sytuację, w której znalazła się jedna z osób, które znam. Niezbyt to dla niej przyjemne, lecz można rzec, że prosiła się oto już od dłuższego czasu. Rozwiązała się między Wami bardzo ciekawa dyskusja, co bardzo mnie ucieszyło, tym samym potwierdzając, że temat piractwa internetowego jest wciąż na topie. W jednym z postów, dokładnie w [88], nadmieniłem, że to nie koniec "przygody" i tak oto przed Wami obiecywany ciąg dalszy. Tym razem już nie o wymiarze sprawiedliwości, a o konsekwencjach haniebnego czynu, jakim jest bez wątpienia piractwo internetowe. A także o tym, jak w takiej sytuacji normalne funkcjonowanie w społeczeństwie zostaje zaburzone i staje się wręcz niemożliwym. Zapraszam do króciutkiej lektury i ewentualnej dyskusji.
Zjawisko internetowego piractwa jest tak powszechne, że mogłoby leżeć na półkach sklepowych między pieczywem, a cukrem. Nie mam bladego pojęcia, jak to wygląda w Polsce i jakie z tego tytułu ponoszą konsekwencje sami piraci, ale w Niemczech nikt się z tym nie cacka, a wali z grubej rury. Od niespełna 10 lat na terenie Bundesrepubliki funkcjonuje specjalna jednostka Policji, powołana właśnie do walki z piractwem internetowym. I jak pokazuje dzień dzisiejszy, działa bardzo skutecznie. Według wezwania, które dane było mi dzisiaj obejrzeć, wiem o prawie 250 tysiącach rozesłanych wezwań do zapłaty za nielegalne pobieranie wszelakiej treści z Internetu, za okres od 31 listopada 2011 do 5 stycznia bieżącego roku. A bardzo prawdopodobnym jest, że takich wezwań będzie jeszcze więcej. |
![]()
najnowsze na Goozys
popularne na Goozys
najnowsze na gameplay.pl
|