'Znowu nie mam w co grać' czyli o tym jak zepsuć sobie dobrą grę - Awe - 22 czerwca 2014

"Znowu nie mam w co grać", czyli o tym jak zepsuć sobie dobrą grę

Właśnie trwa kolejna letnia wyprzedaż na Steamie. Miłościwie nam panujący król Gabe N. po raz kolejny łechta nas w okolicach kieszeni, a u twórców Internetowych memów do łask chwilowo powrócił trzeci Half-Life (czyli ten, którego premiera ma zwiastować rychły koniec świata). Ale Gabe nie ma tutaj monopolu. Swoje własne letnie targowisko ofert prowadzi też nasz, aspirujący do miana jedynego anty-systemowego systemu do gier, rodzimy GOG. Kontrastowo, obrzydliwie systemowy Origin rozdaje gry za darmo (nie tak dawno do ustrzelenia był trzeci Battlefield). Nie wspominając już o Humble Bundle, na którym bonanza trwa w zasadzie przez cały rok. A wszystko w imię szczytnej idei gier sprzedawanych za równowartość Cheeseburgera. Nie mam absolutnie nic przeciwko i to niezależnie od tego czy król Gabe poluje na moje względy czy na mój portfel. Jednak mam przy tym okazję do ponownego odniesienia się do poważnego problemu trapiącego liczny odsetek współczesnej społeczności Graczy. No bo przecież, do jasnej cholery, znowu nie mamy w co grać!

Na dobrą sprawę nie powinno mnie interesować jak ktoś podchodzi do kwestii kupowania (choć w niektórych wypadkach trafniejsze byłoby określenie „zdobywania”) gier i w jaki sposób ma zamiar te zakupy konsumować. Cudze pieniądze, cudza sprawa. Jeżeli ktoś ma zamiar przeznaczać własne oszczędności na kolekcję otwieraczy do puszek to ciężko doszukiwać się w tym czegoś zdrożnego. A zresztą ktoś inny może mieć na tyle duże dochody, że kupienie co miesiąc pięciu nowych gier po Empikowych stawkach nie stanowić nawet będzie odczuwalnej różnicy. Też dobrze. Pieniądze są przecież od tego aby je wydawać. Widzę natomiast pewien problem w momencie, kiedy zestawiam rosnącą konsumpcję z trwale narastającymi nastrojami rozczarowania i zniechęcenia wobec naszej branży. Konsumpcję, która w ostatnich latach wydaje się wzrastać na paliwie dystrybucji cyfrowej oraz dzięki przeżywającemu swój renesans segmentowi gier niezależnych. Przypominają mi się przy tej okazji spontaniczne i partyzanckie wczesne lata dziewięćdziesiąte. W Polsce nie istniała wówczas jeszcze nawet ustawa o ochronie praw autorskich zatem entuzjaści joysticków całkowicie legalnie wymieniali się czym popadnie w ilościach hurtowych. Nie liczyła się jakość, liczyła się ilość. Mówimy jednak o czasie gdy obowiązywała nieco inna skala. Przemysł gier nie był jeszcze na poziomie dzisiejszego giganta rywalizującego przychodami z Hollywoodem. Dla co bardziej ogarniętych osobników temat „posiadania wszystkiego” wówczas jawił się jeszcze w realnych barwach. Nawet dla mnie samego chyba łatwiejsze byłoby skomponowanie listy gier na Amigę wydanych w latach 1990-1995, których NIE odpaliłem na swoim sprzęcie niż tych, w które choć przez chwilę zagrałem. Gier jednak wydawanych było wtedy znacznie mniej, a sporą część z nich dawało się w zasadzie przejść w kilka godzin. Wszystko to jeszcze jakoś trzymało się kupy.

Przestało się to jednak kalkulować gdzieś pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Branża rosła z roku na rok. Nie tylko ilościowo ale też jakościowo. Co raz więcej gier do ogrania i co raz więcej z nich potrafiących dostarczyć rozrywki na wiele godzin. Problem piractwa był jeszcze w tamtym okresie bardzo odczuwalny. Problem, który z mojego punktu widzenia nie był wyłącznie zagadnieniem natury moralno-prawnej. Pamiętam dobrze kiedy poprosiłem znajomego sąsiada by pożyczył mi na kilka dni jakąś niezłą grę na Playstation. Akurat czekał mnie nieplanowany nadmiar wolnego czasu. Uczynny sąsiad następnego dnia zjawił się z reklamówką wypełnioną może z setką stłamszonych luzem płyt CD (w mało limitowanej edycji stadionowej rzecz jasna). Przypomina mi się to uczucie żalu z powodu tego, jak potraktowana została znajdująca się na tych płytach cyfrowa zawartość. Leżały przede mną potencjalne setki czy nawet tysiące godzin spędzone na wirtualnej zabawie. Potencjalne i w efekcie czysto teoretyczne. Doskonale wiedziałem, że w najlepszym wypadku przez najbliższe kilka dni będę bawił się w żonglerkę płytami i większości z tych gier nie poświęcę nawet ułamka przynależnej im uwagi. Nie tylko okradałem w ten sposób pracujących nad tymi grami autorów. Okradałem też samego siebie z przyjemności, jaka może płynąć ze zgłębiania meandrów dobrze zrobionej gry.

Tym sposobem te kilkanaście lat temu porzuciłem raz na zawsze obóz stadionowych kupców i bukanierów z Rusi. Nie tyle poruszony ciężka dolą grabionego z chleba Johna Carmacka i jemu podobnych ale powodowany prostą i egoistyczną świadomością wyrządzania krzywdy własnemu hobby i przez to samemu sobie. Dzięki temu posunięciu z czasem gry przestały kojarzyć mi się z rozrzuconą po podłodze stertą poplamionych keczupem płyt CD. Zaczęły zaś kojarzyć się ze świadomym wyborem i swego rodzaju inwestycją w swój wolny czas. Inwestycje mają to do siebie, że powinny być przemyślane. Lokowane środków na chybił-trafił częściej niż rzadziej prowadzi do katastrofy. Zacząłem więc inwestować i bardzo szybko przekonałem się, że ponownie nauczyłem się doceniać gry komputerowe. Doceniać za te wszystkie elementy, które stają się namacalne dopiero po pewnych czasie obcowania z danym produktem. Doceniać za ciekawie rozwinięte historie. Za kunszt autorów zaangażowanych w modelowanie rozległych map. Za ciekawe schematy rozwoju postaci czy za pobudzającą zmysły ścieżkę muzyczną. Czyli za to wszystko czego nie dotkniemy i nie poczujemy gdy goni nas przepastna lista 100 kolejnych gier do „sprawdzenia”. Sprawdzenia na zasadzie „a może ta godzina będzie lepsza od tej poprzedniej godziny?”. Ile razy na serwisie Metacritics natrafiłem na oceny użytkowników w rodzaju: „Nie odpaliła mi się w ogóle. Instalator jest z***. Kolejny skok na kasę! 0/10!”? Nie raz i nie dwa. Takich „recenzji” są setki. Tysiące. Rozumiem jednak skłonność do wystawiania lekką ręką tego typu ocen jeżeli w głowie „recenzenta” cały czas majaczy wizja kolejnych czterech tuzinów gier dostępnych od ręki na Steamie po trzy dolary za sztukę. A może jakiś pakiecik ośmiu gier za dyszkę? Czemu nie? Połowy z tych gier pewnie potem delikwent nawet nie odpali, a druga połowa otrzyma szczodre skumulowane pięć godzin na zaprezentowanie swoich walorów. Na więcej nie starczy bo przecież właśnie ruszyła weekendowa promocja na GOG-u! Czy stało się coś złego? Przecież to tylko marne dziesięć dolarów, dla konsumenta z Zachodu kwota śmiesznie mała. Otóż moim zdaniem stało się. Nie chodzi o aspekt finansowy. Zbyt prosty i masowy dostęp do danego dobra powoduje, że dobro to dramatycznie traci na wartości. ABC ekonomii. Bogaci i sławni panowie ze sfery show-biznesu żonglują partnerkami klasy AAA w tempie za jakim nie nadążają czasami nawet bywalcy Pudelka. Każda z tych partnerek nawet przez same walory estetyczne byłaby dla Kowalskiego boginią cnót wszelakich, za którą warto byłoby się nawet tu i ówdzie pokroić. Prosty relatywistyczny mechanizm, który działa w wielu dziedzinach życia, także w naszym zaściankowym światku gier komputerowych.

Dla własnego dobra trzeba pogodzić się z prostym faktem dyktowanym skalą dzisiejszej branży gier. Nie zagramy we wszystko. Ba, nie zdołamy nawet ogarnąć w całości biblioteki gier wyłącznie dobrych. Prawda jest taka, że oferta dostępna obecnie na dużych platformach dystrybucji cyfrowej powinna każdemu z nas wystarczyć do końca życia. To nie są czasy garażowej produkcji ciągniętej przez garstkę zapaleńców. Gier wydawanych jest teraz tyle, że o większości z nich przeciętny Gracz nawet nie usłyszy. I to nie licząc nawet przepastnej i super-taniej oferty gier niezależnych. Skazana na porażkę próba nadążenia za tym tsunami grozi zatraceniem się w spirali powierzchowności. Ile jest tytułów, które poprzez ten owczy pęd nigdy nie mają szansy ukazać swoich walorów? Wydany dopiero co „Watch Dogs? Przecież to nie next-gen! Gra nie powaliła mnie grafiką po obejrzeniu pierwszego filmiku i rozegraniu dwóch misji. Następna! Bioshock? Strzelanie było lepsze w Call of Duty, a klimat jakiś dziwny. Kij z fabułą, następna! Wiedźmin 2? Było na Steamie za 3 dolary, kupiłem, ale trochę mi tnie grafika, a muszę jeszcze sprawdzić te cztery kolejne gierki z przeceny więc pewnie nigdy więcej nie odpalę. Następna!”. Podkoloryzowana przesada? Nic podobnego! Z życia wzięte przykłady. Oczywiście nie ma co generalizować, bo każda z tych gier znajduje szerokie grono lojalnych odbiorców. Ale zjawisko istnieje i mam wrażenie, że z roku na rok przybiera na sile. Zerkam na profile swoich znajomych na Steamie. Pan X, gracz dosyć hardcorowy. Biblioteka ponad 200 gier. Z tego 21 tytułów z nabitą liczbą minimum 10 godzin. Zakładam, że mocno pokrywa się to z listą gier, które polega przeszedł. Reszta oscyluje w granicach 2-3 godzin - jedna sesja. Pan B. Biblioteka około 175 gier. Z tego 5 z ponad 10-godzinnym stażem. Z całości ukończonych nie więcej niż 10. Pan C, około 150 gier. Z tego 12 przez 10 lub więcej godzin. Rodzynki? Dragon Age Origins – 80 minut, Bioshock Infinite – 40 minut, Deus Ex: Human Revolution – niecała godzina. Ten sam pan C dwa dni temu kupił 11 nowych gier na trwającej wyprzedaży Steam. Jako gracz z zamiłowania, czytam i płaczę.

Akurat w tych konkretnych przypadkach jestem całkowicie pewien, że nie popełniam błędu przy interpretowania statystyk. W sumie może nie byłoby w tym nic złego jeżeli ktoś przechodzi okres wyrastania z gier. Nie dotyka on wszystkich, ale duża część Graczy dochodzi na pewnym etapie życia do tego momentu. W takim jednak wypadku żadne schematy i metody traktowania gier nie zmienią stanu rzeczy. Wypalony osobnik musi zająć się czymś innym, c'est la vie. Istnieje natomiast spora grupa nadal aktywnych miłośników spędzaniu czasu z padem czy myszką w ręku, którzy wilczą konsumpcją wyrządzają sobie szkodę. Na własne życzenie stawiają się pod ścianą z napisem „nie mam w co grać”. Jakby grzechem była świadomość, że nie kupię tej gorącej nowości w dniu premiery. Jakby grzechem było nie posiadanie w swej kolekcji każdego tytuły, który dostał co najmniej „ósemkę” na Gamespocie. Nie tak dawno natknąłem się na komentarz pod tekstem na jednym z popularnych blogów o grach. Z grubsza wniosek, który mnie w tym wypadku zaintrygował można by streścić słowami: „kogo interesuje granie w starego rupiecia (chodziło o grę sprzed raptem 8 miesięcy!), liczą się nowości!”. Czyli od nowości do nowości. Dziś ma premierę gra A, którą pojutrze porzucimy dla gry B (wszakże premiera!), a potem całość szlag trafi gdyż ruszy promocja na Humble Bundle. Do raz porzuconej gry w większości wypadków takie osoby nie wracają. Efekt? Po dwóch tygodniach „nie będzie w co grać”. No chyba, że znowu kupimy tuzin gier na Steamie. Tylko czy z każdym kolejnym tuzinem nie będziemy co raz bardziej pogrążać w tym wyścigu donikąd? Aż w końcu przestaniemy umieć doceniać dobre gry? I to na własne życzenie?

Tak się składa, że niecały miesiąc temu przeszedłem Bioshock Infinite. Grę jak się okazało wybitną. Grę na którą nie miałem czasu w okresie jej premiery ponad rok temu. Dokonałem wówczas świadomego wyboru i zainwestowałem swój wolny czas w inny tytuł. Czy gdybym rozpoczął granie w Infinite w tamtym czasie i po dwóch dniach zdecydował się odstawić go na półkę na rzecz Tomb Raidera czy dodatku do Starcrafta, zyskałbym coś dzięki „byciu na czasie”? Do tytułu zapewne nigdy bym już nie powrócił i straciłbym pieczołowicie i z sercem zbudowaną historię. Gra nigdy nie dostałaby u mnie prawdziwej szansy, bo goniłyby mnie kolejne terminy i kolejne premiery. Jasne, że być może dzięki temu „zapoznałbym” się w większą ilością tytułów. Ale co z tego, skoro większość tych tytułów nie miałaby nawet okazji mnie porwać? Co więcej, dużo szybciej postawiłbym się w sytuacji, w której teoretycznie wszystko już widziałem i wszystko już słyszałem. Byłaby to rzecz jasna tylko ułuda, bo zwyczajnie nie da się ocenić czy poznać gry po spędzeniu z nią dwóch godzin. Po prostu się nie da (nie liczę intencjonalnych fraszek pokroju świetnego skądinąd Brothers: A Tale of Two Sons). Dużo bardziej zdrowym podejściem wydaje mi się być wspomniany już model inwestycyjny. Poddaję pod rozwagę w jaki tytuł zagram w następnej kolejności i dlaczego. Po rozpoczęciu zabawy nie przerywam jej przynajmniej do momentu ukończenia części fabularnej o ile taka istnieje. Jeżeli gra wyjątkowo mi się spodoba zawsze mogę postawić na ponowne przejście np. inną postacią albo pozbierać dodatkowe achievementy. Nawet jeżeli w międzyczasie pojawiła się inna warta uwagi propozycja w którą koniecznie chcę zagrać, nie muszę odstawiać natychmiast tej poprzedniej. Dobra gra nie ucieknie, mogę zagrać w nią kilka tygodni później i będzie ona wówczas równie dobra (pomijam nawet fakt, że jeżeli szykowała się jakaś ważna premiera, mogłem już przed faktem uwzględnić ją w swoich planach). Taki świadomy i podparty namysłem wybór w dużym stopniu eliminuje ryzyko wpakowania się w coś, czego przejście stanowiłoby dla nas mękę. Coś co z drugiej strony jest całkiem realnym ryzykiem gdy kupujemy wszystko co nowe i/lub wszystko co krzyczy nagłówkiem o promocji. Jasne, że można się czasem ze swoim wyborem strasznie pomylić. Ale nawet takie incydentalne przypadki można potraktować jako dobrą lekcję na przyszłość i dzięki temu jeszcze bardziej usprawnić swój proces decyzyjny.

Oczywiście nie wolno generalizować. Kwestia destrukcyjnego działania zakupowego szału nie dotyczy wszystkich. Każdy Gracz podchodzi do swojego hobby na swój własny sposób. Są jednak pewne schematy, które poprzez swoją powtarzalność zyskują cechy trendów. I mam wrażenie, że trend „mam 250 gier na Steamie i nie mam w co grać” zyskuje w ostatnich latach na prominencji. Nie śmiałbym na siłę wciskać innym swoich standardów postępowania. Jednak na bazie różnych doświadczeń i własnych przemyśleń zwracam uwagę na możliwość poddania tej kwestii pod rozwagę (dla osób, które uznają, że może ich ona dotyczyć). Naprawdę szkoda mi tych wszystkich dobrych gier, która giną w tłoku i nigdy nie dostają szansy aby ukazać pełen wachlarz swoich zalet. Mamy całkowite prawo do srogiego traktowania wybranych tytułów czy nawet mieszania ich z błotem. Ale to mieszanie powinno być poprzedzone dawką przemęczenia się z tym naprawdę marnym knotem (co powinno przytrafiać się bardzo sporadycznie zważywszy na fakt, że z jakiegoś powodu wybraliśmy właśnie ten tytuł spośród wielu innych). Aż boję się pomyśleć, że mógłbym stracić przejście dziesiątego Final Fantasy (moim zdaniem jednego z lepszych JRPG) gdyż nie podobały mi się żółte gacie Tidusa (a nie podobały mi się bardzo). Jestem przekonany, że w znacznej części przypadków gra odpłaci nam z nawiązką za powierzone jej zaufanie (zakładając, że przecież z jakiegoś powodu ją uprzednio wybraliśmy spośród tuzina innych). I niestety, ale zasadniczo dobre zjawisko prostej i często taniej dostępności licznych gier w ramach dystrybucji cyfrowej ani nam ani grom tego zadania nie ułatwia. Czasami dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane. Aby nie zagubić się gdzieś w tym cyklu nieustannej konsumpcji, trzeba się przemóc i postawić na umiar i asertywność. W przeciwnym wypadku z biegiem czasu co raz więcej osób będzie dochodziło do postawionego wbrew sobie wniosku – znowu nie ma w co grać.

Awe
22 czerwca 2014 - 22:36
Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
25.06.2014 10:28
damianyk
94
Konsul

Rozumiem do czego dążysz, ale nie do końca się z tobą zgadzam. Trend "mam 250 gier i nie mam w co grać" wynika raczej z powtarzających się rozczarowań nowymi, rozkrzyczanymi produkcjami. Człowiek kupuje kilka tytułów chwalonych w reklamach i recenzjach a okazuje się że żadna nie spełnia oczekiwań. Można więc powrócić do tzw. "starych dobrych produkcji", ale nie oszukujmy się, 5-6 przechodzenie świetnej, ale liniowej strzelaniny lub erpega który znamy już jak własną kieszeń trochę mija się z celem.
Twierdzisz też, że przez pęd wydawniczy i promocyjny gry nie dostają swojej szansy, i podajesz kilka przykładów ludzi ze Steama. To niewątpliwie prawda ale ci ludzie to raczej pseudo gracze, dla których gry to gadżety a nie hobby. Spędzenie godziny nad grą, łącznie z procesem instalacji to rzeczywiście przegięcie. Ale z drugiej strony piszesz: "Bioshock? Strzelanie było lepsze w Call of Duty, a klimat jakiś dziwny. Kij z fabułą, następna!". Jeśli rzeczywiście strzelanie i klimat tej bądź co bądź strzelaniny nie odpowiada graczowi to nie widzę sensu brnąć dalej tylko ze względu na fabułę. Gry składają się z gameplayu i fabuły, z czego jednak głównym jest gameplay. Dopuszczam istnienie gry z dobrym gameplayem i zupełnie bez fabuły - np. samochodówki czy gry sportowe. Ale już sama fabuła bez gameplayu będzie tylko filmem a nie grą. Bardzo dobry gameplay ze słabą fabułą będzie dobrą grą, ale świetna fabuła ze słabym, irytującym gameplayem dla mnie nie istnieje. Nie wyobrażam sobie brnięcia w coś, co nie dostarcza mi rozrywki tylko po to, żeby poznać fabułę. Będzie to tylko stratą czasu, który można przeznaczyć na jakąś lepszą grę, która dostarczy przyjemność, bo przecież o to tu chodzi. Jeśli gra w ciągu kilku godzin nie zaprezentuje niczego ciekawego, to nie ma sensu w nią brnąć a zaoszczędzony czas przeznaczyć na coś innego. Ale do tego trzeba być świadomym graczem, a nie zaliczać tylko gry, bo pęd, bo promocja, bo "kupka wstydu", tak jak ci panowie X, B i C.

25.06.2014 13:39
berial6
odpowiedz
berial6
118
Ashen One

Ja caly ten problem 'mam 200 gier a nie mam w co grać' wynika z tego, że... traktujemy gry kupione kiedyś tam na promocji jako piraty. Wiem, brzmi to dziwnie ale: przynajmniej ja tak mam, że przed kupieniem jakiejś gry >50zł oglądam recenzję, czytam opinie, oglądam gameplaye itp (nie w jakiś gigantycznych ilościach- może 2-3 filmiki i kilka tekstów). Jeśli gra mnie przekona- kupuję i już wiem co może mnie czekać i tego wyczekuję. Kupuję grę- jaka by nie była, no chyba, że koszmarnie okropna, gram przez kilka bądź kilkanaście godzin. To samo dotyczy nowych gier- czytam zapowiedzi, oglądam materiały z wczesnych wersji itp. Po prostu- buduję sobie 'hype' na daną grę.
Gry z wyprzedaży- 'aaa gdzieś o tej grze słyszałem, to kupię, bo jest za 20zł'. I hype'u nie ma, bo już grę się ma. Tak jak z piratami- jeśli ktoś je ściąga (zaraz wszyscy się na mnie rzucą, żem niby pirat), to raczej nie ogląda wcześniej recenzji itp. Nie ma hype'u- więc szanse, że gry na piracie nawet nie ukończy. Gdyby ją kupił- pewnie by ją przeszedł w tydzień.
Ja tak miałem z dark souls- dwójkę przeszedłem, w jedynce nie doszedłem nawet do połowy i wywaliłem z dysku. Słowem klucz jest więc ten cały 'hype' na grę. Ciężko żeby miało się hype na grę, którą się ma. Ale to często prowadzi do kupowania gry drugi raz- 'hypuje' się na daną grę, mimo że się ją ma, bo wcześniej nie miało się na nia ochoty.

Taka moja skromna opinia, czemu niektórzy przy ponad 100 nieuruchomionych ani razu grach nie mają co robić. Albo wynika to z tego, że w HB czy na promocjach kupuje się małe 'popierdółki'- jakieś indyki i starsze produkcje, reedeycje HD itp.
P.S.- słowa 'hype' używałem z braku odpowiednika w języku polskim (albo po prostu nic mi nie przyszło do głowy)
P.S.2-oczywiście powyższa teoria spiskowa nie dotyczy każdej gry z wyprzedaży- każdy chyba znalazł jakąś 'perełkę'- grę o której kiedyś słyszał, kupił za kilka zł i grał ponad 20h.

25.06.2014 14:09
odpowiedz
vulpes433
54
Centurion

Zgadzam sie z całością tekstu. Pod to zjawisko podpiąłbym jeszcze piractwo. Dużo ludzi "sprawdza" daną produkcję by dowiedziec sie co w niej jest takiego że się innym podoba, wogóle nie będąc w targecie produkcji. Szanse że mu się spodoba są znikome. Jestem pewien że wielu narzekających np na watch dogs ale tez na inne produkcje to albo piraci albo ludzie ktorzy nie grali ale z jakiś powodów podtrzymują falę hejtu. Świadomy konsument nie kupuje gier żeby później narzekać, tylko żeby dobrze się bawić w tej jednej produkcji spośród setek ktora zwróciła jego uwagę.
Wydaje mi się też że tu nie chodzi tylko o przytłoczenie ilością gier do ogrania ale o to że inaczej się traktuje produkt za który zapłaciło się więcej, którego zakup się planowało od dłuższego czasu i na który trzeba było zapracować.

25.06.2014 17:05
[ Awe ]
odpowiedz
[ Awe ]
4
Legionista

@damianyk: Pozwolę sobie odpowiedzieć cytatem. "Rozumiem do czego dążysz, ale nie do końca się z tobą zgadzam" :). Ogólnie sprawa istotnie jest dosyć śliska i mało jednoznaczna. Ludzie potrafią podchodzić do grania na różne skrajne sposoby. A po drodze są jeszcze rozmaite odcienie szarości. Niemniej opisywany przeze mnie trend w ostatnich latach zyskuje na prominencji. A przynajmniej takie są moje obserwacje. Całkowicie zgodzę się z argumentacją, że jak gra wybitnie komuś nie leży, to nie ma nic złego w odstawieniu jej na dobre po kilku godzinach (choć ja bym się osobiście z nią przemęczył, ale to takie moje widzimisię). Pod warunkiem, że jednak będzie to przeplatane grami, które wyraźnie takiej osobie podpasowały. Tymczasem ja widzę tuziny gier seryjnie odsyłanych do lamusa po jednej czy dwóch sesjach. Mi nie jest szkoda portfela takiej osoby. Mi szkoda tych gier (szczególnie tych z solidnym potencjałem), które nie dostają swojej szansy. Bardzo bym polemizował z przekonaniem, że da się ocenić jakość gry na podstawie godziny gry. A takich ocen w ostatnich miesiącach trochę się nasłuchałem.

25.06.2014 18:18
👍
odpowiedz
zanonimizowany579358
105
Senator

Świetny artykuł z którym pozostaje mi się jedynie zgodzić. Dlatego nie biorę z reguły udziału w tego typu promocjach, oczywiście wyjątkiem jest sytuacja kiedy dana gra rzeczywiście mnie interesuje lub gdy jest za darmo co ostatnio zrobiło się modne. Wszak podpięcie gry do biblioteki nic nie kosztuje i do niczego nie zobowiązuje. Wczoraj była Omerta za darmo, jeszcze kiedyś na Steamie pierwsza ARMA czy Red Orchestra 2, przypisałem je do swojej wirtualnej kolekcji, ale już w tamtym momencie wiedziałem, iż raczej w nie nie zagram. Może kiedyś nabiorę na nie ochotę?
Gier w dniu ich premiery nie kupuję prawie wcale, najczęściej sięgam do portfela, kiedy rzeczywiście mam na jakąś produkcję ochotę. Wtedy wchodzę na allegro i szukam dobrej oferty, jeśli gra nie korzysta z usług pokroju Steama, kupuję używki.
Nigdy też nie podchodzę do grania w ten sposób, że koniecznie muszę ukończyć większość gier z kolekcji, bo mam straszne zaległości. To jest droga donikąd. Kiedyś próbowałem i skończyło się na tym, że miałem "napoczętych" z 8 gier jednocześnie i w większość nie miałem ochoty dalej grać. Czułem się maksymalnie przytłoczony i pozbawiony czystej radości z przechodzenia gier. Teraz gram w to na co mam ochotę a nie dlatego, że "muszę nadrobić!". W kolekcji (wliczam tu wszystkie pudełka, gry na Steamie, GOGu itd. itp.) mam ok. 200 gier a ukończyłem niemal połowę z tego, co jest chyba niezłym wynikiem. Znam ludzi, którzy na Steamie mają ponad 1000 czy 2000 gier i cały czas sukcesywnie powiększają swoją bibliotekę. Nie wyobrażam sobie by zdołali przejść przynajmniej 30% z nich.
Nie mam zamiaru ukończyć wszystkich gier AAA, moim celem jest się po prostu dobrze bawić i miło spędzić czas. Dlatego też lubię sobie wracać do ukończonych już gier i jeśli przejście pierwszego Gothica po raz 15. sprawi mi przyjemność to to robię bez natrętnej myśli, że w tym czasie mógłbym zaliczyć jakąś inną grę w którą jeszcze nie grałem.

25.06.2014 18:25
odpowiedz
zanonimizowany23874
136
Legend

Nigdy też nie podchodzę do grania w ten sposób, że koniecznie muszę ukończyć większość gier z kolekcji, bo mam straszne zaległości.

A ja nigdy nie podchodze do grania w ten sposob ze MUSZE kupic "bo w promocji" aby leżało w nieskonczonosc.
Kupuje tylko te tytuly ktorych jestem 100% pewien, ze zagram reszte moge smialo olac. Gry to nie pokemony, nie MUSISZ miec ich wszystkich...

25.06.2014 18:44
😊
odpowiedz
zanonimizowany579358
105
Senator

@Asmodeusz - Gry to nie pokemony, nie MUSISZ miec ich wszystkich...
A to do mnie czy koło mnie? ;P Nigdzie przecież nie napisałem, że szaleńczo gromadzę gry - wręcz przeciwnie. Nie kupiłem ŻADNEJ, która miała swoją premierę w roku 2013 czy 2014, te z 2012 mógłbym policzyć na palcach jednej ręki. Nabywam kilkuletnie gry, na które mam aktualnie ochotę i po zakupieniu nie odstawiam ich na półkę tylko instaluję i gram. O ile wielu graczy czeka na AC V: Unity, ja dopiero niedawno ukończyłem sobie "jedynkę". Nie widzę sensu w kupowaniu nowości, póki posiadam sporo gier które chcę ukończyć. Lepiej poczekać rok, dwa aż interesujące mnie produkcje stanieją.

25.06.2014 19:40
odpowiedz
zanonimizowany23874
136
Legend

koło

powinienem dac enter, zaraz poprawie

25.06.2014 21:05
tyr8338
odpowiedz
tyr8338
43
Centurion

Bardzo wyimaginowe te problemy, jesli gra jest dobra to poswiece na nia czas niezaleznie czy za nia zaplacilem duzo czy malo, a moze nawet jesli byla to wersja piracka. Bf4 kupilem oryginalne i okazala sie gra na tyle slaba, ze od miesiecy nie gram w to wogole, natomiast dragon age origins pirata przeszedlem w calosci, wlacznie z dodatkami, bo po prostu byla wystarczajaco dobra, aby okazac sie gra wciagajaca. Jesli ktos ma 200 gier na stemie i problem z wysluplaniem lacznie 100h rozegranego w nie to swiadczy to niestety, ze taka osoba ma malo wolnego czasu lub gry po prostu nie wciagaja jej juz tak jak dawniej ... niestety jesli gra sie od 10-20 lat to wiele produkcji odbiera sie jako uproszczone i wtorne wiec nie poswieci sie im tyle czasu co osoba, ktora dopiero zaczyna zabawe z elektroniczna rozrywka i wszytko odbiera jako rozwiazania nowatorskie i odkrywcze.

25.06.2014 21:18
Bezi2598
odpowiedz
Bezi2598
100
Legend

Gra z promocji może leżeć i leżeć, a grę kupioną na premierę to chyba każdy przejdzie. W końcu jak się trochy kasy wydało to wypada przejść nawet jak crap wychodzi.

25.06.2014 21:29
[ Awe ]
odpowiedz
[ Awe ]
4
Legionista

@tyr8338 Nie miałem zamiaru ilustrować postępowania wszystkich Graczy czy nawet wszystkich tych, którzy np. mają dużo gier w bibliotece alby zdarza im się porzucać przedwcześnie gry. Jednak będę bronił tezy, że istnieje pewna grupa fanów elektronicznej rozrywki, którzy działają destrukcyjnie wobec swojej pasji. I dla tej grupy łatwy, szybki i bezrefleksyjny dostęp do gier staje się dodatkowym katalizatorem niedobrego trendu. Tutaj zresztą wypadałoby napisać trochę o społecznościowych recenzjach gier (widać w nich, między innymi, część symptomów "nie-mam-w-co-grania") ale o tym to przy innej okazji :)

27.06.2014 07:24
leaven
odpowiedz
leaven
96
Konsul

Rozumiem, że autor artykułu byłby w 7-ym niebie gdyby zapłacił 500 euro za grę, kupioną raz na rok. Wtedy z pewnością by ją docenił. Prawdziwy biznes nie polega jednak na sprzedawaniu drogiego towaru kilku odbiorcom ale taniego towaru milionom.

27.06.2014 14:24
[ Awe ]
odpowiedz
[ Awe ]
4
Legionista

@leaven Byłbym w siódmym niebie gdybym raz na jakiś czas mógł za 1 Euro kupić dobrą grę i potem miał możliwość nacieszyć się każdą spędzoną z nią chwilą. W sumie to nawet da się tak grać gdyby wybierać głównie w tytuły mające po kilka lat. Ale nie w tym rzecz. Sedno problemu nie jest w tym, że ktoś tanio "rozdaje" gry. Sedno leży w tym jak my z tych okazji korzystamy.

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze