Rive - Danteveli - 16 kwietnia 2020

Rive

Usłyszałem kiedyś, że nie istnieją trudne gry. To większość graczy jest za cienka w uszach by poradzić sobie z wyzwaniami stawianymi przez deweloperów. Nie wiem ile jest prawdy w tych słowach. Wiem natomiast, że produkcje takie jak Rive uczą mnie pokory. Jeśli kiedyś będę chciał powiedzieć o sobie pro/hardcore gamer to w umyśle zapali mi się lampka ostrzegawcza. Czy oznacza to, że trafiłem na kolejny orzech, na którym połamałem sobie resztki kłów?

Rive to połączenie twin stick shooterów z grą platformową w 2D. Oznacza to, że jedna gałka służy do poruszania się naszym statkiem, podczas gdy druga odpowiada za ostrzeliwanie wroga. Jednocześnie mamy jeszcze unikanie przeszkód i pułapek, z którym to związana jest cała masa skakania. Jeśli takie combo nie brzmi zachęcająco to może dodatek wysokiego poziomu trudności przekona was do zainteresowania się tą produkcją? Jak przystało na grę inspirowaną produkcjami arcade, mamy tutaj do czynienia ze szczątkową historią. Cała fabuła sprowadza się do tego, że w przyszłości kosmiczny poszukiwacz skarbów trafia na pewien wrak. Naszym zadaniem jest wydostanie się z niego. W grze nie sterujemy jednak bezpośrednio naszym żądnym przygód bohaterem. Kontrolujemy natomiast jego bajerancki statek, który może funkcjonować także jako mech. Wydostanie na wolność utrudnia nam zarządzające stacją AI o imieniu Daryl.

Nie ma co liczyć na rozbudowaną i emocjonującą historię. Mamy za to bohatera rzucającego co jakiś czas „zabawnymi” tekstami nawiązującymi do popkultury. Nasz kosmiczny poszukiwacz skarbów to taka współczesna, poprawna politycznie wersja Duke Nukem’a. Wątpię jednak by heros Rive osiągnął kiedykolwiek status podobny do nasterydowanego, zabijającego prosiaki księcia.

Rozgrywka podzielona jest na szereg misji, które w większości przypadków sprowadzają się do dotarcia w określone miejsce. Zazwyczaj przemy z lewej strony ekranu na prawo. Przebijamy się przez setki pojawiających się znikąd przeciwników i omijamy różne przeszkody w stylu pras hydraulicznych, olbrzymich pił tarczowych czy latających kuli ognia. Zabawa polega tak naprawdę na przetrwaniu serii trudnych aren, gdzie po pokonaniu wszystkich wrogów możemy iść dalej. Z pokonanych przeciwników wypada złom. Wykorzystujemy ten surowiec do ulepszania naszego pojazdu. Nie jest to jednak zbytnio rozbudowany system i wszystkie ulepszenia da się policzyć na palcach dwóch rąk. Mamy możliwość zakupu wzmocnionego pancerza, magnesu przyciągającego złom, a także kilku specjalnych pukawek jak wyrzutnia rakiet, shotgun czy coś w stylu granatnika. Dodatkowe uzbrojenie ma jednak bardzo ograniczone zastosowanie. Korzystać możemy z niego jedynie po zdobyciu losowo wypadającej z wrogów amunicji. W moim wypadku obawa przed niepotrzebnym zużyciem lepszej broni zmusiła mnie do korzystania jedynie z podstawowego karabinku. Prowadzi to do sytuacji, w której na początku gry korzystamy z praktycznie takiego samego sprzętu jaki używamy na końcu naszej przygody. Obok strzelania mamy także interesujący mechanizm hackowania. Poza standardowym otwieraniem drzwi służy on także do przeprogramowania walczących z nami robotów. Dzięki temu możemy z niektórych przeciwników zrobić swoje wsparcie. Najlepiej sprawdza się to przy maszynach przywracających nam punty życia. Zamieniamy wtedy wrogi lecznicze boty w towarzyszące nam apteczki, które po wypełnieniu swego zadania eksplodują. Ma to spore znaczenie bo w Rive punkty życia traci się bardzo szybko. Każde kolejne pomieszczenie naszpikowane jest zabijającymi nas maszynami. Jakakolwiek pomoc jest wtedy na wagę złota. Niestety często skazani jesteśmy na porażkę.

Nie wstydzę się przyznać, że tytuł ten nieźle skopał mi cztery litery. Mniej więcej co drugie pomieszczenie pokonywałem metoda prób i błędów. Musiałem sprawdzić co czeka za rogiem i zginąć. Wzbogacony o wiedzę na temat przeszkód mogłem starać się przeć do przodu. W trakcie rozgrywki uczyłem się kolejnych schematów i układów pomieszczeń pozwalających mi na wykorzystanie słabości przeciwników. Często jest to bardo satysfakcjonujące. Pokonanie bossa w Rive wzbudzało we mnie satysfakcję podobną do tej jaka towarzyszyła mi podczas pierwszej przygody z Dark Souls. Każdy sukces był rezultatem wielu prób i całej masy zgonów.

Mam jednak wrażenie, że za część z moich porażek odpowiadają dwie trochę niezależne ode mnie kwestie. Pierwszą z nich jest sterowanie. Jak już wspominałem gałki analogowe służą nam do sterowania i strzelania naszym kosmicznym pojazdem. Iks, kółko, trójkąt i kwadrat służą do przełączania się pomiędzy specjalnymi atakami, które odpalamy za pomocą R2. R1 służy nam do odpalania trybu hackowania wrogów i elementów otoczenia. Pod L2 skrywa się zdolność podskakiwania. Takie rozłożenie przycisków nie specjalnie mi pasowało. W opcjach mamy co prawda jeszcze kilka innych konfiguracji, ale żadna nich nie była komfortowa. Może to tylko moje wrażenie ale celowanie prawą gałką nie zostało najlepiej zorganizowane. Trafianie stosunkowo szybko poruszających się wrogów wymaga precyzji, której mi trochę brakowało. W połączeniu z elementami otoczenia zadającymi nam obrażenia miałem wrażenie jakby część trudności wynikała z tego, że mój pojazd nie poruszał się tak jakbym tego chciał.
Trochę problematyczny jest także system checkpointów, które działają w dziwny sposób. Po śmierci zostajemy przywróceni do dokładnie takiej samej sytuacji jaka miał miejsce w momencie autozapisu. Z tego powodu często rozpoczynałem nowe życie milisekundę przed momentem otrzymania obrażeń. Nawet jeśli było to zamierzone działanie twórców to checkpointy tego typu służą jedynie wnerwieniu gracza.

Oprawa graficzna Rive nie wyróżnia się z tłumu innych gier platformowych niczym specjalnym. Mamy graficzny styl. który przypomina mi trochę Mighty No.9. Na szczęście design postaci wypada tutaj znacznie lepiej i nie czułem odrazy patrząc na ekran. Na plus na pewno można zaliczyć to, że gierka śmiga sprawnie nawet gdy na ekranie jest więcej przeciwników. No i występujące co chwilę eksplozje wyglądają znośnie. Nic jednak nie sprawi, że na dłużej zapamiętam sferę wizualną tego tytułu. Za kilka dni produkcja ta rozmyje się w mojej pamięci pośród innych dwuwymiarowych gierek akcji jak Rochard czy Cargo Commander.

Pierwsza z wielu moich śmierci nastąpiła już w kilkanaście sekund od rozpoczęcia rozgrywki. Stateczek bohatera został rozgnieciony przez napływające z prawej strony asteroidy. Nagle na ekranie pojawił się wielki, czerwony napis „Can’t Touch This”. W głowie usłyszałem kultowy kawałek, prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalnego rapera z Oakland. Słowa Mc Hammera okazały się dobrym wyznacznikiem dla całego mojego czasu spędzonego z Rive. Nie chodzi tylko o to, że gra jest pełna memów, które kompletnie do mnie nie trafiają. Odnosi się to bardziej do kwestii, że produkcja Two Tribes nie trafiła w mój gust. Fajne patenty i interesująca rozgrywka przegrywają trochę z niesprawiedliwym systemem checkpointów, niedoskonałym sterowaniem i bardzo ubogim arsenałem naszego statku.

Rive to jedna z tych gier, które nie są złe, ale mogą trafić jedynie do wąskiej grupy graczy. Masochistów lubujących się w trudnych pozycjach, które balansują na granicy pomiędzy wymagającym a niesprawiedliwym gameplayem. Osobiście nie mam tej produkcji od Two Tribes zbyt wiele do zarzucenia. Wszystko rozbija się o to, że czas spędzony z tym tytułem był bardziej obowiązkiem niż przyjemnością. Pokonywanie kolejnych trudnych fragmentów Rive nie dawało mi frajdy. Może to wina sterowania, które kompletnie mi nie pasowało? Może nie jest to produkcja dla mnie lub jestem wstrętnym casualem? Koniec końców przymuszałem się by przechodzić kolejne sekcje gry i nie będę tej pozycji wspominał zbyt dobrze. Jednak osoby lubiące wszelkiej maści „Cat Mario” i inne gierki o wysokim poziomie trudności, powinny być w siódmym niebie.

Danteveli
16 kwietnia 2020 - 19:27

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz