Recenzja gry Call of Cthulhu - Danteveli - 30 października 2018

Recenzja gry Call of Cthulhu

Howard Phillips Lovecraft jest moim ulubionym pisarzem zajmującym się straszeniem czytelnika. Jego koncepcja kosmicznego horroru, gdzie ludzkie życie i cały dorobek naszej cywilizacji jest bez znaczenia to coś co naprawdę potrafi zmrozić krew w żyła. Potworni bożkowie z kosmosu dla których człowiek jest tym czym dla nas jest mrówka są znacznie straszniejsi od wszelkiej maści zombiaków, wampirów i wilkołaków. Wydawałoby się, że z tego powodu na rynku będzie cała masa gier inspirowanych twórczością Samotnika z Providence. Niestety tak nie jest i tylko co jakiś czas natrafimy na tytuły inspirowane mitologią o przedwiecznych. Na dokładkę większość z tych gier to produkcje wątpliwej jakości. Na szczęście na rynku pojawia się Call of Cthulhu. Jedna z nielicznych gier, które zasługują na to by nawiązywać do twórczości jednego z najbardziej wpływowych XX wiecznych amerykańskich pisarzy.

W Call of Cthulhu wcielamy się w detektywa pijaczynę, który kilka lat po zakończeniu Pierwszej Wojny Światowej ma problemy ze znalezieniem celu w życiu. Do naszego bohatera przychodzi zmartwiony bogacz, który stracił córkę i wnuka w tajemniczym pożarze. Klient nie chce uwierzyć w oficjalną wersję wypadku i chce abyśmy udali się na wyspę, na której żyła jego córka i zbadali sprawę. Na miejscy okazuje się że sytuacja jest skomplikowana, mieszkańcy wyspy nie lubią obcych wszyscy cierpią na bezsenność, którą leczą dziwaczną miksturką. Szybko zostajemy wplątani w grubszą aferę, która będzie miała wpływ na losy całego świata.

Nowe Call of Cthulhu jest prawdopodobnie jedną z gier najbliższych do tego z czym możemy spotkać się w powieściach i opowiadaniach Samotnika z Providence. Chodzi mi o to, że tytuł ten trzyma się elementów charakterystycznych dla pisarza i nie stara się za wszelką cenę stworzyć typowego horroru lub gry akcji. Najlepiej można to porównać do pierwszych dwóch godzin Dark Corners of the Earth, gdzie zwiedzaliśmy Innsmouth i chłonęliśmy atmosferę tego opuszczonego przez Boga kawałka Nowej Anglii. Cyanide udało się stworzyć coś czego jako fan Lovecrafta oczekiwałem od zawsze. Z tego powodu akcja jest tutaj minimalna i w grze mamy jedną, króciutką strzelaną sekwencję. Nie ma co liczyć na walkę z Cthulhu na morzu ani na to, że będziemy strzelać do Shub-Niggurath z rakietnicy. Ma my za to pewność, że nasza postać będzie mdlała tak często jak bohater opowiadania Dagon.

Nie chcę zbytnio rozprawiać się na temat samej fabuły bo jest ona tym po co odpalamy ten tytuł. Dlatego ograniczę się do stwierdzenia, że zostałem usatysfakcjonowany tym co zobaczyłem podczas około 8 godzin jakie potrzebowałem na ukończenie tytułu. Call of Cthulhu wykorzystuje wiele motywów dobrze znanych fanom grozy ale robi to na tyle dobrze, że nie przeszkadzało mi to, że większość twistów fabularnych zgadłem podczas pierwszych 20 minut gry. Nie jestem do końca usatysfakcjonowany przez zakończenia gry jakie udało mi się odblokować ale patrząc na tytuł jako całość jest dobrze.

Tym co mnie mocno zaskoczyło w tej grze jest rozgrywka. Spodziewałem się typowego symulatora chodzenia z maszkarami wyskakującymi nam przed nosem co kilka minut. Zamiast tego dostajemy pierwszoosobową grę przygodową, gdzie rozwiązujemy proste zagadki i przeprowadzamy dochodzenie. Nasz bohater wykorzystuje fakt, ze jest detektywem i prowadzi śledztwo. Z tego powodu będziemy badać miejsca zbrodni poszukiwać wskazówek do rozwiązywania puzzli i tak dalej. Od czasu do czasu będziemy się skradać i uciekać przed przeciwnikami ale Call of Cthulhu jest bliżej do gry przygodowej w stylu produkcji od Telltale niż straszaka takiego jak Slender czy Layers of Fear. Po części wynika to z systemu dialogów powiązanego z zawartymi w grze elementami RPG. Nasza postać posiada kilka skilli, których poziom wpływa na naszą wiedzę z zakresu medycyny, psychologii czy okultyzmy, którą wykorzystujemy zarówno podczas konwersacji jak i w trakcie rozwiązywania niektórych zagadek.

Oprawę graficzna Call of Cthulhu jest dosyć problematyczna. Z jednej strony część lokacji wygląda bardzo klimatycznie a modele postaci też są niczego sobie. Powiedziałbym, że pod tym względem jest naprawdę dobrze i nie raz zatrzymywałem się na moment by zrobić screenshota i nacieszyć oczy tym co widzę. Z drugiej strony w wielu momentach animacja leży i kwiczy. Nienaturalne ruchy ust i momenty kiedy postacie podczas gadania z nami zaczną wymachiwać rękoma i gestykulować tak jakby kierowały ruchem drogowym. Wygląda przekomicznie i psuje momenty, które powinny być wzruszające lub poważne. Jeśli chodzi o oprawę dźwiękową to jest dobrze. Muzyka pasuje jak ulał do gry a odgłosy idealnie budują atmosferę. Mam pewne zastrzeżenia co do voice acting bo akcenty niektórych postaci sprawiały wrażenie skakania z miejsca na miejsce. Nie jestem jednak ekspertem w tych kwestiach i może w 1924 w Nowej Anglii mówiono właśnie w taki sposób? W każdym razie ja miałem wrażenie, że coś nie do końca mi pasuje.

Na sam koniec muszę odnieść się do czegoś niezwykle ważnego. Call of Cthulhu nie jest horrorem robionym pod współczesnych fanów „youtube'owego straszenia”. Na palcach jednej ręki można policzyć wszystkie przypadki kiedy twórcy starali się nas przestraszyć poprzez wyskakującego znikąd potwora lub nagły głośny dźwięk. Gra nie zawiera też momentów ostrej akcji jakie pojawiły się w Dark Corners of the Earth. Tytuł ten nagle nie staje się strzelank, gdzie jesteśmy Ramo z nieskończoną ilością amunicji i masa apteczek pod ręką. Prawdę mówiąc w trakcie całej gry mamy przy sobie broń jedynie przez jakieś 10 minut. Tutaj strach budowany jest przez atmosferę napięcia i wrażenie, ze wokół nas dzieje się coś bardzo złego czemu nie możemy zaradzić. Ja uwielbiam taki nastrój i stęskniłem się za grami dającymi mi to uczucie niepokoju. Z tego właśnie powodu mogę śmiało powiedzieć, że Call of Cthulhu jest jednym z najlepszych horrorów w jakie grałem w przeciągu ostatnich kilku lat. Mam jednak świadomość, ze nie każdy będzie zadowolony z gry tego typu. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę trendy obecnie panujące w gatunku i to, że tak zwane jumpscare utożsamiane jest z gatunkiem.

Call of Cthulhu to jedno z największych pozytywnych growych zaskoczeń tego roku. Nietuzinkowy horror idący własna ścieżką bez potrzeby kopiowania tego co jest popularne i żerowania na najprostszych instynktach. Co prawda zdarzają się mniejsze i większe potknięcia ale całość odbieram niezwykle pozytywnie i mam nadzieję, że gra odniesie sukces. Potrzebujemy więcej horrorów oferujących nam coś ponad potwory wyskakujące zza narożnika.

Danteveli
30 października 2018 - 10:01

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
03.11.2018 18:04
Matihias
28
Chorąży

Mam mieszane uczucia co do recenzji. Gier opartych na tzw. mitologii Cthulhu jest od groma. Niby w grze klimat jest, ale wszystko należy brać w nawias zdrowia psychicznego głównego bohatera. Niby potwory są, ale twórcy gry nie chcą dać jednoznacznej odpowiedzi czy te stwory są prawdziwe czy tylko są kolejnym wymysłem bohatera. Poziom trudności w tej grze praktycznie nie istnieje, wybory podejmowane w trakcie gry nie mają praktycznego znaczenia, zakończenie jakie zobaczymy wybieramy tylko w finale (nie mają znaczenia poprzednie wybory). W tej grze niby wszystko jest na swoim miejscu, ale nadal to nie to. W prozie Lovercrafta zagrożenie było realne, jak pojawiały się zombiaki to były to zombiaki. Jak ludzie byli zjadani przez kosmicznego potwora, to był to kosmiczny potwór. "Nie ma co liczyć na walkę z Cthulhu na morzu"- coś mi mówi, że ktoś tu nie czytał opowiadania pt. "Zew Cthulhu". Gra nie jest zła, to taka lepsza Amnesia, ale według mnie do poziomu Mrocznych Zakątków Świata trochę jej brakuje.

03.11.2018 22:33
odpowiedz
aszron
50
Centurion

Absolutnie podpisuje się pod komentarzem Matihiasa. Grę zakupiłem na premierę i był to zdecydowanie jeden z gorszych wydatków w tym roku. Jestem "fanem" Lovecrafta i przeczytałem większość jego opowiadań (uwielbiam Charlesa Dextera Warda) i mocno jestem rozerwany przez grę Call of Cthulhu. Gdyby to była gra nie opierająca się na powieściach mistrza grozy to zdobyłaby mocne 4/10 w większości serwisów growych. To nawet nie jest "gra". To czysty samograj, gdzie na każdym kroku mamy niewykorzystane mechaniki i potencjał drzemiący w Lovecrafcie. Głupio powtarzać to co pisał kolega, ale decyzje nie mają większego wpływu na rozgrywkę, postacie szybko stają się bezpłciowe i nic nie wnoszące do historii (może oprócz 3 członków kultu). Wprowadzenie momentów strzelania i chowania po szafach są niewyobrażalnie wręcz żałosne i bezcelowe... Do tego gra krótka, a droga jak gry AAA. Animacje się pieprzą na każdym kroku, gra potrafi się zabugować...voice acting jeszcze jako tako daje radę. W każdej recenzji powinna być adnotacja "PRZECZYTAJ WIDMO NAD INNSMOUTH ZAMIAST GRAĆ W TĄ MARNĄ NAMIASTKĘ GRY". Prawdę mówiąc, tylko ostatni rozdział i zakończenie trzymało mnie w napięciu. Muzyka i lokacja były fantastyczne... A właśnie! Gdzie niby w tej grze były zagadki? Nie rozśmieszajcie inteligencji ludzkości! Przecież oprócz zagadki z globusem to nie było tutaj nic wartościowego. Jak można pisać, że ph'nglui mglw'nafh Cthulhu R'lyeh wgah'nagl fhtagn.