W nocy nie śpię bo inkrementuję! Traktat o klikaczach - Blinky - 9 sierpnia 2017

W nocy nie śpię, bo inkrementuję! Traktat o klikaczach

Większość z Was pewnie choć raz w życiu słyszała o tak zwanych idlerach, clickersach, klikaczach, jak zwał tak zwał – chodzi o produkcje, które jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać po roku 2013, kiedy to wielki sukces odniósł przeglądarkowy Cookie Clicker. Była to prosta gra polegająca na… klikaniu w ciasteczko. Jedno kliknięcie to jedno świeże, jeszcze ciepłe ciastko. Za upieczone ciasteczka mogliśmy konstruować na przykład farmy ciasteczek, które produkowały setki ciasteczek bez naszego klikania. To pozwalało nam konstruować coraz bardziej fikuśne budynki i coraz bardziej zwiększać produkcję ciastek.

Każda podróż zaczyna się od pierwszego kliknięcia

Istnieje jakiegoś rodzaju fenomen związany z tego typu „bezczynnymi” grami. Co sprawia, że przy czymś tak błahym, wręcz głupim wielu ludzi jest w stanie spędzić setki godzin?

 

Numer jeden: celowość

Coś, czego każdy w swoim życiu szuka. Jedni mówią, że trzeba sobie go samemu znaleźć, inni, że ktoś inny nam go nadaje. Ale kiedy mamy do zebrania dwa miliardy ciastek, to wiemy, że żarty się skończyły.

AdVenture%20Capitalist

Najbardziej atrakcyjną cechą idlerów jest chyba zawsze dosyć konkretny, choć rzadko osiągalny cel – przeważnie zebranie jak największej ilości ciastek, pieniędzy czy jakiejkolwiek innej często absurdalnej waluty. Oznacza to, że klikacze jako takiego końca często po prostu nie mają. Rzecz w tym, że to gracze sami wyznaczają sobie mniejsze cele w trakcie rozgrywki – niech to będzie zebranie kwoty umożliwiającej odblokowanie kolejnego etapu, wykupienie danego ulepszenia, czy wygenerowanie odpowiedniego współczynnika DPS.

Wyraźną granicą jest moment wykupienia wszystkich różnego rodzaju ulepszeń czy innych elementów przyspieszających nasz progres i wtedy gracze najczęściej kończą przygodę z produkcją, ale nie jest to ostateczny i definitywny koniec gry, taki jaki znamy z bardziej konwencjonalnych gatunków. Wtedy często można zacząć klikanie od początku z pewnymi modyfikatorami i koło się zamyka. Wyznaczanie sobie przez graczy celów w skali mikro jest po prostu przyjemne i satysfakcjonujące, a to prowadzi nas do punktu drugiego.



Numer dwa: przyjemność

Osiągnięcie danego mikrocelu uruchamia w naszym mózgu ośrodek nagrody – ten sam, który odpowiada za dobre samopoczucie przy wypełnieniu jakiegoś ważnego zadania, czy obowiązku. Małym nakładem pracy zaspokajamy naszą potrzebę samorealizacji, wprowadzamy się w dobre samopoczucie bo cel, który sobie narzuciliśmy (jakkolwiek błahy by nie był), zostaje osiągnięty. Satysfakcja płynie z tego, że to my nadajemy celowi znaczenie. A stąd już bardzo krótka droga do powiedzenia sobie po cichu, że nie ma nic złego w zostawieniu komputera włączonego przez całą noc, żebyśmy mogli uzbierać odpowiednią ilość ciasteczek do zbudowania ekstraktora ciasteczkowej esencji ze wszystkiego co żywe…

Cookie%20Clicker
Początki są skromne, ale co dzieje się potem...

Elementem generującym przyjemność jest także nieustanne uczucie progresji – zawsze jest coś do zrobienia, zebrania, kupienia; na miejsce jednego, nieosiągalnego dotychczas ulepszenia, które właśnie po tygodniu udało się wykupić, pojawia się następne. I za dwa tygodnie będzie ono kompletnie bez znaczenia. I tak się toczy życie na tej wsi. Pełnej absurdalnie wielkich liczb i głupich walut.



Numer trzy: przystępność

Drastyczna większość tego typu gier pod względem mechaniki jest wręcz banalna. Powoli się rozkręca, w tej fazie najbardziej potrzebna jest nasza ingerencja, potem już taki idler „gra się” sam, a naszym zadaniem staje się zwiększanie wydajności produkcji, czy generowania zysków. Wszystko to obudowane jest w humorystyczną oprawę, czasem z elementami fabuły (Tak! Nawet Cookie Clicker ma swoją fabułę!) i jakimś graficznym zabiegiem który w satysfakcjonujący sposób pokaże nam nasz progres od początku gry, więc przesypujące się na ekranie złote monety (lub ciastka) to popularny widok. Ale satysfakcjonujący efekt możemy osiągnąć również, gdy gra nie posiada właściwie żadnej grafiki – zwykły zapis liczbowy odzwierciedlający ilość zebranej przez nas waluty, który powiększa się w tempie krajowego długu również daje radę.

Idlepunk
Idlepunk uderza w ascetyczny minimalizm


Numer cztery: darmowość

Najbardziej popularne idlery to gry zupełnie darmowe. Mało tego, część z nich działa bezpośrednio z przeglądarki i do ich odpalenia nie potrzebujemy nawet konta na Steamie. Jednak, jak to powiedział kiedyś (wcale nie teraz), ktoś bardzo mądry (wcale nie ja): „Za darmo to nawet wciry nie dostaniesz”. Mamy więc pewien haczyk – część tych niezwykle ambitnych programistycznie i graficznie przedsięwzięć ma czasem bardziej, a czasem mniej nachalny model free to play. Zapłać pięć czerwonych rubinów za podwojenie zadawanych obrażeń na stałe. I czasem te pięć rubinów można zdobyć w grze, a czasem trzeba wybulić za nie kilkanaście euro.

Dopóki gra jest wyważona i nie wymusza zakupów, które są jedynie jakimś nieznacznym ułatwieniem – okej, ale spotkałem się z produkcjami, które najpierw wciągają gracza jak bagno biednego rumaka Artaxa, by potem postawić przed nim swoisty mur blokujący dalszy progres i wybór: zbieraj wirtualną walutę przez dwa dni, żeby odblokować dalszą drogę, albo wyskakuj już teraz z prawdziwych pieniędzy i odblokuj to ulepszenie w okamgnieniu! Jednakże jest to problem dotyczący chyba jedynie steamowych gier i jeśli odpalicie właściwie jakiegokolwiek działającego na przeglądarce klikacza, to jedyne, czym zapłacicie będzie wasze życie towarzyskie i zawodowe.

AdVenture%20Capitalist
Kiedy przygoda dobiega końca, zawsze można zacząć ją od nowa! Nasze życie towarzyskie i tak jest już przecież w ruinie

Te cztery "-ości" sprawiają, że tak proste, nieraz tworzone przez pojedyncze osoby gry są w stanie przyciągnąć do siebie na wiele dłużej niż wysokobudżetowe RPG-i, które znane są z tego, że spędza się przy nich dziesiątki godzin. Z resztą rdzeń obu gatunków opiera się wszak na ciągłej progresji i czerpania z niej satysfakcji.

Klikacze to w teorii świetne rozwiązanie dla kogoś, kto w przerwie między codziennymi aktywnościami chciałby w coś poklikać. W praktyce jest to bodaj największe bagno XXI wieku i apogeum tego, jak złe w swoim złu mogą być gry komputerowe.


Poniżej, w celach edukacyjnych, przedstawiam kilka ciekawych idlerów:

1. Cookie Clicker

Absolutna klasyka. Jeśli chcesz od czegoś zacząć, to zacznij we własnej fabryce ciastek. Warto czytać opisy wszelakich usprawnień i obiektów – można się uśmiechnąć. Bardzo miły dla oka klikacz, którego minusem jest jednakowoż fakt, iż po wyłączeniu przeglądarki ciastka nie produkują się same.

Tutaj link do gry

 

2. AdVenture Capitalist

Przyjemna maszynka do mielenia czasu, którą dostaniecie na platformie Steam. Oferuje nienachalny system mikropłatności, bez których zupełnie można się obejść i ukończyć grę bez nich. Z tłumu wyróżniają ją ciekawe eventy, na których można się dodatkowo obłowić. No i są achievementy!

Tutaj link do gry


 

3. Spaceplan

Chyba najkrótszy idler, jakiego spotkałem. Darmowa przeglądarkowa wersja (wersję mobilną oraz steamową trzeba już zapłacić), to jakieś dwa wieczory grania, ale warto zwrócić na niego uwagę ze względu na dość ciekawą oprawę graficzną i duży nacisk, jaki twórca położył na fabułę.

Tutaj link do gry


 

4. Clicker Heroes

Gra pierwotnie przeglądarkowa, ale po sukcesie, jaki odniosła, pojawiła się również i na Steamie. Tutaj system mikropłatności jest nieco bardziej natarczywy i momentami odrobine niesprawiedliwy, ale gra wciąż daje sporo przyjemności. W tym wypadku celem nie jest zbieranie waluty (choć złoto oczywiście jest tutaj ważne), a walka z coraz trudniejszymi przeciwnikami. Bardzo szybko staje się "samodzielna". Ciekawym mechanizmem jest tutaj możliwość dołączenia do klanu i wspólnego stawienia czoła wymagającym bossom.

Tutaj link do gry

Blinky
9 sierpnia 2017 - 19:13