Narzegracz- Więcej szmalu 2 - Danteveli - 27 lutego 2018

Narzegracz- Więcej szmalu 2

By pokazać Ci jak masz żyć tu jest klif:

Bierz co chcesz i nie patrz czy to źle czy nie

Ciągle słyszę pitolenie o tym, że gry wideo są sztuką. Ludzie próbują mi wmówić, że nie ma wielkiej różnicy pomiędzy filmem, rzeźbą, obrazem, książką a gierką na PlayStation 4. W końcu we wszystkich przypadkach ktoś musi się wykazać artyzmem i innymi pierdołami. Moją odpowiedzią na takie bzdety jest puknięcie się w głowę. Gry wideo są taka samą sztuką jak porno kamerki, gdzie roznegliżowane dziewczyny i chłopaki machają genitaliami by naciągnąć frajerów na talary.

 

Z początku ktoś może powiedzieć, że przesadzam. W końcu gierki nie mają nic wspólnego z często wątpliwej jakości porno biznesem. Niestety kilkunastosekundowa analiza zjawiska pozwala mi wyciągnąć daleko idące wnioski. Porno kamerki to usługa, gdzie ludzie wymieniają swoje ciężko zarobione pieniądze na żetony – specjalną walutę pozwalającą na wykonywanie małych transakcji. Za wpłacenie kilku dolców dana osoba nagradzana jest pokazaniem stopy, pierdnięciem czy jakąś inną rzeczą. Dalej mamy opcje wpłacenia z góry kasy za dostęp do specjalnej lepszej usługi dla prawdziwych fanów. Taka przepustka pozwalająca nam na oglądanie dodatkowej treści ulubionej gwiazdy. Za odpowiednią wpłatą uzyskujemy dostęp do Instagrama, Snapchata czy tam Facebooka naszej ulubionej gwiazdy porno. Najbardziej zagorzali fani mogą wywalić grubą kasę na kolekcjonerskie przedmioty jak zużyte majtki. Opcji jest cała masa i twórcy ciągle znajdują nowe sposoby by zarobić na fanach. Porno kamerki to swego rodzaju żywa platforma zapewniająca długą żywotność swoich produktów. Gwiazdy robią wszystko by fani ciągle powracali i korzystali z ich produktu wydając przy tym jak najwięcej kasy. Jakość może nie mieć tutaj największego znaczenia bo celem jest wciągniecie jednostki w system, który zachęca do trwonienia majątku. Dodajmy jeszcze coraz bardziej powszechny element uzależnienia i mamy piękny obraz naszej rzeczywistości.

Może przesadzam i na siłę doszukuje się jakiegoś „kontrowersyjnego” porównania, które obrazi zarówno branże gier wideo jak i osoby zajmujące się pokazywaniem ciała przed kamerką. Osobiście nie mam nic ani do jednych ani do drugich. Po prostu nigdy nie nazwałbym porno kamerek sztuką. Mogę być w błędzie bo nie znam się na współczesnej sztuce i tylko słyszałem, o różnych performerach, którzy przekraczają granice dobrego smaku i przyzwoitości. W każdym razie nie nazwałbym pornografii sztuką i nie zamierzam nazywać gier wideo sztuką.

Wszystko sprowadza się do tego że w obu przypadkach chodzi tak naprawdę tylko i wyłącznie o dolary. Zapewne i tu i tu są chlubne wyjątki i osoby tworzące coś artystycznego i posiadającego dusze. Ja jednak myślę teraz o dużych, popularnych produkcjach, które mają trafić do masowego odbiorcy.

O czym ty gadasz?

Sprawa jest prosta do bólu. O całych aferach z lootboxami naczytaliśmy się wszyscy. Nie będę teraz odkopywał tematu. Uważam jednak, że nie wolno zapominać o tym jak jak traktują nas dziadygi z wielkich korporacji. Coraz gorsze taktyki powodują, że draństwo z wczoraj jutro jest czymś godnym pochwały. Inaczej nie da się określić dumnych prasówek o tym, że jakaś gra (Sea of Thieves) nie będzie miała lootboxów i twórcy zadowolą się tylko mikrotranskacjami. Tych bestii nie da się poskromić i oni na serio nigdy nie mają dość.

Najlepszym przykładem na to jest sytuacja z Metal Gear Survive. #FuckKonami Produkt skazany na porażkę w momencie poczęcia w chorej głowie jednego z bossów firmy. Nie chcę krytykować zbytnio samej gry bo był tutaj potencjał na solidną produkcje. Co prawda podążanie za trendami jest problematyczne bo czasem okazuje się, że to co było modne 2 lata temu nie jest już popularne. W tym wypadku survival sandbox było hitem do momentu pojawienia się gier typu battle royale. Jedni potrafią wyjść z takiej sytuacji obronną ręką i Fortine staje się sukcesem bo twórcy szybko dodali nowy tryb rozgrywki. Metal gear Survive wita nas tym co się wszystkim przejadło. To oczywiście tylko dodatek do tego, ze gra jest postrzegana jako potwarz dla Kojimy i fanów serii o wężach. W każdym razie gierka miała potencjał na bycie Fortnie z ciekawszym gameplayem. Nie wyszło i mamy nudny produkt, który kupi 5 osób. Konami postanowiło nam przypomnieć dlaczego tak ich nienawidzimy i cała gra została naszpikowana zagrywkami z produkcji free to play. 10$ za sloty dla kolejnych postaci, nagrody za codzienne logowanie, osobna waluta, przyśpieszacze za kasę i masa innych mikrotransakcji. Wszystko to jest dowodem, że japońska firma ma gdzieś tych kilku fanów, którzy przy niej pozostali i kompletnie nie liczy się opinią graczy wtykających liczne wpadki i anty konsumerskie zachowania gigantów branży.

Konami to dziadygi i po firmie, która preferuje Pachinko trudno spodziewać się czegoś lepszego. Problemem jest jednak to, że pomiędzy nimi a EA, Ubi, Warner Bros czy Activision nie ma wielkiej różnicy. Każdy gigant szuka nowych sposobów na to by wyciągnąć z naszego portfela dodatkowe złotówki. Nie tak dawno słyszeliśmy o przekrętach ze zdobywaniem doświadczenia w Destiny 2 by utrudnić normalne zdobywanie nowych kolorków dla zbroi. Battlefront II to wpadka, która przejdzie do historii pomimo tego, że gra sprzedała się w milionach egzemplarzy. Trudno jest znaleźć wydawcę, któremu nie można nic zarzucić i do którego nie można się merytorycznie przyczepić. Jednak każde podniesienie głosu kończy się kontrargumentem, że to przecież biznes i wielkie firmy muszą zarobić.

Tak naprawdę nie mam większych problemów z wieloma praktykami stosowanymi przez te firmy. Jestem tym typem gracza, który nie przywiązuje się do jednego tytułu i nie czuję potrzeby zaliczania każdego dodatku jaki pojawia się w grach. Dlatego DLC i mikrotransakcje a także lootboxy mnie nie bolą. Może trochę inaczej. Ja na pewno nie wydam na nie kasy i na mnie żadna z tych firm po prostu nie zarobi. Mam jednak problem z tym, że gry są coraz bardziej robione pod to by zmuszać graczy do wydania kasy. Czy to przez nierówne szanse w multiplayerze czy przez koszmarny grind żeby odblokować te same rzeczy w normalny sposób. Takie podejście sprawia właśnie, że gry stają się wyrafinowanym sposobem naciągania osób o słabszej psychice. To sprawia, ze cała branża to jedno wielkie bagno, które nie ma nic wspólnego ze sztuką. Ja sobie jakoś z tym poradzę. Mam backlog ze 100 solidnych RPG i kilkadziesiąt produkcji do,których mogę ciągle powracać.

Wiem jednak, że przez te wszystkie niesprzyjające nam zachowania wydawców i twórców gry przestały być czymś magicznym. Trudno jest mi się zatracić w Shadow of War, kiedy co 3 minuty widzę baner z ofertą lepszych orków za trochę gotówki. Jak mam nie podważać „ artystycznej wizji” gier od Activision, gdy firma patentuje sposoby wykorzystywania innych graczy do zachęcania nas do korzystania z mikrotranskacji? Jak mogę nazywać gry sztuką, kiedy wszystkie taktyki wydawców kojarzą mi się z działaniami handlarzy narkotyków, kasynami i branża porno kamerek?

Z całą tą sprawą wiąże się mania na tak zwane live services, czyli nowe oblicze gier wideo jako usługi. Kwestią tą zajmę się w przyszłości bo muszę posiedzieć na tym co korporacje takie jak Ubisoft, EA czy Activision Blizzard wypisują w swoich informacjach dla inwestorów. Wiem jednak, że ten owczy pęd w stronę nieskończonej ilości pieniędzy za byle jakie gry naszpikowane sztucznymi przedłużaczami może skończyć się tylko w jeden sposób – krach. W dzisiejszym narzegraczu ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że ta cała moda na nieskończenie długie gry mogące powoli wysysać z nas dolary to tylko kolejny dowód na to, że gry wideo to biznes liczący się tylko z zyskiem i zadowoleniem inwestorów. Gracze są jak baterie w Matrixie. Może nam się wydawać, że wszystko jest fajnie i mamy klawe życie ale jak tylko przestajemy być dochodowi, przydatni i wyssie się z nas ostatni grosz to zostajemy wyrzuceni na śmietnisko.

To ostatnie stwierdzenie przyszło mi do głowy w momencie gdy odpaliłem Tony Hawk's pro Skater 5. Cała dupna gra i to jak potraktowano graczy to temat na inny odcinek narzegracza. W każdym razie THPS5 to gra, która stawiała na multi i rozgrywkę online. Pisze o tym w czasie przeszłym bo Acti po kryjomu zabiło funkcje online tytułu. Nie tylko sprawiło to, że mniej więcej połowa gry wyleciała do kosza. Dodatkowo granie w ten tytuł kiedy jesteśmy podłączeni do internetu jest niemożliwe. Gra próbuje się wtedy połączyć z martwymi serwerami i zostajemy wykopani z każdego poziomu. Aby grać w ten dziadowski tytuł musimy odłączyć konsolę od neta. Taka sytuacja oczywiście nie przeszkadza Activision w dalszym sprzedawaniu tytułu i wystawianiu go na promocjach w PlayStation Network. Po mojemu to dziadostwo do kwadratu!

No to w ramach podsumowania kilka ostatecznych przemyśleń. Trudno jest nam krzyczeć, ze gry wideo są sztuka w momencie gdy, politycy z różnych krajów świata pochylają głowę nad problemem hazardu i tym jak lootboxy są formą uzależniania dorosłych i młodzieży. Gry nie mogą być sztuka jeśli chodzi tylko o nabijanie kabzy i zadowalanie inwestorów. Wydawcy mają nas gdzieś i są gotowi kłamać, oszukiwać i okradać nas po to by chwalić się jak największymi zyskami. W takim środowisku trudno o kreatywność i nie ma miejsce na tworzenie sztuki. Branżą rządzą tabelki i badania jak stworzyć coś uzależniającego i przyciągającego masy. Sztuki należy szukać w mniejszych produkcjach, gdzie zostało jeszcze miejsce na duszę. Niby nic nowego, ale robi mi się smutno za każdym razem, gdy przypomnę sobie, że dwie generacje temu było inaczej.

Na sam koniec drobna informacja na temat inspiracji dla tego tekstu:

Więcej szmalu, ni ma szmalu! Skąd go brać?

Skąd mam brać? Nie mam jak!”

Kiedy odpaliłem Metal Gear Survive, w głowie usłyszałem nutki ze starej piosenki zespołu Kaliber 44. Wtedy wiedziałem, że muszę napisać ten tekst i odpalić sobie Księga Tajemnicza. Prolog.

Danteveli
27 lutego 2018 - 06:11

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
03.03.2018 11:58
Montinek
Montinek
26
Chorąży

Absolutnie się zgadzam, że zapędy największych wydawców ostatnio przekraczają granice dobrego smaku. "Wincy pinionżków" zawsze było dewizą branży, ale nigdy jeszcze nie okazywano tego w tak bezpośredni sposób.

Nie zmienia to faktu, że na odmawianie grom z tego powodu przynależności do ogólnie pojętej "sztuki" (do której swoją drogą należały, zanim pojawił się pierwszy ever artykuł zabierający głos w tej niepotrzebnej dyskusji) nie mogę się zgodzić.

Najwięksi wydawcy każdego medium bawią się w biznes, gdzie dobry smak idzie w odstawkę. Może i u nas jak dotąd najmocniej pojechano po bandzie, ale nie w tym rzecz - medium to nie tylko najwięksi wydawcy. Scena niezależna, a nawet pomniejsze studia wydawnicze stoją daleko od poczynań rekinów biznesu (o czym z resztą sam wspomniałeś ;) ), więc nie ma co generalizować. Tym sposobem - skupiając się na grzechach największych danej branży - równie dobrze można potępiać całe kino, oskarżać je o wtórność i płytkość, skoro w multipleksach triumfy święcą sequele sequeli, rebooty znanych marek i filmy o komiksowych bohaterach, które cały czas żerują na tych samych schematach.

Uważam też, że nawet najgorsze z najgorszych przykładów zachłanności twórców zasługują na odrobinę uwagi. Mając do czynienia np. z takim enfant terrible naszej branży, jak Battlefront 2, wychodzę z założenia, że warto oddzielnie oceniać koszmarną monetyzację tytułu (która bezpośrednio przyczynia się do psucia wielu z mechanizmów rozgrywki) oraz kreatywny wkład producentów: adaptację materiału źródłowego, opracowanie (dobrze działających) elementów gry itd. Innymi słowy: owszem, to bezczelny skok na kasę i z tego powodu nie mam zamiaru Battlefronta kupować, ALE nie przeszkadza mi to pokiwać głową z uznaniem na widok choćby realizacji potyczek X-Wingów w kosmosie, czy pieczołowitości w oddaniu realiów Star Wars. To też pewna wartość artystyczna ;)