MMO - kiedyś i dziś - Fiscus - 20 maja 2013

MMO - kiedyś i dziś

Wstęp
Moja przygoda z grami zaczęła się od RPG. Z czasem kiedy Internet stawał się powszechny, doszło do tego jeszcze MMO. MMO kupiło mnie bez reszty, poświęcałem temu całe godziny – na farmieniu, gadaniu z ludźmi i dropieniu. Pierwszą moją grą tego typu był mało popularny Kalonline. Gra w okropnej oprawie graficznej, questów praktycznie nie było, żadnych ras – jedynie trzy klasy do wyboru (teraz już chyba cztery). Wyobraźcie sobie, że żaden kolejny mmoerpeg nie wciągnął mnie już na tak długo. Słyszałem też teorię, że pierwsza gra z tego gatunku smakuje najlepiej.
Była to typowa gra dla ludzi, którzy mają dużo czasu. Nikt nie stawiał wtedy na urozmaicenie zabawy questami, dynamicznymi eventami, skomplikowaną mechaniką, która ma ściągnąć graczy i uczynić grę przełomową w danym gatunku. Pytanie teraz jacy gracze do jakiej gry i czy na dłuższą metę jedna gra różni się od drugiej?
Zacznijmy od różnic. Na pewno grafika. Z biegiem czasu każdy nowy mmoerpeg może pochwalić się piękną i bajeczną grafiką, która kupuje graczy. Swoją drogą grafika to jeden z powodów, dla których sam lubię ten gatunek. Czuję się jak w grze, nikt nie stawia tam na realizm – chwała.

Szukajmy dalej, z całą pewnością mechanika. Nowe gry w gatunku stawiają raczej na levelowanie questami argumentując to jako „gra dla każdego”. Od kiedy mmo nie jest grą dla każdego?

Farmienie? Zawsze i wszędzie!
Chciałbym kontynuować na przykładzie Guild Wars 2 oraz moim skarbie – Kalonline. Kto wychodził na szczyt w Kalu? No oczywiście ci, którzy mogli spędzić sześć godzin dziennie na staniu w miejscu, spamowaniu jednej umiejętności na respiących się w koło tych samym mobach. Po miesiącu grania znało się już dokładnie każde miejsce, gdzie respił się dokładnie jeden mob, można było go tłuc nie biorąc na siebie pozostałych, tym samym oszczędzając potki leczące. Tak, bo w tej grze nie przestawało się ich używać. Pamiętam jak wczoraj, pod skrótem „1”, podczas walki drętwiał palec. Kiedy grało się healem, blokowało się przycisk leczący drużynę stojąca w miejscu i szło się na obiad – ah te czasy!
Kto wychodzi na szczyt w Guild Wars 2? Ci, którzy korzystają z dóbr gry – biegający od eventu do eventu ciesząc się urozmaicona mechaniką i fabułą? Chodzący po świecie odkrywając piękne bujne lokacje, dające nam kolejne procenty eksplorowanego świata? Cieszący się wojnami światów biegający dwudziesto osobową, „zorganizowaną” grupą? Oczywiście, że nie. Na szczyt wychodzą ci farmiący dynamiczne eventy w celu pozyskania punktów. Warto dodać, że tylko te eventy, które okazują się najbardziej opłacalne. Ci, którzy cały dzień czekają na smoka żeby dobrać się do jego skrzyni.
Tworzenie przedmiotów! Idealny przykład na to, że w Guild Wars 2 trzeba farmić bo inaczej będzie bieda. Mam wyskillowane kowalstwo. Do wytworzenia miecza potrzebuje przedmioty X, Y, Z. Kupuje je i płace kwotę K. Wytwarzam przedmiot i sprzedaję go za kwotę K. Zysku zero, a czasem łatwo spotkać się ze stratami. Wniosek taki, że skill nie kosztuje w ogóle. Co więc robić? FARMIĆ itemy, tworzyć przedmioty i sprzedawać je czy FARMIĆ itemy i sprzedawać je w tej samej cenie – bo umiejętność craftingu w tej grze nie gra żadnej roli. Farmienie… jeśli nie itemów to punktów.

Gildie
Warto jeszcze wspomnieć o samej społeczności we współczesnych grach. Dlaczego grając w RaiderZ muszę stać pod instancją i szukać co najmniej 4 osób do party w celu wykonania questa? Obowiązkowego, bo bez niego nie odblokuję kolejnych. Może ja nie chcę? Może nie interesuje mnie przymusowe szukanie ludzi i spamowanie „Kto na inste, kto na inste?”. To blokuje i dam sobie rękę uciąć, że lwia część z tej gry zrezygnowała właśnie z tego powodu.
Ktoś powie: „Chcesz grać sam, to gry MMO nie są dla ciebie”. Odpowiedź brzmi: lubię grać z innymi ale nie na drodze przymusowego spraszania się do grupy. Wtedy każdy ma drugiego w nosie bo ma swój interes – zrobić quest.
Gildie to coś, co tez zmieniło się bardzo mocno od czasów skromnego Kalonline. Gildia nie zawsze i nie wszystkim służyła jako organizacja gdzie można zebrać się liczną grupą i iść w świat. Owszem, zdarzało się. Dla mnie to przede wszystkim fajni ludzie, o podobnych zainteresowaniach, lubiący tą samą grę. Jadę w pociągu, mam mobilny Internet – nie mogę grać ale mogę wejść i porozmawiać na czacie. Jestem na wakacjach, mam chwilę, nie na tyle długą by grać ale by zagadać do ludzi. Jest smutny i ponury jesienny dzień, wszyscy krążą po domu z kąta w kąt – gram i gadam na czacie. W dzisiejszych MMO wszystkie gildie stawiają na aktywność (to plus) oraz na cudowny program jakim jest Team Speak! Nie znajdziesz innej. Nawet te najmniejsze myślą, że rozwiną się dopiero, kiedy będą miały TSa – inaczej nawet nie próbują. Gramy w różnych warunkach, w różnych miejscach (nawet czasem w pracy), z różnym podejściem. Nie chce nawijać do mikrofonu, bo to niepraktyczne. Jak chce porozmawiać to wychodzę do znajomych.
Osoba z takim podejściem jak ja, nie będzie egzystować w gildii z TSem zbyt długo. Tworzy się wtedy kółko dobrych znajomych z TSa (najczęściej nie więcej niż 5 osób, plus te które bąkną coś do mikrofonu od czasu do czasu). Osoby chcące gadać na chacie są ignorowane i równie dobrze mogą grać bez gildii. TS obowiązkowy! Byłem w gildii z TSem (albo Mumble?) na GW2. Spotkanie organizacyjne – 40 osób na kanale. Chaos, dziesięć szumów z różnych mikrofonów zmieszane ze sobą, ktoś trzeszczy jak mówi, ktoś nie wyciszył głośników, każdy się przekrzykuje, jedna osoba mówiąca wycisza drugą – TS obowiązkowy! Chodźmy w tych warunkach na wojny światów, będziemy zorganizowani i niepokonani – wyznaczmy generałów! Tsa…

Podsumowanie
Punkt pierwszy: współczesne MMO, moim skromnym zdaniem, niewiele różnią się od starych. To taki gatunek, że trzeba farmić i nic tego nie zmieni. Punkt drugi: czatowych gildii niestety brak, kto nie ma warunków do TSa, zostaje wykluczony. Punkt trzeci: nowe MMO próbują na siłę integrować ludzi, dodawać jak najwięcej opcji w tym kierunku. Po co pomagać gatunkowi, który i bez nowatorskich rozwiązań radził sobie świetnie?

Subiektywnie,
Fiscus

Fiscus
20 maja 2013 - 00:16