Odgrzewane kotlety w kinie; o czym chcę zapomnieć a do czego na pewno wrócę? - Jam Łasica - 24 listopada 2015

Odgrzewane kotlety w kinie; o czym chcę zapomnieć, a do czego na pewno wrócę?

Czy Was też wkurza, gdy jakiemuś gościowi wpadnie do głowy pomysł zarobienia łatwej kasy, weźmie Wasz kultowy film z dzieciństwa na tapetę, zerżnie jota w jotę scenariusz i zrobi - pożal się Boże – remake, którego nie da się strawić bez popitki? Właśnie. A więc znacie to uczucie. Dzisiaj będzie o złych remake'ach. Trochę ich się nazbierało. Ale dla odmiany napiszę też o takich, które warto obejrzeć, a co więcej są one w mojej opinii lepsze od oryginału i warto to zrobić nawet nie jeden raz.

Robisz to źle...

Colin Farrell przed premierą remake'u Pamięci Absolutnej zapewniał, że to będzie inny film, a oryginał z lat 90-tych jest jedynie inspiracją, a nie podstawą scenariusza. Uwierzyłem, poszedłem do kina i wiem, że... nigdy już nie uwierzę Colinowi. Ala Bachleda także, choć z innych względów (taki suchar sytuacyjny). Jest pewna niepisana zasada w kinie; jeśli już od kogoś zżynasz, rób to dobrze, nie wtrącając swoich inspiracji wyjętych z kapelusza, bo zepsujesz całość. Nie ma wg mnie nic gorszego, niż zebranie do kupy zbyt wielu róznych artystycznie pomysłów od różnych pod względem artystycznego myślenia autorów. A z takim zjawiskiem miałem do czynienia przy okazji nowej Pamięci Absolutnej. Oglądało się to przyjemnie. Ale ckliwe obrazki chwilami raziły straszliwą naiwnością, udawanie inteligentnego kina filmowi nie wyszło ani przez sekundę, a cała budowla stawiana klocek po klocku przez bite półtorej godziny runęła z hukiem, gdy reżyser – zamiast zostawić coś wyobraźni i domysłom widza – wytłumaczył wszystko jak 10-letniemu dziecku, kto i dlaczego jest zły oraz dlaczego nie postępował jak pan Bóg przykazał. W dzisiejszych czasach nazywa się to: film dla amerykańskiego widza. I Pamięć Absolutna jest żywym przykładem tej definicji.

Jeszcze gorzej w tym aspekcie jest z Oldboyem. Amerykanom zbeszczeszczenia tego znakomitego filmu nie wybaczę. Na wstępie zaznaczę, że nie jestem fanem (to delikatnie powiedziane) kina azjatyckiego. Ale ichniejszego Oldboya oglądałem z typowym opadem szczeny. Już sama fabuła niszczy: łapią gościa na ulicy, kneblują, wtrącają do jakiegoś pokoju bez drzwi i klamek, a po 20-iluś tam latach niewoli ni stąd ni z owąd wypuszczają. Gość odnajduje swoich opraców, dociera do głównego oprycha, po czym planuję zemstę. Ten jednak go powstrzymuje, proponując układ: dowiedz się w ciągu trzech dni dlaczego Cię zamknąłem, a ja zabiję się sam. Jeśli opis Cię zaintrygował i przymierzasz się do obejrzenia filmu, proszę Cię tylko o jedno: obejrzyj azjatycką wersję. Wszystko, co było do spieprzenia w tym tytule, Amerykanie spieprzyli. Od budowy napięcia, poprowadzenia linii fabularnej, wplatania idiotycznych wątków, po zakończenie. DRAMAT.

Arnold, dlaczego?!

Terminator: Genisys to co prawda nie remake, ale pod ten temat podpada. Wszak jest to ukazanie alternatywnej wersji zdarzeń z pierwszej części. Zamysł autorów był zacny, to trzeba przyznać. Ale wykonanie? W tym tekście padło już hasło „dramat”, więc nie będę się powtarzał, ale ciężko mi o znalezienie odpowiednika trafiającego bardziej w sedno. Gdy zobaczyłem w jednej z pierwszych scen pojedynek starego Arnolda z nowym i naprawdę rewelacyjne odwzorowanie sceny „Give me your clothes. Now”, byłem pełen nadziei. Potem „Come with me if You want to live” z Sarą i Kyle'm w rolach głównych, tyle że odwróconych i gęba się jeszcze bardziej ucieszyła. Ale im dalej postępuje akcja w filmie, tym jest gorzej. Tym, którzy nie widzieli, nie będę spoilował, powiem tylko tyle, że Sara mówi do Terminatora per „Tatku”, na co moją pierwszą reakcją był „kapitan Picard” (patrz: niżej), drugą niecenzuralne wyrażenie, którego przytoczyć mi nie wypada, a trzecią odpoczynek od tego dzieła na jakieś pół godziny. Przyznaję bez bicia: filmu do końca nie zdzierżyłem, ale grubo ponad godzinę i tak uznaję za niezły wyczyn.

Podobne zniszczenie dziecięcych wspomnień miałem przy okazji Planety Małp z Markiem Wahlbergiem. Żeby nie było; nie uważam Wahlberga za tak fatalnego aktora, a nawet go lubię. To po pierwsze. A po drugie: nie jestem gościem, który pisałby peany pochwalne na cześć kina starej daty. Ale Planeta Małp z 1968 była po prostu świetna. I nawet kolejne, coraz gorsze jej części nie sprawiły, że od serii się odwróciłem. Na remake z 2001 roku czekałem więc z niecierpliwością. Niestety, po obejrzeniu, czułem się jak bym dostał plaskaczem po gębie. I filmu nie uratował nawet świetny Tim Roth, ani jeszcze „świetniejsza” Estella Warren (if You know what i mean...).

Ale Planeta z 2001 to i tak nic przy Planecie z 2014. Ewolucja Planety Małp, bo tak się to nazywa, to druga część serii rozpoczętej na nowo trzy lata wcześniej. Oceną tychże dwóch filmów narażę się pewnie kilku osobom, ale postaram się zrobić to szybko i bezboleśnie. Jak każdy, mam prawo do swojego zdania i właśnie mym skromnym zdaniem, nowe „Planety” są słabe, przydługie i najzwyczajniej w świecie nudne. Nie porwały mnie ani trochę, a za jedyny fajny moment uznaję ten, gdy Cezar po raz pierwszy mówi „nie”. I tym samym „nie” dla nowopowstałej serii zakończę dywagację na jej temat.

Wspaniały Yul, wspaniały Leo i śmieszne, metalowe kapelusze

Siedmiu Wspaniałych to pewnie tytuł, który niewielu z Was kojarzy? OK, zatem będzie krótko. Rzecz się ma o siedmiu bohaterskich kowbojach, którzy z poczucia moralnego obowiązku i kierowani dobrocią swych serc postanawiają ocalić grupkę wieśniaków przed złowieszczym grabieżcą, hersztem bandy rzezimieszków. Film był, jest i podejrzewam że będzie świetny (zmiany czasu przytoczyłem, aby pokazać odbiór tego tytułu na różnych etapach swojego życia). Yul Brynner też jak zwykle jest świetny (choć nie tak genialny jak w Westworld), fabuła jest dobrze poprowadzona, akcja wartka, a patosu nie czuć, choć o przesadę w tym względzie (jak widzicie choćby po opisanej wcześniej fabule) łatwo. Co jest największą jednak zaletą filmu, to fakt, że jest lepszy od – bardzo dobrego nomen omen – oryginału, czyli Siedmiu Samurajów Akiro Kurosawy. Przeniesienie akcji z Japonii do całkowicie odmiennego klimatycznie i kulturowo dzikiego zachodu z zachowaniem wszelkich proporcji fabularnych wyszło znakomicie (ucz się panie od Pamięci Absolutnej!). Co więcej, udało się zlikwidować pewne dłużyzny, na które w mojej skromnej opinii cierpieli „samurajowie”.

Nie zaglądając w filmografię aktora, nie pamiętam, aby Leonardo di Caprio zagrał kiedyś w słabym filmie. Dlatego bez obaw wziąłem się za oglądanie Infiltracji będącej amerykańską odpowiedzią na azjatyckie Internal Affairs. I powiem Wam, że był to pierwszy film od dłuższego czasu, podczas którego czułem niepokój towarzyszący głównemu bohaterowi. Innymi słowy; naprawdę przeżywałem te dwie godziny. Zasługę za ten stan rzeczy przypisuję jak zwykle genialnemu di Caprio oraz jak zwykle genialnemu Nicholsonowi. Obu w kinie pewnie mógłbym bić brawa na stojąco. W domowym zaciszu wydusiłem z siebie jedynie krótkie „wow”. Tak, Infiltracja jest lepsza od oryginału, tak, jest to jeden z moich ulubionych filmów wszechczasów, tak, musisz go obejrzeć jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś/aś!

Ostatnim filmem, który przyszedł mi do głowy w tej wyliczance jest Dredd. Wersja z lat 90-tych ze Stallonem tak za małolata, jak i teraz wydawała mi się bardziej groteską niż złowieszczą wizją przyszłości ze światem pełnym przestępców i grupą ostatnich sprawiedliwych sprawujących pieczę nad prawem i porządkiem. Te hełmy, te lateksowe wdzianka, ten Stallone głoszący wzniosłe hasła zza tego śmiesznego, metalowego kapelusza... Nieee, śmieszniej niż straszniej. A nowy Dredd z Karlem Urbanem? Jestem na tak. Nawet jeśli nie na tak dla samego filmu (bo był po prostu poprawny pod względem technicznym, konstrukcyjnym itd., ale żadna rewelacja), to dla klimatu, który tutaj wylewa się z ekranu. Nieźle wykreowana wizja świata przyszłości, o którym wspomniałem kilka linijek wyżej plus jego „namacalność” i realny odbiór to rzeczy, które do mnie w pewien sposób przemówiły i podniosły ocenę tytułu o parę punktów.

Nie zgadzasz się? Komentuj, ale kulturalnie...

Nie widzisz w powyższym zestawieniu filmu, który automatycznie przyszedł Ci do głowy po przeczytaniu tytułu? Podziel się tym. To tylko moja lista i filmy, które skojarzyłem w pierwszej chwili. Pamiętaj też, że niektórych tytułów, które powinny się tutaj znaleźć, być może po prostu nie widziałem. Ale może kiedyś nadrobię z Twoją pomocą i rekomendacją. I rzecz ostatnia, ale być może najważniejsza; komentując pamiętaj proszę, że to wszystko to jedynie moja opinia i moje skromne zdanie. Nie musisz się z nim zgadzać i jeśli w istocie tak jest, to wyraź to (z chęcią przeczytam), ale w kulturalny sposób.

Przy okazji zapraszam także na swój fanpage oraz drugiego bloga. Dzięki!

Jam Łasica
24 listopada 2015 - 17:36

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze
25.11.2015 12:40
Czarny Wilk
48
Bo jestem czarny

Przyczepię się do jednego drobiazgu - Dredd to żaden remake, bo i jeden i drugi był adaptacją komiksu. Jakbyśmy szli tym torem, to Batman Nolana jest remake'iem Batmana Burtona, który z kolei jest odnowioną wersją filmówki z Adamem Westem ;)

25.11.2015 17:29
odpowiedz
Jam Łasica
3
Junior

@Czarny Wilk: fakt. Chyba zakwalifikowałem go tu z automatu, bo oglądając pierwszego Batmana na przykład, wiedziałem że jest na podstawie komiksu, Dredda od początku natomiast traktowałem jako autonomiczny twór filmowy:)