Silmarillion na srebrnym ekranie – czy to się kiedykolwiek stanie? - Draug - 9 sierpnia 2017

Silmarillion na srebrnym ekranie – czy to się kiedykolwiek stanie?

Pozwolę sobie zacząć od kontrowersyjnej opinii – trylogia na kanwie Hobbita wcale nie była ani katastrofalna, ani w ogóle bardzo zła, zarówno z punktu widzenia filmów samych w sobie, jak i adaptacji książki (książeczki?) Tolkiena. Owszem, nie były to również produkcje zbyt dobre, ale miały garść atutów, dzięki którym mogły się podobać. Po co o tym mówić kilka lat po debiucie Bitwy Pięciu Armii? Bo sądzę, że osób podobnego zdania jest więcej – osób, które, tak jak ja, chętnie zobaczyłyby jeszcze trochę Śródziemia na ekranach kin. Materiału źródłowego nie brakuje – nietknięte przez filmowców wciąż pozostają niezliczone opowieści zebrane w Silmarillionie. Jednak czy branża filmowa (czyt. Warner Bros.) faktycznie może – i chce – zabrać widzów na jeszcze jedną podróż po Tolkienowskich krainach? Spróbujmy odpowiedzieć na to pytanie.

Władca Ekranizacji: Dwie Firmy

Na początek wyjaśnię może w telegraficznym skrócie, czym w ogóle jest Silmarillion – dla osób, których znajomość „tolkienistyki” kończy się na Hobbicie i Władcy Pierścieni. To trzecia w kolejności książka osadzona w Śródziemiu, wydana już po śmierci J.R.R. Tolkiena, choć złożona z tekstów jego autorstwa. Tak, liczba mnoga w poprzednim tekście nie jest błędem. Silmarillion stanowi nie tyle powieść, co raczej zbiór podań i opowiadań, które układają się w spójne (w miarę…) przedstawienie historii Śródziemia – od zarania dziejów tego świata, z naciskiem na tzw. Dawne Dni, czyli Pierwszą Erę. W gruncie rzeczy jest to dość trudna lektura, której bliżej do Mitologii Jana Parandowskiego niż jakiejkolwiek powieści fantasy – i jako taka ma status pozycji absolutnie kultowej w annałach fantastyki.

Więc jakie są szanse na przeniesienie tego dzieła na srebrny ekran? Co tu dużo mówić – nie są duże. Warner Bros. dysponuje prawami do adaptacji Hobbita i Władcy Pierścieni – ale na tym koniec, wytwórnia nie może wykraczać poza obszar tych dwóch dzieł. Z tego powodu chociażby w filmie Hobbit: Niezwykła podróż Gandalf „nie pamięta” imion dwóch Błękitnych Czarodziejów, którzy zostali wspomniani w trylogii, ale których Tolkien bliżej przedstawił dopiero w Silmarillionie właśnie. O prawa do ekranizacji tej ostatniej książki WB musiałoby się dodatkowo ubiegać. A dopóki za sterami firmy Tolkien Estate, która rozporządza spuścizną po Johnie Ronaldzie Reuelu, zasiada syn owego, Christopher, szanse na zawarcie takiego kontraktu są raczej nikłe.

W 2012 roku Śródziemie wystąpiło w grze MOBA zatytułowanej Guardians of Middle-earth (na screenie), zaś rok wcześniej zostało użyte w brutalnym RPG akcji Władca Pierścieni: Wojna na Północy. Ciekawe, która z tych pozycji bardziej oburzyła Christophera Tolkiena?

Taka sytuacja wynika z faktu, że Christopher Tolkien jest bardzo cięty na Warner Bros. za to, co wytwórnia wyczynia z dorobkiem jego ojca. Oczywiście dotyczy to przede wszystkim dokonań Petera Jacksona, który podpadł już Władcą Pierścieni. Christopher załamywał ręce nad przeistoczeniem poważnej, pełnej piękna powieści w – jak to określił – „film akcji skierowany do młodzieży”. No cóż, druga trylogia obrazów na bazie Hobbita raczej nie ociepliła wizerunku Jacksona w oczach Tolkiena juniora…

Zresztą filmy same w sobie nie są najgorszą rzeczą, jaką popełniło Warner Bros. z punktu widzenia dziedzica wielkiego pisarza. Czara goryczy przelała się już w 2012 roku – czyli mniej więcej w czasie, gdy Hobbit: Niezwykła podróż dopiero wchodził na ekrany kin – kiedy to Tolkien Estate pozwało wytwórnię do sądu (wraz z dwiema innymi firmami: New Line Cinema i Saul Zaentz Co.). Powód? Eksploatowanie marki aż do przesady. Za łączenie Śródziemia z niegodziwymi grami wideo (!) i automatami hazardowymi zażądano odszkodowania w wysokości ok. 80 milionów dolarów.

I paradoksalnie to właśnie po tym procesie – ciągnącym się przez kilka lat, aż do tego roku – pojawiło się światełko w tunelu. Zakończeniu sporu towarzyszyło bowiem oświadczenie, w którym rzecznik Warner Bros. oznajmił, że: „Obie strony są zadowolone, że udało im się rozwiązać problem w przyjaźni, i są otwarte na dalszą współpracę w przyszłości”. Czy ma to oznaczać, że ekranizacja Silmarillionu jednak nie jest wykluczona? Czy może chodzi tylko o podtrzymanie dotychczasowego stanu rzeczy? Na razie nie możemy mieć pewności – ale sprawa powinna wyjaśnić się względnie niedługo.

Nadchodząca gra Śródziemie: Cień wojny raczej też nie przekona Tolkien Estate, że Warner Bros. potrafi należycie obchodzić się z dorobkiem J.R.R. Tolkiena…

Silmarillion: Pustkowie Feanora

Abstrahując od tego, czy są jakiekolwiek szanse na to, że Silmarillion na srebrnym ekranie faktycznie się stanie, wypada podejść do omawianego zagadnienia od jeszcze jednej strony. Rozważmy, czy ta książka faktycznie nadaje się do zekranizowania. Szczerze mówiąc, mam co do tego pewne wątpliwości.

Można się spierać, czy trylogia Hobbita była dobra, ale jedno nie ulega wątpliwości – te filmy zarobiły krocie (łącznie ponad trzy miliardy dolarów na całym świecie). Dlaczego widzowie tak tłumnie zwalili się do kin? Bo szli na film odwołujący się bezpośrednio do wielkiego Władcy Pierścieni – te same magiczne miejsca, ci sami lubiani bohaterowie (przynajmniej po części). Nawet osnowa fabularna pozostała mniej więcej ta sama, skoro wyprawę Bilba i krasnoludów do Samotnej Góry osadzono na tle przygotowań do nadchodzącej Wojny o Pierścień. Silmarillion nie miałby tego wszystkiego.

Wydarzenia osadzone wiele tysięcy lat wstecz, całkiem inne miejsce akcji (Beleriand – dziś zatopiona kraina na zachodzie Śródziemia), no i zupełnie odmienna paleta bohaterów – to wszystko, ten brak pola do popisu w odwoływaniu się do rzeczy znanych i lubianych przez konsumentów, to są bardzo poważne minusy z punktu widzenia działu marketingu. Niby postacie takie jak Gandalf, Galadriela, Saruman czy Sauron kroczyły już pośród żywych w Dawnych Dniach, ale próba wyznaczenia im jakiejkolwiek roli w fabule (nie licząc ostatniego z wymienionych) byłaby kompletnie pozbawiona sensu, bo Tolkien o tych personach w Silmarillionie niemal w ogóle nie wspomina. To teatr zupełnie innych aktorów.

Pozew z 2012 roku nie jest pierwszym, który Tolkien Estate skierowało przeciwko Warner Bros. W 2008 roku firma dochodziła się 7,5% tantiem od zysków z adaptacji, które miano wypłacać J.R.R. Tolkienowi według pierwotnego kontraktu z 1969 roku. W tym przypadku też skończyło się ugodą poza sądem.

Zresztą na tym problemy z Silmarillionem się nie kończą. Jeszcze więcej wątpliwości wzbudza sama struktura książki. Opisywane w niej wydarzenia bowiem nie tylko toczą się tysiące lat przed Władcą Pierścieni, ale i na tysiące lat są rozciągnięte. Akcja skacze od jednej wiekopomnej chwili do drugiej – od stworzenia świata przez Iluvatara i Ainurów do przebudzenia elfów nad jeziorem Cuivienen, od przybycia Finwego i jego rodu do Amanu po stworzenie Silmarili itd. – a przez scenę przewijają się dziesiątki postaci, wśród których łatwo jest kompletnie się pogubić. Wystarcza chwila nieuwagi, by poplątały się imiona bohaterów czy nazwy geograficzne, zwłaszcza gdy jedna osoba/miejsce funkcjonuje pod kilkoma mianami czy przydomkami, zależnie od tego, jaki lud i w jakim języku o nich wspomina, etc.

Ktoś powie: no to w takim razie zamiast filmu niech zrobią serial, nic prostszego! W teorii jest to optymalne rozwiązanie. W teorii. Innym problemem z Silmarillionem jest niejednolite tempo narracji. Pięćset lat życia świeżo przebudzonych elfów nad wspomnianym jeziorem Cuivienen mija w kilku akapitach, a z wielką wędrówką różnych szczepów Eldarów (bo i pod takim mianem występują elfowie) ku Amanowi, która trwała długie lata, Tolkien rozprawia się w dwie czy trzy strony. Tymczasem zamykające się w nieporównanie krótszym czasie losy nieszczęsnego Turina, syna Hurina, to materiał na dziesiątki stron dość drobiazgowo rozpisanych przygód, podobnie jak, dajmy na to, słynna historia wielkiej miłości Berena i Luthien.

Bardziej ortodoksyjni miłośnicy Tolkiena zadaliby sobie pytanie nie tylko na temat tego, co wybrać z Silmarillionu i w jakiej formie to podać, ale również której wersji tekstów składających się na tę książkę się trzymać…

Filmowcy mieliby więc twardy orzech do zgryzienia, próbując nakręcić poszczególne historie. Co zrobić z tymi rozbieżnościami? Potraktować każdą opowieść równo, a tam, gdzie brakuje materiału źródłowego, po prostu wypełnić luki własnymi pomysłami? Nawet gdyby te ostatnie były dobre, po trylogii Hobbita odbiorcy nie spojrzą łaskawym okiem na takie zabiegi. To może poświęcić każdej opowieści jeden odcinek, a co bardziej rozbudowane rozdziały Silmarillionu po prostu obciąć? Cóż, Powrót króla w podstawowej wersji (nie reżyserskiej) dowiódł, że i to nie jest najlepszy pomysł.

Więc może jednak nie ekranizacja całego Silmarillionu za jednym zamachem – czy to w formie serialu, czy kolejnej kinowej trylogii – a pojedyncze filmy skupiające się na poszczególnych epizodach z Dawnych Dni? Coś z grubsza analogicznego do spin-offów z serii Gwiezdne wojny: Historie. W ten sposób i widzom byłoby łatwiej odnaleźć się w mnogości motywów zawartych w książce, i wytwórnia miałaby ułatwione zadanie kreowania nowych trendów – a zwłaszcza idoli – które pokochałaby kultura masowa… Plus materiału źródłowego racjonowanego w taki sposób wystarczyłoby na dłużej, dzięki czemu można byłoby wycisnąć z niego więcej mamony. Wilk syty i owca cała?

…bowiem J.R.R. Tolkien miał w notatkach wiele wariacji na temat tych samych opowieści. Christopher „oficjalnym” Silmarillionem tylko przedstawił jeden z możliwych doborów tekstów – i niektórzy tolkieniści" mają na tyle duże zastrzeżenia wobec podjętych przezeń decyzji, że postanowili opracować własny, lepszy Silmarillion.

Władca Silmarili: Drużyna Silmarila

Więc jak, są szanse na adaptację Silmarillionu czy nie bardzo? Warner Bros. na pewno chciałby ugryźć ten temat – w Trzeciej Erze czy nie, Śródziemie wciąż jest żyłą złota, za którą filmowcy z niejednej wytwórni sprzedaliby własne matki. Być może na obecnym etapie starania WB rozbijają się o mur w postaci nieprzejednanego Christophera Tolkiena… tylko że Christopher Tolkien ma już prawie 93 lata. Nie chciałbym podsuwać Wam tutaj jakiejś nieczułej myśli – jednak sami rozumiecie, że prędzej czy później ktoś inny przejmie jego obowiązki. No, chyba że następca Christophera okaże się równie zażarty i odporny na podtykanie pod nos grubych plików dolarów.

A czy ekranizacja Silmarillionu w ogóle powinna powstać? Cóż, na to pytanie niech każdy odpowie sobie sam, kierując się własnym sercem. Prywatnie nie mam nic przeciwko temu. Nie podzielam zdania Tolkiena juniora, jakoby Władca Pierścieni był bezmózgim „akcyjniakiem”, odzierającym książkę z jej dostojeństwa. Wręcz przeciwnie. Przy Hobbicie byłbym w stanie się zgodzić z takim stwierdzeniem – choć i ta druga trylogia miała arcyklimatyczne momenty, pokazujące, że Peter Jackson jednak w głębi duszy rozumie i umie oddać piękno dorobku Johna Ronalda Reuela. Dlatego na Silmarillion w jego wykonaniu (lub czyimkolwiek innym) poszedłbym do kina. Bez wielkich oczekiwań, mimo wszystko pomny na wszystkie wtopy poprzednich trzech filmów – ale poszedłbym. A Wy?

Draug
9 sierpnia 2017 - 10:55

Komentarze Czytelników (28)

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze
09.08.2017 12:47
Persecuted
66
Generał

Ehh, jak tu wymagać od 93 latka docenienia wysiłków ludzi, próbujących skroić coś atrakcyjnego na miarę naszych czasów? Ktoś taki nigdy nie doceni postępu i wszystko będzie mu się wydawało "zbyt młodzieżowe i nowoczesne". Hobbit faktycznie wyszedł średnio, ale trylogia LOTR to przecież majstersztyk, jeden z najlepszych filmów fantasy w historii kina i jedna z najlepszych adaptacji. Nie wyobrażam sobie lepszych filmów, mogących rozbudzić w kimś miłość do pierwowzoru.

post wyedytowany przez Persecuted 2017-08-09 12:48:31
09.08.2017 12:51
odpowiedz
1 odpowiedź
DanuelX
76
Kopalny

Jeśli zabierze się za to ktoś lepszy niż Pan "Martwica Mózgu" Dżekson to jestem za.

09.08.2017 13:23
3
odpowiedz
1 odpowiedź
Mówca Umarłych
41
Pan Milczącego Królestwa

Według mnie problem z ekranizacjami Władcy Pierścieni i Hobbita polega na tym, że ta pierwsza trylogia filmowa była tworzona przede wszystkim z pasją i miłością do twórczości Tolkiena, ta druga zaś była już tylko trzepaniem kasy na potencjale marki. Po dziś dzień pamiętam pierwszy zwiastun Władcy Pierścieni zawierający wczesne ujęcia z filmu i planu filmowego, z podkładem muzycznym wywołującym dreszcz na ciele i słowami samego Jacksona, że oto nadeszła pora.

Ekranizacja "Władcy Pierścieni" jest dziełem udanym ale w wersji reżyserskiej, bowiem kinowa została zubożona ze scen, które choć krótkie i wydawałoby się, że tylko pobieżnie dotyczą jakiegoś tematu, tak mimo tego potrafią znacząco zmienić wydźwięk danej sceny czy charakter postaci przybliżając je do pierwowzoru.

Hobbita uratować może jedynie ponowna ekranizacja. Wersja Petera Jacksona jest kiepska na wielu płaszczyznach - od rozwlekania do granic możliwości fabuły (zrobienie filmowej trylogii z małej książeczki), nużący charakter, po niepotrzebne przerobienie wątków, dodawanie kolejnych, pomijanie innych, a skończywszy na jakości całej produkcji.

Marzy mi się ekranizacja Silmarillionu ale od kogoś takiego jak Jackson przy Władcy Pierścieni, człowieka z pasją i szacunkiem do twórczości Tolkiena.

post wyedytowany przez Mówca Umarłych 2017-08-09 13:52:41
09.08.2017 13:39
odpowiedz
Zdzichsiu
56
Ziemniak

Oby nie. Jak ekranizację Władcy Pierścieni lubię, tak Hobbit był strasznie słaby.

09.08.2017 13:42
odpowiedz
4 odpowiedzi
koobun
39
wieszak

Przecież to jest nieekranizowalne. Po co ruszać?

09.08.2017 14:23
3
odpowiedz
1 odpowiedź
Yoghurt
57
Legend

Sorry, ale Władca Pierścieni jako film ma sens tylko dlatego, ze skupia się na dziesięciu postaciach mających jeden cel - kawałek błyskotki. Jasne, proste, oczywiste, z fajnym tłem, nad którym na szczeście w filmie postanowiono się nie zastanawiać zbyt długo, żeby im ludzie z kina nie powychodzili przy wymienianiu osiemdziesięciu sześciu kuzynów jakiegoś przypadkowego elfa.

Ekranizacja Sillmarillionu ma taki sam (albo jeszcze mniejszy) sens, jak ekranizowanie Pocztu Królów Polski (choćby i w pięciu częściach po 3 godziny). Może i by się dało pod względem technicznym, tylko po co, jak pies z kulawą nogą tego nie zechce oglądać? Przecież to jest fikcyjna historia fikcyjnego uniwersum, która na serio interesuje dwanaście osób na całym świecie (i nie daj boże przy filmowej adaptacji twórca wytnie ciotkę kuzyna z szóstego pokolenia po szwagrze Tororimie Śmierdzącej Dupie, drugim mężu Andruli Brzuchatej, a będą się piździć, że im święty kanon zmieniono).

Z dobrych źródeł znam prawdziwą przyczynę śmierci Tolkiena - przeczytał skrawki tego, co chciał ostatecznie złożyć w Sillmarillion i umarł z nudów.

post wyedytowany przez Yoghurt 2017-08-09 14:46:09
09.08.2017 14:24
odpowiedz
Herr Pietrus
156
Ubecka Wdowa

Mało wam jeszcze tej Tolkienowskiej nudy?
Ekranizację trylogii Władcy Pierścieni można porównać tylko z tak pasjonującymi dziełami jak książkowe "Nad Niemnem". Jeśli Hobbit jest jeszcze gorszy, to nawet najbardziej rozbudowane homeryckie porównanie nie odda chyba tego, jak musi być nudny. A tu ktoś wpada na pomysł ekranizacji czegoś takiego...

post wyedytowany przez Herr Pietrus 2017-08-09 14:28:27
09.08.2017 15:33
odpowiedz
Yarpen z Morii
13
missing gamer

Za łączenie Śródziemia z niegodziwymi grami wideo

Lmao

09.08.2017 17:27
1
odpowiedz
Jagar
60
Centurion

Podejście do tematu jak do Biblii załatwiło by sprawę. Biblię dali radę zekranizować Stary jak i Nowy testament.

09.08.2017 17:37
odpowiedz
berial6
84
Donut Hole

Tylko proszę, dajcie spokój Jacksonowi. Ten pan przy okazji Hobbita pokazał, że zapomniał jak się kręci dobre filmy

09.08.2017 22:07
odpowiedz
majstr.
10
Pretorianin

Nawet nie potrafię sobie wyobrazić ekranizacji Silmarillionu, mimo że bardzo bym chciał.

10.08.2017 13:32
odpowiedz
4 odpowiedzi
Arookun
72
Pretorianin

Świetny artykuł. Odkąd przeczytałem "Silmarillion", jego ekranizacja to jedno z moich marzeń. Odpowiadając na niedorzeczne zarzuty w komentarzach, jakoby to "Silmarillion" miał być dziełem nudnym, to bez wahania mogę stwierdzić, że osoby te albo w ogóle nie miały styczności z książką, albo czytały ją bez zrozumienia. Każdy kto na poważnie zabrał się do lektury wie, że "Hobbit" czy choćby nawet "Władca Pierścieni" nijak się mają pod względem poziomu epickości i skali wydarzeń do tego co się dzieje w "Silmarillion" (dla przykładu wojna, w której biorą udział sami "bogowie", a poziom zniszczeń odmienia wręcz topografię terenu).
Prawdziwą kwestią sporną jest natomiast forma takiej ekranizacji. Problem ten świetnie został omówiony (i jak dla mnie rozwiązany) w niniejszym artykule, dlatego zamiast pisać samodzielnie swój "złoty środek" na ekranizację "Silmarillion", pozwolę sobie zacytować po prostu fragment wypowiedzi autora:

"Więc może jednak nie ekranizacja całego Silmarillionu za jednym zamachem – czy to w formie serialu, czy kolejnej kinowej trylogii – a pojedyncze filmy skupiające się na poszczególnych epizodach z Dawnych Dni? Coś z grubsza analogicznego do spin-offów z serii Gwiezdne wojny: Historie. W ten sposób i widzom byłoby łatwiej odnaleźć się w mnogości motywów zawartych w książce, i wytwórnia miałaby ułatwione zadanie kreowania nowych trendów – a zwłaszcza idoli – które pokochałaby kultura masowa… Plus materiału źródłowego racjonowanego w taki sposób wystarczyłoby na dłużej, dzięki czemu można byłoby wycisnąć z niego więcej mamony. Wilk syty i owca cała?"

Właśnie tak to widzę. "Silmarillion" to dzieło zbyt rozległe i bogate jak na jeden film czy choćby nawet trylogię. Jedyny sensowny sposób, to pojedyncze filmy traktujące z osobna każdą z historii zawartych w książce (najlepiej chronologicznie). Z takiego rozwiązania płyną mnogie korzyści jak np. brak szalonego tempa, wymuszanego przez ramy czasowe filmu, którego efektem jest obcinanie ważnych wątków; możliwość skupienia się dobrze na jednej rzeczy zamiast omówienie "po łebkach" wszystkich, dzięki czemu odbiór i zrozumienie widza ulegną znacznej poprawie; zamiast tworzyć jeden film, który może okazać się klapą i zostać zapomniany, grzebiąc tym samym cały materiał źródłowy, można niejako delektować się nim "po troszeczku" dzięki czemu starczy on na długie lata.

OK, zakończę te wywody bo za bardzo się rozpisałem. Na koniec pozwolę sobie jeszcze podsumować moją wypowiedź stwierdzeniem, że "Silmarillion" to "kopalnia" świetnych i epickich historii i mam nadzieję, że Hollywood w końcu zacznie z niej czerpać obficie, a co wiele ważniejsze - NALEŻYCIE.

10.08.2017 22:29
1
odpowiedz
Father Nathan
24
Chorąży

(Napisałem długi komentarz, ale wystąpił jakiś błąd i mi go skasowało.)

"Silmarillion" wcale nie jest nudną książką i nie rozumiem, jak w ogóle można tak twierdzić. Chociażby niektóre rozdziały "Władcy Pierścieni" są dużo mniej zajmujące. Dla porównania powieść Wiktora Hugo "Człowiek śmiechu", którą niedawno przeczytałem, można by bez większej szkody odchudzić o jakieś 2/3 zawartości, tyle w niej nudnych dygresji polityczno-historycznych. Ciekawe, czy przeciętny współczesny czytelnik byłby w stanie w ogóle przez to przebrnąć.
Być może jednak do mojego żywego zainteresowanie treścią "Silmarillionu" przyczynił się fakt, że grałem wówczas (przy pierwszej lekturze, dotychczas przeczytałem go dwukrotnie, niestety tylko po polsku) w LOTRO i chciałem po prostu dowiedzieć się, co było wcześniej. Śródziemie znałem tylko z filmów Jacksona, a "Władcę Pierścieni" przeczytałem po "Silmarillionie".
W sumie nie zależy mi na ekranizacji tej książki. I tak będę co jakiś czas wracał do lektury, planuję przeczytać ją po angielsku, włosku i francusku. Niemiecki znam na razie trochę zbyt słabo.
Z drugiej strony jestem ciekaw, kiedy doczekamy się kolejnej ekranizacji "Władcy Pierścieni". Od premiery "Powrotu króla" minie w grudniu br. już 14 lat.

11.08.2017 15:03
odpowiedz
Orrin
173
Najemnik

Jest jeszcze co kręcić i czytać
polecam bardzo:
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/53942/ostrze-elfow

11.08.2017 15:48
odpowiedz
Piotrasq
86
Legend

Na początku Silmarillion też mnie zmęczył. Chociaż jestem fanem Władcy Pierścieni. Ale przy drugim czytaniu wpadłem w tą historię. Może za pierwszym razem byłem za młody. I nie czekam na ekranizację. Wystarczy mi książka.

11.08.2017 16:39
odpowiedz
Mutant z Krainy OZ
172
Farben

Dzieci Hurina mógłby jeszcze dżekson machnąć.

11.08.2017 17:53
odpowiedz
Bezi2598
75
Legend

Kiedyś i tak zrobią, bo $$$$$$$$

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze