Apetyt na zwycięstwo. Recenzja filmu 'Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem' - Clayyyton - 30 października 2017

Apetyt na zwycięstwo. Recenzja filmu "Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem"

Sport coraz częściej gości w kinach. W 2013 roku furorę zrobił „Wyścig” opowiadający o rywalizacji w Formule 1 pomiędzy Jamesem Huntem a Niki Laudą w latach 70. Całkiem niedawno nakręcono nawet film ze skokami narciarskimi w roli głównej, pt. „Eddie zwany Orłem”. W tym roku na ekranach goszczą kolejne dwa spektakle, tym razem na warsztat biorące tenis, któremu reżyserzy poświęcili cały, pełnoprawny film, a nie, jak grubo ponad 60 lat temu Hitchcock w „Nieznajomych z pociągu”, jedną scenę. Mowa o „Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem” oraz „Wojnie płci” (film z Emmą Stone i Stevem Carellem w kinach od 8 grudnia). Czy to znak, że filmowcy coraz częściej biorą się za dyscypliny wcześniej omijane przez główny nurt kina szerokim łukiem?

 

Zaskakujące, że kino, zamiast portretować współczesność, cofa się często o kilka dekad, opowiadając o widowiskach sportowych niejako z innej epoki. Ta sprytna sztuczka pozwala widzom wyławiać smaczki związane ze sportowymi zasadami, manierami i zwyczajami „herosów”. To, co dzisiaj wydaje nam się normalne, jeszcze kilkadziesiąt lat temu było abstrakcją i na odwrót. Nikt nie dziwi się, że w „Borg/McEnroe” publiczność pali papierosy na trybunach, tenisiści przed meczem nie stronią od alkoholu albo rozrysowują szlemowe drabinki... na ścianie hotelowego pokoju, nie mając przecież wglądu do internetowych statystyk. Nikt nie dziwi się, że Bjorn Borg spędza cały wieczór nastrajając rakiety na zbliżający się mecz, zawodnicy z najwyższej półki dzielą przed pojedynkiem wspólną szatnię albo obrzucają się wyzwiskami podczas starcia. Może to znak, że sport był ciekawszy, kiedy przesadna ogłada i komputery jeszcze nie zdążyły nim zawładnąć, a różnice w poziomie sportowym widoczne były gołym okiem, a nie pod lupą? A może to po prostu sygnał, że najpierw musi minąć kilkadziesiąt lat, aby sportowe zjawisko nadawało się do sfilmowania? Żeby po odleżeniu w sportowej winnicy stało się wytrawne? Bo kto dziś mógłby sobie wyobrazić, aby jakiś szaleniec nakręcił fabułę o Rogerze Federerze, Rafaelu Nadalu czy nawet Andre Agassim, który karierę skończył już przecież przed dekadą.

 

W „Borg/McEnroe”duński reżyser Janus Metz wraca do pamiętnego wimbledońskiego finału z 1980 roku pomiędzy Bjornem Borgiem a Johnem McEnroe. Pierwszy miał wówczas wizerunek tenisowego boga, który nie tylko cztery razy z rzędu zdobył tytuł w Londynie, ale również stanowił wzór do naśladowania, zaskarbiając sobie serca widzów na całym świecie. Opanowany, kulturalny, spokojny Bjorn zostaje przeciwstawiony młodszemu, egocentrycznemu, nerwowemu Johnowi McEnroe, dopiero aspirującemu do tenisowego Olimpu, rzucającego na korcie rakietą oraz wulgaryzmami. Będącemu pod ogromną presją Borgowi w drodze na absolutny szczyt zagrozić może jedynie właśnie ten niski szałaput, z miejsca uznany przez opinię publiczną za antybohatera w świecie sportu.

 

Od pierwszych scen wiadomo, że nie tylko o wynik meczu tu chodzi. Wyczuwane napięcie, wyniszczająca żądza zwycięstwa, sportowa presja, poczucie klaustrofobii, zmęczenia sławą, wypalenia oraz chęć sprostania oczekiwaniom wyznaczają dramaturgię filmu. Reżyser miesza sceny rozgrywające się na korcie tenisowym z tymi powszednimi. Koncentruje się bardziej na przeżyciach Borga, wyławiając na powierzchnię mentalność sportowca. Pod maską opanowania kryje się bowiem krucha psychika, a za codziennymi rytuałami i przyzwyczajeniami – chorobliwa obawa przed porażką. Kim naprawdę jest Bjorn? Cyborgiem? Sportowcem, dla którego drugie miejsce stanowi życiową porażkę?

 

Metz z gracją opowiada o obsesji bycia pierwszym, o narastającym apetycie na kolejne triumfy, o walce o być albo nie być. Nie potrzebuje zbyt wielu słów i dramaturgicznych odnóg by subtelnie, pojedynczymi ujęciami sportretować spętanie Borga. Skupiając się na kamiennej twarzy bohatera, opowiada również o presji, towarzyszącej życiu sportowca w dzień i w nocy, bez przerwy, na każdym rogu, przypominającej mu o oczekiwaniach, nie tylko publiczności, ale zwłaszcza swoich. „God, it's killing me” - powiedział przed ośmioma laty po przegranym finale wielkiego szlema Roger Federer, mając na myśli wewnętrznego demona, nakazującego mu wygrywać zawsze i wszędzie. Te same słowa mógłby wypowiedzieć Bjorn Borg, ale wszczepiono mu poczucie samokontroli.

 

Bohaterem filmu nie jest jednak tylko Borg. Metz, mimo że skupia się na skandynawskim rodaku, nie traktuje Johna McEnroe jako gatunkowego antagonisty czy statysty, pomagającemu uszlachetnić portret bardziej utytułowanego kolegi. Twórca zestawia postaci na zasadzie przeciwieństw, lecz dostrzega punkty styczne. Jednego i drugiego cechuje bowiem niewerbalna miłość do sportu, siła popychająca naprzód mimo przeciwności losu (dla Borga może to być kiepska forma sportowa, dla Johna... dukające gołębie na dachu kortu) oraz mentalność zwycięzcy. Właśnie dlatego obaj szanują siebie nawzajem. Pierwszy stanowi dopełnienie drugiego.

 

Jedynym mankamentem filmu wydają się same sceny rozgrywek tenisowych, nakręcone z masą cięć montażowych i bliskich planów, markujących nieumiejętność wiernego oddania unikatowości widowiska sportowego. To trochę przeszkadza, bo daje do zrozumienia, że pomiędzy filmem a sportem rozumianym w sensie dosłownym istnieje nieprzekraczalna bariera. Czy kino kiedykolwiek ją pokona? Mimo to trudno nie docenić kompleksowego podejścia Metza, który nie tylko potrafi z tenisowej rozgrywki uczynić emocjonujący thriller, ale który widzi to czego na co dzień nie dostrzegają fani sportu – nie wynik, a przyczynę, nie monumentalny posąg, a psychikę wystawioną na ciosy. Pomagają mu zresztą aktorzy. Sverrir Gudnason nie tylko wizualnie przypomina Borga, ale również przekonująco oddaje jego powściągliwość, a Shia LaBeouf w skórze McEnroe czuje się jak ryba w wodzie. Obaj ożywiają schematy rządzące kinem sportowym, obaj rozgrywają fantastyczne zawody. Nie sposób wskazać zwycięzcę.

 

Ocena - 7/10

 

Juliusz Żebrowski

Clayyyton
30 października 2017 - 09:59

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz