Wspomnienia z NES-a #8 Captain America and the Avangers - Strider - 20 września 2011

Wspomnienia z NES-a #8 Captain America and the Avangers

Szczerze mówiąc, to nigdy nie byłem jakimś szczególnie wielkim fanem Kapitana Ameryki i Avengersów. Bierze się to zapewne z faktu, że w przeciwieństwie do kreskówek o Batmanie, Spider-Manie, Hulku, czy X-menach, historii o superbohaterze ubranym we flagę Stanów Zjednoczonych nie miałem okazji poznać aż do osiągnięcia wieku tzw. dorosłego, kiedy to już zupełnie mnie ta historia nie wciągnęła. Nie przeszkodziło mi to bynajmniej znacznej części dzieciństwa poświęcić na bezowocne próby ukończenia gry Captain America and the Avengers, jednego z najlepszych tytułów o superbohaterach jaki powstał kiedykolwiek na NES-a (a przynajmniej najlepszego jaki ja znam).

Fabuła 8-bitowego Kapitana Ameryki to absolutna klasyka, jeśli idzie o historie o superbohaterach: Wielki Zły (w tej roli Mandarin) porywa Iron Mana oraz Visiona, a na ratunek im wyruszają Kapitan oraz Hawkeye. Wraz z postępami w grze okazuje się oczywiście, że rozbicie grupy Avengers to jedynie wstęp do większego planu Mandarina, którego celem jest m.in. zatopienie Nowego Jorku i przejęcie władzy nad światem. Banał? Pewnie, że tak. Ale ile daje frajdy!

Wraz z rozpoczęciem gry lądujemy na dość umownej mapie Stanów Zjednoczonych, na której zaznaczone są najważniejsze miasta, połączenia pomiędzy nimi oraz aktualna lokalizacja naszych podopiecznych. Gra sprowadza się do podróży pomiędzy miastami, oczyszczaniu ich z żołnierzy wroga oraz zbieraniu diamentów, które w odpowiedniej ilości podnoszą nasze „statystyki”.

System „doświadczenia” (no co, ja tak to zawsze nazywałem!) działa w sposób bardzo prosty: na każdym etapie znajdują się... hmm... takie owalne „cosie” (naprawdę nie wiem, co to jest). Uderzenie w nie powoduje, że wypadają z nich „przedmioty”: punkty, regeneracja zdrowia, albo rzeczone diamenty właśnie. Diamentów są dwa rodzaje: małe (liczone jako 1) oraz duże (które gra zalicza jako 10), a uzbieranie ich 100, skutkuje „awansem” bohatera – zwiększa się liczba jego punktów zdrowia, siła, ewentualnie pojawia się nowa umiejętność (np. tarcza Kapitana Ameryki po rzucie nie wraca od razu do ręki bohatera, ale okrąża go i rani przeciwników znajdujących się za nim). System sprawdza się w grze rewelacyjnie i wymusza eksplorację kolejnych miast, bo bez kolejnych poziomów postaci szybko okaże się, że nasi przeciwnicy są dla nas zbyt silni.

Oczywiście, jak zawsze w przypadku genialnych rozwiązań, wyżej wspomniany system również ma swoje wady – jako, że pomiędzy miastami poruszamy się samodzielnie i do ukończonych raz etapów możemy wracać dowolną liczbę razy, nic nie stoi na przeszkodzie, aby maksymalny piąty poziom uzbierać jeszcze przed starciem z pierwszym bossem. Ale nawet jeśli nie będziemy w ten sposób „oszukiwać” to i tak jednokrotne odwiedzenie wszystkich dostępnych na początku zabawy miast, skutkuje osiągnięciem przynajmniej czwartego poziomu. Efekt jest taki, że po opuszczeniu Charlston przestajemy bawić się w zwiedzanie wszystkich dostępnych etapów, a zmierzamy najkrótszą możliwą drogą do walk z kolejnymi bossami. Zanim zaczną stanowić dla nas wyzwanie i tak zdążymy dozbierać te kilka brakujących diamentów.

Wracając jeszcze na moment do eksploracji mapy – ciekawym zabiegiem ze strony twórców gry, było wprowadzenie do gry dwóch bohaterów, którzy startują w różnych punktach i dopiero doprowadzenie do ich wspólnego spotkania powodowało, że tworzyła się z nich podróżująca razem „drużyna”. Stworzenie takiej grupy jest w zasadzie niezbędne do ukończenia gry – Kapitan i Hawkeye uzupełniają się umiejętnościami, ale przede wszystkim zapewniają sobie większą siłę: w obrębie drużyny możemy w dowolnej chwili przełączyć się na drugą dostępną postać, z walki wycofując tą ciężej ranną, albo gorzej do starcia przygotowaną.

Najsłabszym elementem gry był zdecydowanie tryb wieloosobowy, który sprowadzał się w zasadzie do odtwarzania starć z bossami – jeden z graczy wybierał któregoś z dwóch Avengersów, drugi jednego z trzech dostępnych przeciwników (Mandarin był w trybie multi niedostępny). Nie dało się walczyć przeciwko sobie Avengersami, nie można było wspólnie przechodzić „kampanii”. Nie takie rzeczy się jednak w grach obchodziło – gdy ja grałem z kimś znajomym, zwykle każdy wybierał jednego z bohaterów, którymi w trybie dla jednego gracza sterowaliśmy naprzemiennie (ja jeden etap Kapitanem, on jeden etap Hawkeyem itd).

Captain America and the Avengers to gra, w którą warto zagrać nawet dzisiaj: chociaż nie grzeszy fabułą, to jest przykładem na to, że ciekawych rozwiązań w grach bynajmniej nie zaczęto wprowadzać dopiero w ostatnich latach. Gra (jak na 8-bitowce, rzecz jasna) jest ładna i ma całkiem przyjemną dla ucha muzykę, a jej poziom trudności nie zawiedzie również hardocorowców – Captain America jest jednym z tych tytułów, w którym nigdy nie dane mi było ujrzeć napisów końcowych. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich graczy lubujących się w starych grach!

Strider
20 września 2011 - 12:18

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
20.09.2011 13:48
ireniqs
ireniqs
13
Chorąży

Grałem w ten tytuł! :D Nigdy gry nie ukończyłem bo była zwyczajnie za trudna, ale grało się bardzo przyjemnie! :) Dzięki dla autora za przypomnienie mi o tej grze bo jakoś o niej zapomniałem... ;)

20.09.2011 14:50
Vaerin
odpowiedz
Vaerin
111
Generał

Obok frankensteina moja najbardziej nielubiana gra z pegazusa.
Dotarcie do wiru = game over :<

20.09.2011 15:08
odpowiedz
zanonimizowany166638
152
Legend

Głównym przeciwnikiem nie był Mandarin, tylko Red Skull, z którym walczyło się na księżycu. Mandarina pokonywało się tak w 3/4 gry pod górą Rushmore.

Grę przeszedłem raz w życiu (nie na emulatorze) przy kilkudziesięciu próbach. Poziom trudności był dość wyśrubowany, ale to wciąż nie hardcore pokroju Ninja Gaiden czy Battletoads.

21.09.2011 11:37
Strider.
odpowiedz
Strider.
47
Pretorianin

Mephistopheles - dobrze wiedzieć. :) Jak napisałem, nigdy Mandarina nie pokonałem, więc nie mam pojęcia co było dalej. :)

21.09.2011 14:20
Łyczek
👍
odpowiedz
Łyczek
179
The Chosen One
Image

Oj tak ! "Captain America and the Avangers" bez wątpienia są w moim top 10 gier z NES-a. Uwielbiam tę platformówkę. Oczywiście zawsze grałem Kapitanem Ameryką, łucznika Hawkeye nigdy nie lubiłem. Co do poziomu trudności to tak jak wspominał Mephistopheles, nie był harcorowy jak Battletoads, ale porównywalny do Ninja Gaidena - czyli trudny ale nie masakrycznie ;) Najbardziej wkurzającym według mnie przeciwnikami w tej grze był - strasznie nie lubiłem go przechodzić.

22.09.2011 10:35
raziel88ck
😊
odpowiedz
raziel88ck
149
Reaver is the Key!

Oj grało się, grało i nie przeszło. :D

Oprócz rozbudowanej i innowacyjnie poprowadzonej kampanii, bardzo lubiłem ten drugi tryb polegający na walce 1vs1. Przynajmniej tak go dziś zapamiętałem. Mapa USA i zwiedzanie przy tym wielu miejsc również była na plus, aż by się chciało dziś posiadać podobnie zrealizowane gry, ewentualnie jakąś odświeżoną wersję Captain America and the Avangers z możliwościa zapisu stanu gry.

Nie pamiętam za to co oznaczały czarne dziury, cóż w końcu od lat w to nie grałem, ale chętnie się dowiem. Z tego co kojarzę to chyba nikt, przynajmniej na moich oczach nie ukończył tej produkcji, w przeciwnym razie nie miałbym takich zaników pamięci. :)

22.09.2011 11:51
Strider.
odpowiedz
Strider.
47
Pretorianin

Te "czarne dziury" to tzw. "Red Alert". Miały utrudniać dostęp do niektórych miast, gdy się do nich weszło, atakowali nas (w założeniach: trudni) przeciwnicy. :)

22.09.2011 12:03
odpowiedz
zanonimizowany166638
152
Legend

Dodajmy, że głównym przeciwnikiem czyhającym w czarnych dziurach było oczojebne ruchome tło w kolorach szachownicy. Kapitan Ameryka pozdrawia epileptyków.

"porównywalny do Ninja Gaidena - czyli trudny ale nie masakrycznie"
Akurat poziomem trudności dowolna część Ninja Gaiden bije na głowę Battletoads i Capa razem wziętych.

22.09.2011 12:11
Łyczek
😊
odpowiedz
Łyczek
179
The Chosen One

"Akurat poziomem trudności dowolna część Ninja Gaiden bije na głowę Battletoads i Capa razem wziętych."

No nie potrafię się z Tobą zgodzić Mephisto :) Ninja Gaiden pierwszą część przeszedłem bez straty życia, natomiast Battletoads nie potrafiłem w ogóle przejść. Brat poszedł dalej i II i III NG również przeszedł bez straty życia.

22.09.2011 12:33
odpowiedz
zanonimizowany166638
152
Legend
Image

To musicie być potomkami starożytnych wojowników shinobi, bo - jak to ujęto w recenzji AVGN - prawdziwy ninja widzi to, co poza ekranem.

I pomyśleć, że kiedyś wzbudzałem respekt faktem przejścia MegaMana 5 uważanego za najtrudniejszego z serii wydanej na NESa (z pominięciem MM1, w którym nie było kodów na kontynuację i wszyscy udają , że ta część nigdy nie istniała).

23.09.2011 22:42
Łyczek
😊
odpowiedz
Łyczek
179
The Chosen One

Mephisto ---> Ciekowstka jest taka, że wczoraj brat przeszedł Ninja Gaiden bez straty życia i bez rozbijania "dzbanków" z których zawsze bonusu wychodzą :) Nagrał nawet filmik, ale trwa to 20 minut i na razie nie wie jakim programem to podzielić, ale jak wrzucić do internetu to wyślę do tego wątku.

23.09.2011 23:27
odpowiedz
zanonimizowany425253
89
Generał

Przeszedłem ten tytuł, na końcu rzeczywiście jest Red Skull, mnóstwo zjadła moich nerwów ta gra, na początku próbowałem znaleźć jakieś kody czy jakieś checkpointy, bo nie mogłem uwierzyć, że ona jest pozbawiona takich opcji ale po pewnym czasie jednak zrozumiałem, że tych kilka żyć to wszystko na co mogę liczyć. Może dzięki temu ten tytuł tak mi utkwił w głowie choć minęło już sporo lat jak w niego grałem.

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze