Zamek Lorda Valentine'a - Kati - 2 lutego 2012

Zamek Lorda Valentine'a

Dzisiaj klasyka. Książka, wokół której krążyłam już od bardzo dawna, ale jakoś nie było mi z nią po drodze. W sumie nie do końca wiem czemu, bo lubię Silverberga, a cykl o planecie Majipoor to podobno jedno z jego większych osiągnięć. Czyżby mój szósty zmysł mola książkowego chciał mi coś przekazać?


Valentine pamięta tylko swoje imię (dziwnym zbiegiem okoliczności takie samo jak panującego obecnie Koronala), nic nie wie o swojej przeszłości, nie orientuje się w realiach i niespecjalnie przejmuje się tym faktem. Na szczęście trafia na dobrą duszę, która chroni naszego naiwniaka przed kłopotami. Valentine ma wrodzony talent do żonglowania i z tego powodu przyłącza się do grupy wędrownych kuglarzy. Takie życie w pełni go satysfakcjonuje, ale żeby nie było za pięknie, dręczą go dziwne sny…
Resztę możecie dopowiedzieć sobie sami. I nie silcie się przy tym na zbytnią oryginalność i zaskakujące zwroty fabularne. Już w połowie pierwszego tomu (mam stare dwutomowe wydanie) miałam podejrzenia co do dalszego rozwoju akcji i niestety moje domysły się w pełni sprawdziły. Usilnie szukałam obiecanej na okładce „psychologicznej prawdy w konstrukcji postaci bohaterów” i nie udało mi się jej odnaleźć. Akcja nie powala – mamy tu klasyczny motyw pełnej straszliwych niebezpieczeństw wędrówki w celu ocalenia świata. Dobrze, że chociaż świat jest interesujący: Majipoor to ogromna planeta skolonizowana tysiące lat wcześniej przez ludzi, ale zamieszkała też przez inne inteligentne rasy, które odkryły podróże kosmiczne. Opisy różnych ras, społeczności czy miejscowej flory i fauny to najmocniejsze punkty tej powieści.
Pierwszy tom przeczytałam mimo wszystko w miarę bezboleśnie, początek drugiego też. Prawdziwy problem zaczął się gdzieś w połowie drugiego tomu. Poziom komplikacji akcji spadł do zera – nie żeby wcześniej był wysoki – a poziom naiwności i nieprawdopodobieństwa sięgnął zenitu. Tak jak poziom mojej irytacji. Miałam wrażenie, że autor chciał jak najszybciej skończyć tę powieść i dlatego finał potraktował strasznie po łepkach.
Być może te 33 lata temu była to powieść na wskroś oryginalna, dziś niestety już nie. Pozycja dla tych, którzy uważają, że klasykę trzeba znać. Ja moją znajomość z tym klasycznym cyklem zakończę na części pierwszej.

Kati
2 lutego 2012 - 23:34
Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
03.02.2012 07:45
Strider.
Strider.
47
Pretorianin

"Zamek Lord Valentine'a" czytałem ostatnio jakieś 10 lat temu, więc zbyt oryginalnych rzeczy nie napiszę, ale mnie książka(i) się nawet podobały. Fakt, trzy razy się zbierałem, żeby przez to przebrnąć (bo Valentine nie jest szczególnie odkrywczy, a na początku nie jest nawet porywający), ale po latach wspominam go całkiem dobrze i nawet ostatnio zbierałem się, coby znowu po niego sięgnąć, ale niestety na drodze stanęła mi sesja... Może za parę dni napiszę coś więcej. :)