Z urną w Bieszczady - recenzja gry Far Cry 4 - Imperialista - 10 stycznia 2015

Z urną w Bieszczady - recenzja gry Far Cry 4

Imperialista ocenia: Far Cry 4
80

Po umiarkowanym sukcesie Far Cry 2, los marki był mocno niepewny. Przez długi czas studio Ubisoft milczało w kwestii ewentualnej kontynuacji, chociaż już po ujawnieniu szczegółów jej dotyczących, trudno było pozostać pesymistą. Atak na sklepowe półki Far Cry 3 przepuścił pod koniec 2012 roku i całe szczęście, szturm okazał się sukcesem. Sprzedażowo gra wciąż co prawda nie miała podskoku do pupila w portfolio Ubisoftu – Assassin’s Creeda, ale gorące przyjęcie gry przez recenzentów i graczy dawało jasny sygnał: francuskie studio z sukcesem zdołało wyhodować na własnej piersi kolejną kurę znoszącą złote jajka. Los formuły tkwiącej od tej pory za marką Far Cry był w zasadzie przesądzony, a roczny cykl wydawniczy wisiał w powietrzu. Zamiast tego, Ubisoft postanowił podtrzymać zainteresowanie marką doskonałym, samodzielnym dodatkiem o podtytule Blood Dragon, zaś na zapowiedź pełnoprawnej czwórki przyszło nam czekać aż do maja roku 2014. Ta zaś rozwiała wątpliwości – rewolucji nie należało się spodziewać. Miało być za to „więcej” i „ładniej”. I tak też jest. Nie zawsze natomiast „lepiej”.

Najistotniejszymi elementami, które mogły posłużyć za zmienne w przypadku pozostawienia rdzenia rozgrywki znanego z poprzedniej odsłony gry były miejsce akcji i fabuła. Osobiście stoję w jednym szeregu z ludźmi, którzy stawiają opowieść przedstawioną w Far Cry 4 wyżej, niż przygody bananowego chłopca z poprzedniej części serii. Pierwsze kilkanaście minut jest rzeczywiście liche, ale gdy nasz dzielny Adzia Gale (jak nazywają go tubylcy) zapomni o tym, że przyjechał do Kyratu by rozsypać prochy swej matki w pobliżu tajemniczej Lakshmany, rzeczy zaczynają wyglądać ciekawie. Fabuła zawiązana zostaje bowiem tak, by przed większością misji głównych dać graczowi wybór – może on stanąć po stronie idealisty Sabala, wypełniającego w prostej linii duchowy testament ojca naszego bohatera, albo Amity – twardo stąpającej po ziemi, zabójczo seksownej aktywistki o szerokich i wyjątkowo niebezpiecznych horyzontach. Przyznam szczerze, że mi te iluzoryczne w dużej mierze wybory sprawiały sporą satysfakcję - głównie dlatego, że nie były wcale proste. Gra całkiem umiejętnie porusza się wokół poważniejszych problemów – roli kobiet w tamtejszym społeczeństwie, wagi religii i tradycji, które zamiast dynamizować – hamują rozwój regionu i tym podobnych. Wybierając misje nie raz musiałem przez moment się zastanowić, łapiąc się na tym, że biegam między jedną postacią a drugą, bo żadna z ich wizji nie odpowiadała mi w całości.

Łyżką dziegciu jest pozostający przez większość czasu na uboczu główny czarny charakter gry, niejaki Pagan Min. W moim odczuciu, postać ta się scenarzystom zwyczajnie nie udała, chociaż i użyczający mu głosu Troy Baker ma swoje za uszami. Ci pierwsi na naganę zasługują w mniejszym stopniu, bo filozofia działania dyktatora jest całkiem sensowna, jego pomysł na Kyrat ma ręce i nogi, a dialogi którymi nas raczy są nieźle napisane. Szkoda jedynie, że Pagana jest tu równie mało, co Vaasa w trójce (cały występ to łącznie nieco ponad 10 minut), a jego historia zarysowana w poukrywanych dziennikach daje nam bardzo umiarkowany pogląd, przez co o jego motywacjach wiemy niewiele, a przeszłości nie znamy praktycznie wcale. Wracając jednak do Troya Bakera – aktor miał wolną rękę w kwestii kreacji głównego złego i zrobił naprawdę niewiele, by stworzyć postać wiarygodną. Przez całą grę Min był dla mnie całkowicie obojętny – nie budził ani lęku, ani żadnych pozytywnych emocji, absolutnie niczym nie zaskoczył, a widmo spotkania z nim w żadnym wypadku nie było elektryzujące. Żeby jednak oddać królowi sprawiedliwość – jego postać bardzo sprytnie zawiązuje linię fabularną, w jednej chwili stawiając w równym rzędzie wszystkie moralnie różne postaci, które spotkaliśmy na naszej drodze.

Dotrwanie do zakończenia Far Cry 4 nie wymaga nadludzkiej cierpliwości, głównie dlatego że gra zwyczajnie w świecie bawi. Mechanika strzelania, skradania, jeżdżenia, czy nawet szybowania w wing-suicie – każda z nich została zrealizowana perfekcyjnie. Rozgrywka fantastycznie „płynie”, sprawiając że godziny przed monitorem upływają w zabójczym tempie. Jeżdżąc dookoła, natrafiamy na dziesiątki zadań pobocznych, z których większość to drobna wariacja na temat tych znanych z Far Cry 3 – ponownie pościgamy  się czym tylko się da, zapolujemy na unikalną zwierzynę, odbierzemy ładunki z punkty zrzutu, czy poeskortujemy ciężarówkę. Jasne, znamy już tego typu zadania doskonale, ale jeśli mam być szczery – po takiej przerwie, questy tego typu smakują tak samo dobrze jak dwa lata temu. Roczny cykl wydawniczy mógłby mieć jednak mocno negatywny wpływ na odbiór.

Niestety, nie wszystko w Kyracie hula jak powinno. Przede wszystkim, bohaterowie rozdający nam zadania poboczne to galeria osobliwości nieco tym razem przekombinowana, w dodatku nieoferująca niczego wartego zapamiętania. Przykładowo – nasz bohater w pewnym momencie orientuje się, że w jego chałupa zamieniona została w ćpuńską melinę, w której urzęduje dwóch jegomości - Yogi i Reggie. Podczas każdej ze scenek przerywnikowych zapoczątkowujących misję, „Adzia Gale” wbija do bardzo gadatliwych i wyjątkowo irytujących gości, a gdy Ci skończą opowiadać bzdury, ładują nam działkę w udo. Wkurzony Adzia biega wówczas na fazie po Kyracie próbując odnaleźć ćpunków, omijając lecące z nieba dostawczaki i obiecując sobie przy tym, że kolejnym razem nie da się tak łatwo zrobić  w balona. I tak sześć razy. To przy okazji całkiem zgrabnie definiuje siłę charakteru naszego lichego herosa.

To zresztą nie jest wyjątek. Podobnie łatwe i powtarzalne zadania serwuje nam tamtejszy fanatyk religijny, którego natchnione monologi stają się irytujące już po trzeciej wizycie. Sytuacji, w których Far Cry przypomina nam, że jest grą o robieniu w kółko tego samego jest tutaj znacznie więcej. Vaas pewnie chichocze w grobie. 

Rozczarował mnie również brak dostępu do wyższych, zaśnieżonych partii górskich - te dostępne są tylko w obrębie paru misji. Kyrat w rzeczywistości nie jest terenem urozmaiconym, jego północna część (odblokowywana później) niewiele różni się od południowej, a jeśli odwrócimy się w odpowiednim kierunku, aby himalajskie szczyty zniknęły nam z oczu - śmiało możemy poudawać, że jesteśmy w Bieszczadach.

Kiepsko wypada też tryb kooperacji, którym tak szczycił się Ubisoft. Jak twierdzili przedstawiciele francuskiego studia - zespół misji dla trybu współpracy był obecny w trzeciej odsłonie serii był zmarnowaniem potencjału drzemiącego w otwartym świecie gry. Remedium na to opracowano niestety dziwaczne - dostaliśmy możliwość wrzucenia kumpla w nasz świat i przechodzenia z nim wszystkich zadań pobocznych. Tyle. Większość z nich jest niestety banalnie prosta, więc kooperacja jest najprostszym sposobem, do grą się znudzić. Nie pomogło nawet dorzucenie do gry czterech fortec, które pełnią rolę wyjątkowo dopakowanych strażnic, bo stosując odpowiednią taktykę i uzbrajając się w cierpliwość jesteśmy w stanie rozbroić je w pojedynkę. Opracowanych z pomysłem misji dla dwóch graczy rodem z Far Cry 3 brakuje tu boleśnie.

Podsumowując - jeśli Far Cry 3 był pysznym pączkiem, czwórka jest dokładnie tym samym pączkiem, ale polanym wybornym lukrem. Gdyby nie perfekcyjna mechanika rozgrywki, zainteresowanie tytułem byłoby prawdopodobnie dużo mniejsze, wszak umówmy się – dobre pączki to w dzisiejszych czasach nic niezwykłego. Pamiętać trzeba o tym, że Far Cry 4 bywa grą irytującą, najczęściej przez dość niefortunne decyzje quest-designerów. Gdzieniegdzie pojawia się zakaz oddalenia się od celu misji, co niszczy całkowicie poczucie wolności, a same zadania potrafią być obrzydliwie sztampowe.  

… z drugiej strony – każdy przecież lubi pączki.

Zwłaszcza z lukrem.

Imperialista
10 stycznia 2015 - 16:28

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze
11.01.2015 11:17
DM
129
AFO Neptune

Serii Far Cry bardzo przydałby się jeden, ten sam bohater w stylu Nathana Drake'a - jakiś najemnik, poszukiwacz przygód - wtedy sens wkładania go w różne lokacje, lokalne konflikty, by pomagał partyzantom miałby sens, ręce i nogi, powtarzalność wszystkiego z poprzednich części nie byłaby denerwująca, a w pełni uzasadniona

Niestety, Ubi zakopało sobie chyba już tą możliwość i jedyne co zmienia to właśnie bohatera, który staje się nim od zera - w jakieś pół minuty.

W FC4 podoba mi się system wspinania, perfekcyjnie to zrobili, niestety - trochę denerwuje, gdy do jakieś lokacji trzeba biec gdzieś kilometry naookoło, bo pod ręką nie ma miejsca na wbicie haka, czy minikoptera...

A gdzieś tam twórcy się chwalili, że Pagana jest 3 razy więcej w grze niż Vaasa ;) (ale fakt, że kompletnie położyli tą postać)

11.01.2015 11:45
odpowiedz
NewGravedigger
105
spokooj grabarza

Akurat Pagan był chyba najlepszym elementem w tej grze. Jego telefon, by sprawdzić tylko, czy się odezwę rozbawił mnie.

11.01.2015 17:42
odpowiedz
Imperialista
20
Centurion

@DM, ciekawe spostrzeżenie. Generalnie to wiadomo, łatwiej jest fabułę oprzeć na "od zera do bohatera", bo jest to założenie które w naturalny sposób gwarantuje rozciągnięcie rozgrywki o kilkanaście "pustych" godzin. Chociaż byłem bardzo zdziwiony, że sposób wprowadzenia Ajaya jest jeszcze głupszy niż w przypadku poprzednika. Ubi ma chyba gdzieś, czy to się jakkolwiek klei.

No i druga sprawa - Ubi od czasu trylogii Piasków Czasu i pierwszego Fishera nie było w stanie stworzyć ani jednego bohatera, w którego skórę miałbym ochotę wrócić w sequelu. Straciłem nadzieję, że jakiekolwiek ich studio wewnętrzne potrafi zrobić to dobrze. I to jest szalenie przykre, bo Far Cry jest technicznie bardzo dobry i gdyby dolać tam wiadro charyzmy, upierdliwe powtarzalności prawdopodobnie straciłyby na znaczeniu.

Tymczasem nie może mnie opuścić wrażenie obcowania z wydmuszką. Far Cry 4 nie jest ani mistyczny, ani poważni, ani żartobliwy. Jest boleśnie niedookreślony. Mimo wszystko, świetnie mi się w to grało - nie chciałem ocenić inaczej.

11.01.2015 18:00
odpowiedz
bizon1807
25
Legend

Kto według Was jest lepszy: Pagan czy Vaas? Bo nie grałem jeszcze w FC4 a dużo klimatu w FC3 wprowadził Vaas, gdyby nie on to nie dałbym tej grze bodajże 9,5.

11.01.2015 18:11
odpowiedz
Imperialista
20
Centurion

Nie ma co porównywać, Vaas wygrywa. W ogóle Vaas jest chyba najlepszym czarnym charakterem od niepamiętnych czasów, wielkim grzechem było ograniczenie jego roli do jedynie kilku występów.

Przeczytałem gdzieś opinię, że Pagana prawdopodobnie bili kiedyś w szkole. Jego rys charakterologiczny faktycznie może na to wskazywać. ;)

Uczciwie trzeba też przyznać, że Pagan ma w głowie zdecydowanie mniej najebane w porównaniu z Vaasem. Jego wizja ma sens. A że w trakcie jej realizacji spadnie kilka głów... Cóż.

11.01.2015 18:15
odpowiedz
bizon1807
25
Legend

Uczciwie trzeba też przyznać, że Pagan ma w głowie zdecydowanie mniej najebane w porównaniu z Vaasem
Bo Vaas był cały czas naćpany :D

11.01.2015 19:13
odpowiedz
DM
129
AFO Neptune

Vaas to jest majstersztyk w kreacji postaci - wizualnie, głosem, zachowaniem - bije większość filmowych bohaterów, nie tylko z gier...
Pagana chcieli zrobić w podobny sposób, co im kompletnie nie wyszlo, bo takie kalki się po prostu nie sprawdzają...

11.01.2015 19:39
odpowiedz
Imperialista
20
Centurion

Czy ja wiem, czy chcieli zrobić w podobny sposób? Wg. mnie Pagan miał być taki... sophisticated. Tyle że wizja po drodze się gdzieś rozmyła.

11.01.2015 21:08
odpowiedz
NewGravedigger
105
spokooj grabarza

nie wiem, co wy macie do tego Pagana. W głowie ludziom siedzi cały czas poprzednik, któy pojawił się raptem w 3 filmikach i zginął w najbardziej absurdalnym boss fight ever.

Pagan jest dyktatorem. Specyficzna postać, która jako jedyna traktuje naszego bohatera serio. On nie ma być kalką Vaasa.

11.01.2015 21:28
odpowiedz
Ozajasz Goldstein
1
Legionista

Obniżyłbym o 5 punktów w dół.

Jeśli nie zaczniemy punktować, że kalki kolejnych części, to coś złego, niebawem doświadczymy wysypu kserokopii kolejnych gier. I co z tego ze gra sie dobrze, jesli po dobrej trojce juz próbują paść złotą kurę, huh ?

11.01.2015 21:29
odpowiedz
USSCheyenne
46
Wiedźmin 3

...i zginął w najbardziej absurdalnym boss fight ever.

Oj tak. FC3 roi się od absurdów i fatalnych decyzji projektowych a walki z głównymi złymi bez dwóch zdań wspinają się na wyżyny zaserwowanych nam idiotyzmów.

12.01.2015 14:22
odpowiedz
Imperialista
20
Centurion

@NewGravedigger Nie do końca zgadzam się z absurdalnością tej walki! Była niesztampowa, jak cała postać Vaasa, w dodatku brak wyzwania w tej części był w pełni uzasadniony sądząc po tym, co Vaas wówczas mówi. Jedynym problemem z tą walką było to, że nastąpiła ona tak szybko. Idiotycznym posunięciem było wrzucenie Hyota jako bossa ostatecznego, w tej części gry już kompletnie straciłem zainteresowanie opowieścią.

W FC4 już tego błędu nie powtórzono. W sumie ta dyskusja zainspirowała mnie do wpisu zestawiającego tych panów ze sobą ;)

12.01.2015 15:20
odpowiedz
Gambrinus84
77
GOL

Pagan to jeden z najlepszych "złych" ostatnich lat. Sama gra ma swoje doły (niektóre misje, w pewnym momencie monotonia tradycyjna dla sandboksów, problemy z optymalizacją, faile na starcie), ale dla mnie to mocna 9/10 i druga ulubiona gra 2014 roku. Po Wolfensteinie.

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze