Wszystkie grzechy DC. Czy jest nadzieja dla uniwersum? - MaciejWozniak - 7 czerwca 2017

Wszystkie grzechy DC. Czy jest nadzieja dla uniwersum?

DC bardzo chciałoby mieć swoje własne, piękne, rozwinięte kinowe uniwersum. Chwalone przez krytyków i hołubione przez widownię. Niestety na razie próby jego stworzenia to festiwal błędów i pomyłek. Choć trzeba przyznać, że „Wonder Woman” przyniosła włodarzom DC pewne światełko nadziei. Czemu dotychczasowe filmy poniosły porażki, czemu film o wojowniczej Amazonce ponieść jej nie musi i czy uniwersum DC ma szansę na harmonijny rozwój?

Bohaterowie z nieodpowiedniej gliny?

Naturalne porównanie, jakie przychodzi na myśl każdemu kinomanowi, to zestawienie DC i Marvela. Nie ma przed tym ucieczki, jako że oba bastiony superbohaterskiego komiksu rywalizują ze sobą od dekad, a DC postanowiło zabawić się w kreowanie własnego filmowego świata kilka lat po tym, jak Marvel rozpoczął swój wielofazowy projekt. Widz zastanawiający się nad powodami dotychczasowych niepowodzeń DC stawia sobie szereg pytań o to, dlaczego właściwie tak się stało. Pierwsza intuicyjna myśl dotyczy bohaterów. Może po prostu w Supermanie i innych herosach z tego obozu nie ma nic ciekawego? Może nie da się wokół nich wykreować interesującego świata, wciągających historii i wiarygodnych portretów bohaterów?

Powyższe założenie należy jednak stanowczo odrzucić. Spójrzmy na bohaterów Marvela i DC, czy rzeczywiście są od siebie tak różni, czy Avengers są tak diametralnie odmienni od Justice League? Nie chodzi nawet o to, że wielu bohaterów obu studiów można wręcz zestawiać w pary na zasadzie podobieństw (Flash i Quicksilver, czy Hawkeye i Green Arrow to tylko niektóre przykłady). Fani komiksów tych starszych i tych nowszych wiedzą, że i owszem, bohaterowie ci byli u zarania dziejów miałcy i płascy (tak Superman, jak i Kapitan Ameryka), ale wraz z upływem lat ich historie stały się bardziej skomplikowane i psychologicznie pogłębione (w ten czy inny sposób). Nie ma zatem powodów, aby jedna grupa superbohaterów nadawała się na protagonistów ciekawego kina, a druga nie.

Spójrzmy zresztą na tak skonstruowany opis: „Człowiek obdarzony ponadludzką siłą, szybkością i refleksem. Stojący na straży sprawiedliwości, zawsze kierujący się honorem. Walczący ze złem wszystkimi siłami. W swoich bojach napotyka galerię najrozmaitszych postaci, tak zwykłych oprychów, jak i superprzestępców, a nawet kosmitów. Często w walce pomagają mu jego przyjaciele, też superbohaterowie, których jest przywódcą”.

Czy to rzeczywiście ma znaczenie, czy ów bohater pochodzi z Kryptona, czy dostał swoje moce w wyniku naukowego eksperymentu, a tarczę z wibranium jako bonus? Widać, że i jedni, i drudzy herosi są ulepieni z podobnej gliny, więc nie ich istota stanowi o słabości filmów DC.

Zbyt potężni?

Może problem jest o wiele prostszy i chodzi o to, że taki Superman jako postać wręcz niezwyciężona jest zwyczajnie nudny? Być może jego potęga tylko pogłębia problemy, jakie może, choć nie musi rodzić płaskość jego nieodpowiednio pogłębionego charakteru. To założenie skądinąd słuszne, ale przecież i tu wszyscy wiemy, że to nie do końca prawda, jako że i Superman ma swoje słabości pod postacią pewnych zielonych kamyków. Poza tym  potężna moc nie musi koniecznie oznaczać nudy. Dowodem na to może być serial o „Luke’u Cage’u” od Netflixa, gdzie tytułowy bohater dysponujący kuloodporną skórą jest praktycznie niezwyciężony, a jednak jego przygody w Harlemie wzbogacone o specyficzny „czarny” klimat ogląda się z niesłabnącym zainteresowaniem, widzi się i czuje jego motywacje i łatwo wchodzi w klimatyczny świat. Podobnie sprawa wygląda w przypadku bohatera z… DC, ale nie z filmów, lecz z seriali. Flash z serialu stacji CW dysponuje mocą naprawdę gigantyczną, będąc najszybszym człowiekiem na planecie, a jednak napotyka na godnych przeciwników, tocząc pojedynki z innymi sprinterami, a przede wszystkim jego świat pełen jest emocjonalnych dylematów i sympatycznych bohaterów, którym z chęcią kibicujemy. To nie nadmiar mocy jest więc problemem Supermana, lecz niedobór kilku innych kluczowych dla dobrej rozrywki elementów.

Emocje i dystans

Produkcje komiksowe to bardzo specyficzny podgatunek filmowy. Z jednej strony możemy je zaklasyfikować jako filmy akcji, fantasy, czy science-fiction, ale jednocześnie czujemy, że mimo wszystko cały czas nie są to historie, których nie możemy wziąć do końca na poważnie, że u swych podstaw są popkulturowymi odpowiednikami dawnych mitów. Mają sławić dzielność i odwagę, mówić o bohaterstwie i może przemycać kilka dodatkowych tematów, ale przede wszystkim bawić porywającymi scenami walk i kreacją fantastycznych światów. Tymczasem, gdy patrzymy na „Człowieka ze stali”, widzimy, że historia Człowieka z Kryptona została potraktowana nader poważnie, zbyt poważnie. Twórcy starali się tutaj powtórzyć niezaprzeczalny sukces trylogii o Batmanie spod ręki Christophera Nolana, ale zapomnieli, że po pierwsze Superman to nie Batman i nie można go po prostu przybrać w ciut bardziej mroczny klimat i liczyć na to, że wszystko się uda, a po drugie takie „poważne eksperymenty” może sprawdziłyby się w pojedynczym filmie, ale nie w tytule, który miał być uwerturą dla całego cyklu. Przypomnijmy sobie pierwszego „Iron Mana”. Tam główny bohater nie tylko latał w lśniącej zbroi, ale też olśniewał dowcipem i charyzmą, tymczasem Henry Cavill pokazał wyjątkowo toporną grę aktorską. Tu znów trudno zwalać winę wyłącznie na postać Supermana, bo wszak Christopher Reeves swój urok miał.

Po raz kolejny można przywołać przykład seriali od DC realizowanych przez CW. „Flash” to nie tylko pojedynki z meta ludźmi i ratowanie świata, ale też zabawne perypetie bohaterów przeżywających swoje małe codzienne dramaty. Wszystko tu jest oczywiście polane słodkim lukrem, bo jednak jest to serial dla młodzieży, ale oglądając tę produkcję nie mamy wrażenia infantylizmu, lecz cieszymy się dobrą zabawą i sprawnie prowadzoną akcją. Podobnie jest w przypadku starającego się zachować nieco poważniejszy klimat „Arrow”. Oliver Queen jest kimś w rodzaju Mrocznego Rycerza w serialowym uniwersum i sprawuje się w tej roli bardzo dobrze. Wywołuje w nas podziw swoimi umiejętnościami strzelca oraz nieustanną ciekawość tajemnicami, które skrywa. Wszystkiemu dopomaga zmyślna narracja łącząca wątek z teraźniejszości z retrospekcjami z pobytu bohatera na bezludnej wyspie. Jednak również „Arrow” często raczący nas tyradami o wielkiej misji i walce ze złem często prezentuje luźniejsze wątki, raz po raz rozładowując nadmiar powagi. Wnioski? Superbohaterowie potrzebują emocji i dobrze zrealizowanej akcji, ale też szczypty humoru. Proste.

Piętno Snydera?

Niestety w najnowszych filmach o Supermanie od DC tego zupełnie nie widać. Emocje niby powinny być, jako że mamy tu walkę o losy planety, zemstę, odkrywanie mocy przez Supermana, a jednak… ta historia nas nie angażuje ani trochę. Bohaterowie są nam w zasadzie obojętni, a stale wyczuwalna powaga zwyczajnie męczy, tym bardziej, że jest potęgowana przez odczucia wizualne wywoływane przez bardzo chłodny obraz przemielony przez odpowiednią liczbę filtrów. Ten zabieg Zacka Snydera miał nadać całości realizmu, ale jest pustym gestem w obliczu nijakich postaci i tożsamej fabuły.

Te same błędy i kilka kolejnych popełniono przy „Batman vs. Superman”. Widoczny jest tu nadmierny pośpiech w konstruowaniu uniwersum. Chciano za wszelką cenę jak najszybciej wprowadzić Batmana, co doprowadziło do zbrukania postaci Mrocznego Rycerza (i to mimo rzeczywiście wielkich wysiłków Bena Afflecka dobrze pasującego do tej roli) oraz nie pozwoliło rozwinąć skrzydeł Supermanowi. W tym filmie ani nie tworzy się więź między widzami i Batmanem, ani nie dano szansy na charakterologiczną ewolucję Supermanowi. Sam pomysł na zestawienie obu panów w walce wydaje się zresztą karkołomny, ale jak widzieliśmy nieraz pozorna nierównowaga sił między nimi może być łatwo zniwelowana. Gorzej, że obaj w tym filmie prezentują ciąg nielogicznych reakcji i decyzji, a sposób ich ostatecznego pojednania („Martha będzie żyć!”) jest po prostu niedorzeczny.

W tym tytule luzu nie mieliśmy ani trochę, za to całą masę akcji, a wręcz jej przesyt. Czy rzeczywiście trzeba było wprowadzać postać Wonder Woman już w tym filmie? Czy przy festiwalu atrakcji prowadzonym przez przerysowanego Lexa Luthora naprawdę potrzebowaliśmy w finale wielkiej miejskiej apokalipsy przyniesionej przez Doomsdaya? Oglądając „Batman vs. Superman”, trudno nie odnieść wrażenia, że twórcy chcieli nadrobić kilka lat tworzenia uniwersum, a przy tym nie bardzo wiedzieli, co robią. Superman jak był nijaki i pogubiony, taki pozostał, ale szkoda w tym wszystkim Batmana, który w kreacji Afflecka chwilami prezentował się wyśmienicie (a właściwie w jednej chwili – walki z porywaczami z końcówki filmu), ale zatonął w odmętach scenariuszowych bzdur. Ani nie imponował inteligencją, ani nie czuliśmy ducha mrocznej tajemnicy… Nic, po prostu nic. A przecież fani seriali DC wiedzą, że połączenie super mocy Flasha z łukiem Green Arrowa może przynieść zaskakująco udaną mieszankę. Może, ale kiedy do historii podchodzi się z dystansem.

Upadek i nadzieja

Nadmiar źle rozumianego dystansu zaprezentowano w „Suicide Squad”. Wielu fanów ostrzyło sobie zęby na ten tytuł, licząc na nowe fascynujące wcielenie Jokera w wydaniu Jareda Leto i pełną niespodzianek podróż ze złoczyńcami w roli głównej. Co powinno być solą tego filmu? Wyczyny złych ludzi, ukazanie nietypowych relacji między nimi i pokazanie ich jako ciekawych antybohaterów. Zamiast tego wszystkie postaci zostały siłą zaprzęgnięte w tryby machiny, która uczyniła z nich nudny zastęp super… bohaterów walczących ze złą wiedźmą. Trudno było nie odnieść wrażenia, że Will Smith negocjując rolę Deadshota powiedział producentom „Ok, ale żeby jednak wyszło, że jestem dobry”. Wielki błąd. Brak chemii między postaciami zabił ten film. Siermiężne dowcipy wciskane na siłę odnoszące się do tego, że Killer Croc jest brzydki, albo że nasi bohaterowie (podobno) są źli, nie tylko tego filmu nie uratowały, ale dodatkowo pogorszyły sprawę. Zwiastuny zapowiadały „Suicide Squad” jako szaloną jazdę bez trzymanki z masą fajerwerków. A dostaliśmy chaotyczne dziwactwo i nawet Joker był tu jakby doklejony na siłę, przerysowany, ale nie w wirtuozerski sposób a’la Nicholson, tylko w irytujący, czyniący z tej genialnej postaci po prostu kolejnego sztampowego zbira.

Nudni bohaterowie, zbyt skomplikowana fabuła, brak odpowiedniego dystansu, nieciekawa realizacja plastyczna (mroczne filtry) – więcej nie trzeba, aby odrzucić widzów od uniwersum. Czy dla DC jest nadzieja i czy nadchodząca „Liga Sprawiedliwych” jednak ma szanse powodzenia? Mimo wszystko nie warto tego projektu jeszcze zupełnie skreślać. Wiarę w serca fanów DC ostatnio wlała Wonder Woman we własnej osobie. Jej film co prawda wciąż miał pewne skazy, ale przynajmniej stanowił godziwą rozrywkę. W produkcji wyreżyserowanej przez Patty Jenkins w końcu udało się podejść do postaci i historii z odrobiną dobrze wyważonego humoru. Żarty z pozbawionego mężczyzn świata amazonek i królewsko-mitycznego pochodzenia Diany w przeciwieństwie do poprzednich tytułów nie wywoływały uśmiechu politowania, lecz szczery śmiech. Sama bohaterka została ukazana jako połączenie przeciwstawnych żywiołów – delikatności i niewinności z odwagą i walecznością. Wywoływała tym samym sympatię widza, a popisy jej umiejętności były naprawdę świetnymi scenami akcji (te zresztą zawsze ogląda się o wiele lepiej, gdy obchodzi nas los bohaterów). Oczywiście dostaliśmy też parę uproszczeń fabularnych, ale osadzona w realiach I wojny światowej historia w końcu przedstawiła jakiegoś bohatera uniwersum DC w ciekawy sposób.

Być może doczekamy się też godnego przedstawienia historii Batmana. Współscenarzystą „The Batman” jest nie tylko sam Ben Affleck, ale także twórca serialowego Flasha „Geoff Johns. Przeciwnikiem Mrocznego Rycerza w tym filmie ma być zaś Deathstroke, więc może to zapowiadać interesujący pojedynek rodem z męskiego kina akcji. Obecność Johnsa jako scenarzysty może zaś przynieść powiew świeżości, której zdecydowanie brakowało Rycerzowi Gotham w „Batman vs Superman” (krótkiego cameo w „Suicide Squad” nie sposób oceniać). Wielu krytykowało Afflecka za ostatni film, ale te oskarżenia musiały być podyktowane w głównej mierze negatywnym odbiorem całej historii. Jeśli oderwiemy samą grę Afflecka od reszty „Batman vs Superman”, zauważymy, że prezentował się naprawdę dobrze, szczególnie jako Bruce Wayne. Miał w sobie pewną siłę i elegancję charakterystyczne dla Wayne’a. Oczywiście nie mógł wygrać z fatalnym scenariuszem, ale możemy być pewni, że z dobrą podstawą historii Affleck nie zawiedzie i będzie w stanie zaprezentować Batmana silnego, sprytnego, bohaterskiego. Trochę na wzór postaci, której głos podkładał Kelvin Conroy w „Batman: The Animated Series”.

Być może twórcy wyciągną jakieś wnioski z fiaska spotkania Batmana i Supermana i w samej „Lidze Sprawiedliwości” zadbają o lepszą dynamikę relacji między bohaterami, jak też nie przeładują filmu nadmiarem wątków. Nie będzie to łatwe, zważywszy, że w tym filmie mamy spotkać po raz pierwszy aż trzech nowych bohaterów – Cyborga, Flasha i Aquamana. Z jednej strony „Wonder Woman” pokazała, że DC potrafi zmienić podejście, a z drugiej pozostaje pytanie – czy to samo potrafi Zack Snyder? Choć reżyser z powodu poważnych problemów osobistych (samobójstwa córki) filmu nie ukończył i zrobił to za niego Joss Whedon, jednak całość koncepcji znów należy do twórcy „Człowieka ze stali” i „Batman vs. Superman”. Choć po jego poprzednich podejściach można było stracić jakąkolwiek wiarę w „Ligę Sprawiedliwości” po „Wonder Woman” można dać ponownie kredyt zaufania DC. Widać bowiem, że powoli, ale jednak uczy się na dotychczasowych horrendalnych błędach. Oby ten kredyt udało się spłacić już w listopadzie. 

MaciejWozniak
7 czerwca 2017 - 16:14

Komentarze Czytelników (28)

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze
08.06.2017 10:31
Black Star
36
Centurion

Cała analiza ciekawa, zgadzam się zwłaszcza ze środkowym fragmentem. Również moim zdaniem to że DC nie odniosło takiego sukcesu jak Marvel jest bardzo prosty. Za szybko i za dużo naraz. Marvel budował swoje Uniwersum powoli, latami, testując różnych bohaterów w różnych rolach, szukając złotych środków, przemycając smaczki. Jak wychodzili pierwsi Avengers to znaliśmy już dobrze Thora, Iron Mana czy Capt. Ameryke. A tutaj mieliśmy najpierw Man of Steel w którym wprawdzie wątków i smaczków prawie nie ma, i podobnie jak pierwszy Iron Man jako wprowadzenie może być. Tylko potem zamiast zrobić solowy film Batmana dali nam BvS. I to jeszcze jest byłoby ok, gdyby nie liczba wątków powciskanych do filmu. Mamy trochę historii z Dark Knights Return, trochę Death of Superman, trochę Injustice, trochę Flashpoint Paradox i wychodzi totalny bałagan. Ktoś nieobyty w komiksach w ogóle mógł się nie połapać o co chodzi ze snem Batmana, o co biega z cofającym się w czasie Flashem, co to za latające kreatury (słudzy Darkseida) itd. Wonder Woman jest w tym filmie zupełnie niepotrzebna, tak jak wiele innych wątków. O fatalnie zepsutym Lexie, największym nemezis Suppa, nawet nie wspomnę. I tak jak wspomniał redaktor, kompletnie w tym filmie zgubił się wątek Suppa i Gacka i ich przyjaźni. Przyjaźni która leży u fundamentów JL, która w komiksach jest często bardzo fajnie napisana i wręcz ikoniczna. To przyjaźń trudna, ale mimo wszystko jedna z lepiej narysowanych na łamach komiksów. Warner Bros za późno obudzili się z ręką w nocniku, że mają kurę znoszącą złote jaja, za długo patrzyli na sukces Marvela, a jak w końcu się obudzili to postanowili powciskać parę lat budowania wątków w jeden film i wyszło jak wyszło.

post wyedytowany przez Black Star 2017-06-08 10:35:48
08.06.2017 14:28
odpowiedz
3 odpowiedzi
alchemiakr
34
Konsul

Filmów DC prawie w ogóle nie oglądałem, chyba nawet żadnego filmu nie oglądałem od początku do końca. Ale ten rynsztok od Marvela którym się wszyscy podniecają to coś śmiesznego.

Przecież w tych obecnych filmach Marvela, postacie zwłaszcza czarne charaktery mają kostiumy jak jakieś roboty z Mangowych Bajek który nie mają nic wspólnego z komiksowymi odpowiednikami (Rhino, Electro, Vulture, Shocker), popatrzcie na Harley Quinn z Suicide Squad lub Wonder Woman te stroje są nawet lepsze niż ich komiksowe wersje.

To wychwalanie głupich filmów Marvela to chyba jakaś agentura i zwykłe fanbojstwo które jest głośne na zachodnich głównie Amerykańskich forach.

Jedyne co było dobre od Marvela to te stare Spider-Many z Tobey Maguire, w 2002 roku w kinie robiło to wrażenie, teraz jak już puszczają na Polsacie z Polskim lektorem i reklamami po 20 minut to już trochę gorzej to wygląda niż te 15 lat temu.

08.06.2017 21:43
odpowiedz
Ksanth
90
Lord Sith

Dobry tekst. Dodatkowo bym dodal ze DC miota sie miedzy PG12 a mrocznym super bohaterskim kinem jak Straznicy. Z jednej strony chca zrobic powazne kino, a z drugiej chca dzieci w kinie na seansie. I tego polaczyc sie nie da.

09.06.2017 00:02
odpowiedz
1 odpowiedź
Cobrasss
119
Senator

Szanuję filmy na bazie komiksów ale Brakuje mi różnorodności.
No dobra mamy Batmana,Spider-Mana,Thora, Ale nie w tym rzecz.

Te postacie są dość znane czemu nie stworzyć film o Cloaku i Dagger albo Bizzaro (:D A czemu nie?)

09.06.2017 07:47
odpowiedz
1 odpowiedź
Dogmaticus
90
Konsul

Hmmm mój wywód z wczoraj się nie opublikował ;). To ja jeszcze raz i krótko.

Nie rozumiem krytykowania filmów DC. BvS to świetny film, który kładzie podwaliny pod całe uniwersum. Już po Wonder Woman widać jak fabuła powoli się zacznie zazębiać. BvS jest pełen easter eggów, w dodatku jest najwierniejszym komiksom filmem jaki kiedykolwiek zrobiono.

Filmy Marvela są zupełnie inne. Lżejsze i bardzo różne. Najlepszym przykładem na ich różnorodność jest Kapitan Ameryka. Niezły, nostalgiczny "First Avenger", intrygujący thriller polityczny w "Zimowym Żołnierzu" i wreszcie "Civil War", który jest absolutnie najgorszym filmem Marvela. Prawdę powiedziawszy jest definicją tego czego NIE należy robić w kinie i tego jak opluć doskonały komiks. Niespójny, nielogiczny, ze średnio pasującym humorem, fatalnym złoczyńcą, którego obecność w filmie jest w ogóle niepotrzebna z racji słabiutkiej konstrukcji fabuły.

Ja nie chcę żeby DC było bliżej Marvela. Chcę żeby szło własną drogą. Nawet mocno przeciętny Suicide Squad miał jednak wyróżniający DC sznyt, a postaci pokazane były w sposób doskonale oddający to, co znamy z komiksów.

Wreszcie BvS nie jest filmem dla każdego. Moim zdaniem już w wersji kinowej był świetny. Ale to wysokobudżetowy film, który nakręcony jest jak film niezależny, offowy. Pełen symboliki, zasianych wątków (niewątpliwie gotowych do rozwinięcia przez kolejne filmy), doskonale zagrany, bardzo klimatyczny, świetnie wyreżyserowany i z tak smacznymi komiksowymi odwołaniami, że Marvel mógłby się tego tylko uczyć. Ale to zasługa geniuszu Snydera.

Myślę, że w miarę rozwijania się filmowego uniwersum DC, pojawiania kolejnych filmów z czasem BvS będzie postrzegany jako wyjątkowe dzieło, którym niewątpliwie jest.

Mnie ten film urzekł i artystycznie i fabularnie.

09.06.2017 08:14
odpowiedz
1 odpowiedź
Niedzielny Gracz
44
Pretorianin

Fabularnie i artystycznie BvS jest lata świetlne przed jakimkolwiek filmem Marvela. W zasadzie nie można mieć pretensji do tych ostatnich. Robią filmy dla dzieci, a Warner dla wymagającego widza.

09.06.2017 08:42
odpowiedz
Tomsonz
2
Junior

Tekst w stylu ,,a dlaczego niebo jest niebieskie ?".

Niektórzy nie rozumieją, że filmy tworzone na podstawie książek, komiksów są tylko a może aż ,,Luźnie" wzorowane.

Poza tym, nie czarujmy się, dzisiejsze kino nie stoi na jakimś wysokim poziomie.

09.06.2017 08:50
odpowiedz
Camelson
11
Senator

Jak czytam takie brednie, że BvS stworzyło podwaliny albo filmy DC są dla dorosłego odbiorcy, a Marvela to bajki to po prostu na taki śmiech mnie zbiera, że mięśnie brzucha robię instant.

Przede wszystkim BvS zaczyna się w pewnym punkcie uniwersum - nie jest dobrymi podwalinami. Bohaterowie (prócz Supka i teraz WW) nie mają origin story. Nie ma go Batman. Flash też nie. Jak można tworzyć JL bez wcześniejszych origin story bohaterów? Przecież to głupota. To tyle jeśli chodzi o argument tworzenia podwalin.

BvS jest pełen easter eggów, w dodatku jest najwierniejszym komiksom filmem jaki kiedykolwiek zrobiono.

Jest pełen bezsensownych nawiązań do komiksów bez kontekstu. Najlepszy jest "sen" Bruce`a z Flashem zwiastujący Kryzys na Nieskończonych Ziemiach. To jest tak z dupy i tak niepotrzebne, że jest chyba właśnie po to - żeby fani komiksów mogli się masturbować jak Snyder dał easter egg.

Wreszcie BvS nie jest filmem dla każdego. [...] Ale to zasługa geniuszu Snydera.

Snyder nie jest geniuszem. 300 to bardzo dobry film, ale już Watchmen jest średni. BvS jest beznadziejny. Ma głupawego villaina, który poza wyglądem w niczym nie przypomina komiksowego syna Lexa. Jest miksem Jokera i Lexa. Jest masa plot device dzięki którym typ przewiduje kilka ruchów do przodu (a już ten cały plan, żeby ustawić walkę Batmana z Supkiem jest tak debilny, bo typ w międzyczasie tworzy Doomsdaya, który jest niszczycielskim potworem, LOL, to gdzie furtka, gdyby plan walki BvS się udał?). BvS jest nudny. Jest filmem o niczym (bo serio, o czym ten film jest?). Pozuje na mroczny, bo taki filtr jest nałożony i fanboye DC mogą fapać pod ten cały mrok, a tak naprawdę bohaterowie są idiotami na czele z Batmanem, który tak łatwo daje się prowokować, że wystarczy głupia kartka z podpisami o tym, że "pozwoliłeś zginąć swojej rodzinie (pomijam fakt, że Lex na tym etapie nie wiadomo skąd wie o tożsamości Batmana). W całym filmie najlepsza jest walka Batmana w magazynie. Tam nie usnąłem. Pościg Batmobilem jest tak żenująco sfilmowany, że kamerzyści powinni migiem zabrać się za oglądanie Mad Maxa.

Już pomijam różnorodność uniwersum. Taki Winter Soldier to film z poważnym przesłaniem, o tym ile inwigilacji potrzeba za cenę bezpieczeństwa. Guardians of the Galaxy to komedia, Thory to komedie, Iron-many to trochę komedii i poważnej hstiroii, CW to film poważny, tworzący podwaliny pod IW. Masz masę różnorodności. A DC? Filmy z czarnym filtrem, nawet taka komedyjka jak SS musiała mieć czarne filtry, no bo jak to tak wyjść z mroku do bajeczek Marvela? Trzeba się masturbować pod ten mrok! Patrzcie jak to ocieka mrokiem, jesteśmy źli! (mimo, że SS cukierkowo się kończy i żaden z bohaterów nic złego nie robi, no ale hej, badguye :----DDDD).

Jeśli CW to najgorszy film Marvela, to BvS jest jednym z najgorszych filmów w historii. Powierzchniowo głęboki, w środku płytki, z masą fabularnych dziur, debilnie rozpisanymi bohaterami w niczym nieprzypominającymi tych z komiksów (Sup jako Badguy i typ grożący, że rozwali Batmana? batman jako debil, a nie genialny detektyw?).

Niespójny, nielogiczny, ze średnio pasującym humorem, fatalnym złoczyńcą,

A jakich złoczyńców miało do tej pory DC? Lexo-Jokera z plot device`ami? To coś z WW? Czy może debilną wiedźmę z SS, której przez 90% filmu nie widać?

No i wskaż te nielogiczności bardzo proszę, bo ja mogę do tego co napisałem o BvS z 10 dodatkowo napisać. To ile tam scenariusz ma dziur (no ale w końcu przepisał go Chris Terrio, to nic dziwnego) to aż głowa boli.

CW dobrze oddaje komiks, są modyfikacje, ale są one zrobione na potrzeby kina. Film słodko-gorzko się kończy, pozostawia furtkę do Nieskończonej Wojny, ma świetnie napisanych bohaterów, u których widać zmiany od początku uniwersum. I początkowo filmy Marvela były średnie, tak z czasem stały się po prostu najlepszymi w swojej klasie. Deklasują to nudne badziewie jakie wyrzyguje do tej pory DC i nawet JL przejęło stylistykę Avengers, no ale wiadomo, Marvel gorszy. To ciekawe, czemu DC zmienia dryf w kierunku humoru i luzu :) I zapomniałbym o obowiązkowych dokrętkach, już chyba druga seria ich leci. Nice.

Fabularnie i artystycznie BvS jest lata świetlne przed jakimkolwiek filmem Marvela

Nie jest. Batman ma genialny strój i WW, ale sup wygląda jak ubrany w jakiś sado-latex, Flash jak Iron-man, a Cyborg to porażka całkowita.

post wyedytowany przez Camelson 2017-06-09 08:55:39
09.06.2017 12:52
odpowiedz
2 odpowiedzi
Niedzielny Gracz
44
Pretorianin

Wszystkie filmy Marvela z tej ich początkowej 1. fazy, poniosły finansową porażkę w porównaniu z ówczesnymi filmami DC. Dopiero 6. film (Avengers) uratował MCU.

2008

Mroczny Rycerz - $1mld
IronMan - $600mln
Hulk - $263

2011

The Dark Knight Rises $1,1mld
Kapitan Ameryka - $370

Szczególną porażką okazał się Kapitan Ameryka. Ogólnie Marvel nie ma szczęścia do pierwszych częśc swoich filmów. Żadna z nich nie przebiła produkcji DC. Nawet Superman, który miał być taką porażką, sprzedał się analogicznie lepiej niż obie części Ironmana.

09.06.2017 15:22
odpowiedz
Niedzielny Gracz
44
Pretorianin

Piszę o Man of Steel. Przez fanów Marvela przedstawianym jako porażka, a w ogólnym rozrachunku zarobił więcej niż wcześniejsze cześci IronMana.

MoS - $670 mln

Ironman - $590
Thor - 450
Kapitan Ameryka - $370
Hulk - $263

Tak jak widać, wszystkie filmy Marvela z 1. fazy były typu origin. Wprowadzały widza w przedstawiane światy. Zwrócił się tylko pierwszy Ironman. Dwójka była finansowym rozczarowaniem. Prawem sequeli jest zarobić znacznie więcej. Tu była porażka.

Tak więc - żaden film z 1. fazy MCU, poza zbiorczym Avengers, nie sprzedał się lepiej od filmów DC. W branży przyjęte jest, że przy $200mln budżetu film musi zarobić min. $500mln, żeby się tylko zwrócił.

Kapitan i Hulk to były ogromne porażki finansowe. Marvel nie jest w stanie zarobić na swoich postaciach w singlowych filmach. Dlatego wali crossovery licząc, że to przyciągnie więcej widzów. Przez to w nowym Spidermanie bardziej reklamowany jest Ironman, niż sam Spiderman.

Całą tą gameplayową analizę można rozbić o kant dupy. Jest pisana z pozycji nastolatka i fana Marcela. Do takich artykułów trzeba chłodnej refleksji podpartej liczbami. Pozdr.

09.06.2017 15:30
odpowiedz
1 odpowiedź
Niedzielny Gracz
44
Pretorianin

Camelson

Po historii twoich wpisów na tym forum, widzę, że jesteś niewyżytym nastolatkiem, który wpisuje się do każdego tematu. Ani razu nie pisałem do ciebie.

Czemu odnosisz się do przeszłości i I fazy? Bo pasuje do logiki?

Jeśli coś jest logiczne - jest słuszne. Skoro DC zrobiło dopiero 2 filmy swojego uniwersum, to należy je porównywać do 2. pierwszych filmów Marvela.

Na razie DC nie popełnił takich porażek jak Marvel z Kapitanem Ameryką, Thorem i Hulkiem.

09.06.2017 23:20
odpowiedz
1 odpowiedź
A.l.e.X
105
Alekde

Przecież Marvel jakościowo jest daleko za DC, poza jednym filmem Zimowy Żołnierz i Strażnikami serią nie wydał niczego co nie nadawałoby się do kosza z miejsca. Nie rozumiem jak mogą się komuś podobać marvelowe gnioty na jedno kopyto. W sumie to nawet wiem trzeba mieć niskie wymagania i wiek w okolicy 13 PEGI ')

post wyedytowany przez A.l.e.X 2017-06-09 23:22:21
10.06.2017 08:35
odpowiedz
5 odpowiedzi
EnX
105
White Dragon

Wypowiem się jako widz, który nie zna zupełnie komiksów, nigdy nie czytał Marvela ani DC, za to oglądał wszystkie filmy o superbohaterach.

DC ->
Batmany od Nolana, pierwszy świetny, drugi to majstersztyk, trzeci mocno średni.
MoS mi się podobał, fajna geneza supka, oglądałem nie raz.
BvS tak głupiego filmu dawno nie widziałem, dziura na dziurze, zupełny brak logiki, jakieś dziwne niezrozumiałe wstawki, w stylu snów Waynea.
WW, jeszcze nie oglądałem.

Marvel ->
Iron Many, jedynka bardzo fajna, dwójka głupawa, trójka za mandaryna ma u mnie spory plus.
Thory, jedynka fajna, typowa origin story, dwójka głupia, dziurawa, i mało logiczna.
Kapitan Ameryka, jedynka fajna, dwójka bardzo fajna, civil war jest ok, chociaż z butów nie wyrywa.
Ant-Man -> Fajny, śmieszkowy film, oglądałem nie raz.
Doctor Strange, fajny, trochę inny od typowych Marvelowskich produkcji, ale da się obejrzeć, trochę logika kuleje.
Avengers, jedynka fajna, dwójka z Ultronem też ok, ale coś mi tam nie pasowało.

Imo, marvel jest o lata świetlne przed DC, pod każdym względem.

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze