Mroczny Rycerz na łopatkach - recenzja Batman:Year One - eJay - 23 grudnia 2011

Mroczny Rycerz na łopatkach - recenzja Batman:Year One

Geneza Mrocznego Rycerza na kartach komiksu Year One zawsze wydawała mi się bardzo interesująca. Zupełnie inne podejście do tematu walki z przestępczością, motywy działania, wreszcie doskonale odzwierciedlony realizm „brudnego miasta” i ciekawie poprowadzona postać porucznika Gordona, który znacznie odbiegał od swojego fajtłapowatego wizerunku kupiły mnie bezgranicznie. Dlatego na wyjście animowanej ekranizacji Batman: Year One czekałem ze sporymi oczekiwaniami. Skoro materiał wyjściowy jest tak genialny, to co stało na przeszkodzie, aby animka była równie dojrzała i klimatyczna?

Nie lubię zaczynać recenzji od słowa „niestety”, ale tym razem nie mam po prostu wyjścia. Niestety, animowany Year One to porażka na całej linii. Z trudem przychodzi mi wymienienie jakichkolwiek zalet. Rozczarowałem się totalnie i w sumie dziwię się, że dotrwałem na seansie do końca. Za katastrofalny efekt odpowiadają moim zdaniem dwie osoby: Sam Liu oraz Lauren Montgomery. To właśnie ten duet reżyserski mógł spowodować, że Year One będzie filmem co najmniej bardzo dobrym, może nie dorównującym komiksowi, ale wciąż atrakcyjnym. Jednakże stało się zupełnie odwrotnie. Najbardziej rzucające się w oczy wady tej produkcji to:

  • fabularna mielizna – to co sprawdzało się w komiksie, nie sprawdziło się w ogóle w filmie. Przeskoki o kilkanaście/kilkadziesiąt dni szkodzą, powodują chaos i zostawiają mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Historia biegnie do przodu nie starając się o za bardzo o zachowanie ciągu przyczynowo-skutkowego. Ot po prostu oglądamy wyrwane z kontekstu sceny, które bardzo często ucinają się w połowie.

  • kompletnie zepsuta geneza Batmana – przy tak ważnym elemencie całej historii nie można „jechać” bezgranicznie na koncepcji Millera. W animce Year One wygląda to tak jakby Bruce Wayne po powrocie do Gotham kopnął w drzewo (które potem się przewróciło, lol), następnie zauważył nietoperza i....już. Mamy Batmana, mamy mściciela w kostiumie. Film wymaga rozwinięcia, skupienia się na poszczególnych czynnikach, na psychice bohatera. Nie można ot tak odbębnić transformacji.

  • Idiotyzm niektórych scen – wynika to z szatkowanej historii przeniesionej z komiksu. Jakież było moje zdziwienie gdy ni z gruchy ni z pietruchy akcja przeniosła się na środek ulicy gdzie Wayne urządził sobie sparing z Seliną Kyle. Walka oczywiście jałowa i bezsensowna, z której nic kompletnie nie wynika.

  • Wspomniana Selina Kyle... komiks, ok rozumiem. Ale w filmie ta postać po prostu przelatuje przez 2 sceny i tyle ją widzieliśmy.

  • Jakość dialogów – dramat. Wszyscy (może prócz Seliny) plumkają coś tam pod nosem, są do bólu „poważni”, smutni, zasępieni, zamyśleni. Przez chwilę myślałem, że Gotham to miasto samobójców. Wayne poza jedną sceną chodzi zbolały, Gordon jest nudziarzem do potęgi, a jego na szybko odbębniony romans (jak było w komiksie, to musi być również w filmie, nie?) po prostu zapycha czas, aby reżyser dobił do tych 60 minut. Tragedia.

  • Brak dobrej muzyki. Ta pojawia się w mocniejszej formie dopiero w napisach końcowych.

  • Brak określonego celu/wątku – generalnie to jest problem również komiksu. Reżyser mógł lepiej przedstawić Carmina Falcone i wówczas mielibyśmy rzetelny czarny carakter. Niestety, przez cały czas obserwujemy na przemian jak to Wayne sobie łazi po mieście, a Gordon...Gordon mówi do siebie.

  • Kretyńskie sceny akcji. Przykład: Wayne bez kostiumu i gadżetów biegnie na dachu bo ja wiem, może 8-piętrowca, spogląda w dół i skacze na dach ciężarówki. Z 8-piętrowego budynku. Aha. Dalej jest jeszcze lepiej. Wayne z Gordonem skaczą z mostu na wysokości kilkudziesięciu metrów. Reżyser robi cięcie i pokazuje jak obaj otrzepują się z błota. Nosz do....wafla. Czy ktoś myślał tworząc takie kwasy?

Batman: Year One zawiódł mnie potwornie. Seans filmu Sama Liu oraz Lauren Montgomery był dla mnie traumatycznym przeżyciem, gdyż zwyczajnie pokazał lenistwo i brak inwencji u twórców. Komiks o takiej konstrukcji fabularnej nie nadaje się na pełnoprawną ekranizację, no chyba, że ktoś wykaże się inteligencją i zrobi z tego dwugodzinną historię, która będzie krążyła wokół komiksowych wątków, natomiast nie będzie się na nich zamykać. Batman: Year One to fuszerka, zrobiona na szybko i bez polotu.

OCENA 2/10

Korzystając z okazji - wszystkim czytelnikom gameplay.pl oraz Gry-OnLine.pl życzę spokojnych i wesołych świąt oraz szczęśliwego nowego roku!

eJay
23 grudnia 2011 - 21:48

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
24.12.2011 12:39
Scott P.
👍
Scott P.
95
Generał

Według mnie największą wadą Batman: Year One jest to, że w ogóle nie zapada w pamięć. Oglądałem ten film miesiąc temu i ledwo go pamiętam. A do mniejszych wad zaliczyłbym animacje komputerową która w niektórych momentach strasznie odstaje od klasycznej animacji. Postać Selina Kyle (Frank Miller nigdy się nie nauczy, że kobiety to nie tylko prostytutki). Miasto Gotham które nie wiem dlaczego (być może koszty) jest wyludnione. Jedyna zaleta to komisarz Gordon i wszystko co z nim związane. 5/10.

29.02.2012 10:28
odpowiedz
zanonimizowany166638
152
Legend

W ogóle nie rozumiem krytyki. Film jest niemal w stu procentach wierny komiksowi, więc czepianie się podejmowanych przez bohaterów akcji albo ilości scena z Catwoman (których było dokładnie tyle samo co w pierwowzorze, a więc "trochę" więcej niż dwie) zakrawa o żart.

Prawdziwą wadą jest to, co powtarza się w niemal każdej tego typu produkcji - czas trwania. Po prostu studia (zarówno DC, jak i Marvel) chcą jak najlepszych wyników w jak najkrótszym czasie i przy jak najmniejszym budżecie, co przekłada się ujemnie na jakość produkcji. Standardem w tym przypadku jest ~75 minut, ale Year One trwa tylko 64. Stąd szatkowany montaż i przeskoki w czasie, które mają wprawdzie uzasadnienie, ale w efekcie końcowym wydają się chaotyczne. mam nadzieję, że nigdy nie powstanie na podobnych zasadach ekranizacja Long Halloween, bo to będzie dramat.

Poza tym na minus zaliczam głosy bohaterów, zwłaszcza Wayne'a i Gordona. W zamyśle miały wyrażać zmęczenie, a w rezultacie ich monologi brzmią jak przynudzanie podstarzałych profesorków po sześciu godzinach wykładu z metodologii projektowania i techniki realizacji.

Parę rzeczy zawiodło, ale ogląda się dobrze, co jest głównie zasługą materiału źródłowego. Na IMDb i Rotten Tomatoes film poradził sobie nieźle. W porównaniu z innymi pełnometrażówkami DC też wypada dobrze. Za to pozostaje daleko w tyle za krótkometrażowymi filmami z DC Showcase, które niemal zawsze są lepsze od właściwej produkcji, jakiej towarzyszą.