Cztery nietykalne pory roku - Grins - 2 lipca 2012

Cztery nietykalne pory roku

"Perfekcję osiąga się wtedy, gdy nie można już nic odjąć, a nie dodać" - Antoine de Saint-Exupéry

Jaki wymiar ma dzieło? To po prostu coś stworzonego dla kogoś. To potrafi niemal każdy. Możemy podzielić je na słabe, średnie i największe – te genialne. Niestety te wąskie granice nie są w stanie pomieścić wszystkiego. Gdy tak się dzieje, mówimy o arcydziełach. Dlaczego coś staje się arcydziełem w oczach widzów? Dlatego, że niesie ze sobą przekaz. Dlatego, że człowiek doszukał się doskonałego piękna w tym co właśnie zobaczył.

[Uwaga, spoilery!]

We wstępie nawiązałem do podziału sztuki, niewątpliwie wszystko, co stworzył człowiek jest sztuką. Ten artykuł ma być recenzją filmu – niezwykłego w każdym aspekcie. I choć na to dzieło trochę za późno to postanowiłem rzucić na nie swoje światło. Film, który styka się z granicą doskonałości i perfekcji. Chcę nawiązać do komedio-dramatu Pozzo di Borgo Philippe, zekranizowanego przez Oliviera Nakache i Erica Toledano – filmu „Nietykalni”. Fakt, iż historia przedstawiona w filmie i opisana w książce zdarzyła się naprawdę, uwydatnia wszystkie jego wartości i zalety .

Intouchables to historia o niezwykłych ludziach, różniących się między sobą na wiele możliwych sposobów. Analogicznie występuje bohater młody – Driss – oraz bohater starszy – Philippe. Jeden jest tłem dla drugiego i na odwrót. Różnią się od siebie diametralnie (nie jestem rasistą – nie chodzi mi o kolor skóry). Pewnie większość z czytających ten artykuł, którzy nie mieli okazji oglądnąć nietykalnych pomyśli, że mężczyźni się uzupełniają. Tak z początku na szczęście nie jest. Pochodzą z dwóch różnych światów, pragną czego innego od życia. Po głębszej analizie mogę stwierdzić, że oboje szukają szczęścia, choć ten młodszy nie zdaje sobie z tego sprawy.

Historia opowiada o milionerze – człowieku sparaliżowanym od stóp do szyi. Druga postać to Driss – młody chłopak, pochodzący z typowych slumsów. Philippe potrzebuje osoby, która zastąpiłaby mu ręce i nogi. Poszukuje kogoś odpowiedzialnego, wykwalifikowanego 
i z doświadczeniem. Znajduje coś czego nie planował. Na rozmowę o prace zjawia się chłopak, któremu zależy tylko i wyłącznie na podpisie, iż szuka pracy ale nigdzie nie znajduje zatrudnienia. Driss jest byłym więźniem – do więzienia trafił z ulicy, z więzienia trafił 
z powrotem na ulice. Na pierwszy rzut oka, rozsądny człowiek nie zwróciłby na niego uwagi. Bezczelnie wchodzi do gabinetu, wręcz żąda by milioner podpisał mu wymagane papiery. Zaskoczenie jest tym większe, że po niedługim oczekiwaniu chłopak wraca po podpis. Zamiast podpisu dostaje pracę.

Źródło: www.overdose.am

Rozpoczyna się bardzo długa, niekiedy dramatyczna, a niekiedy humorystyczna przygoda. Oboje uczą się od siebie wielu rzeczy. Jeden dorasta, drugi zaś ma okazję, żeby spoglądać na świat oczami „marginesu” społecznego. Każdy z nich poznaje smak życia z innej perspektywy. Milioner dowiaduje się czym jest marihuana. Chłopak poznaje operę. W ten niezwykły sposób dowiadują się o sobie więcej niż przez szczerą rozmowę. W końcu dochodzą do najważniejszego momentu – stykają ze sobą dwa światy, są pośrednikami w połączeniu realiów. Nie dochodzi do żadnej konfrontacji. Dochodzi do przykrego powrotu do rzeczywistości. Oboje przekonują się, że ot tak nie można zostawić za sobą przeszłości, związków z innymi ludźmi. Lecz nie powracają do wspomnianej rzeczywistości bez niczego. Driss staje się mentorem dla swojego brata. Młodego chłopaka, który przyszedł po pomoc ponieważ przerosło go życie dorosłego człowieka. Co więcej, jeszcze kilka oddechów temu Driss też był dorosłym dzieckiem. Do swojej dojrzałości dorósł gdy poznał i doświadczył tego, czego nie mógł dostać w miejscu, z którego pochodził.

Los ponownie doprowadził do siebie Drissa i Philippe. Ludzi, którzy stworzyli coś czego nie można nazwać związkiem, przyjaźnią ani też znajomością. Postawili przed sobą zadania do zrealizowania. Marzenia, które można spełnić tylko we dwójkę. Wynieśli z tego czegoś więcej niż można było. Uzupełnili się w odmienny dla rzeczywistości sposób. Powstaje pytanie, gdzie w tak genialnym dramacie znalazło się miejsce dla elementów komedii. To głównie zasługa wspaniałych cech i sposobu bycia aktorów. W szczególności Omar Sy, który napędza życie – wydawałoby się, że stracone – sparaliżowanego mężczyzny. Postacie są tak niejasno wyraziste, iż możemy doszukiwać się granic perfekcji aktorstwa. Czegoś co jest przeznaczone tylko
i wyłącznie dla tych wyjątkowych i obdarzonych talentem ludzi.

Reasumując – „Nietykalni” to arcydzieło. Historia oparta na faktach. Coś więcej niż film
i książka, co skłania widza do refleksji i pobudza szare komórki. Zespolenie kalectwa i energii, starości z młodością, biedoty ze światem bogaczy jest cudownym połączeniem. Kontrasty są zauważalne nie tylko dla producentów, reżyserów i scenarzystów, ale też – co najważniejsze – dla widza. Driss i Philippe w połączeniu stają się uosobieniem wolności i łamania granic. Stają się nietykalni. 

Grins
2 lipca 2012 - 23:54

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
03.07.2012 10:31
Soulcatcher
214
Fallout 76

Jak nie lubię francuskich filmów, to ten był naprawdę niezły.

03.07.2012 11:09
odpowiedz
Loczkers
7
Junior

Film naprawdę świetny, humorystyczny, dramatyczny i porywający!

Świetna recenzja!

03.07.2012 11:10
odpowiedz
Fett
172
Avatar

Film był naprawdę niezły, ale nie przesadzałbym z tym arcydziełem. Wkurzało mnie w nim kilka elementów.

spoiler start

Chociażby scena gdzie nagle cała obsługa domu zaczyna tańczyć do muzyki Drissa. Cholera, takie coś było chyba w 15 filmach, a na pewno w tych gdzie ktoś z niższych klas, wchodzi na salony. Albo motyw, że Driss nagle sprzedawał swoje obrazy za tysiące euro..

spoiler stop


Bądź co bądź dawno nie oglądałem filmu, na którym szczerze się śmiałem :)

04.07.2012 20:16
odpowiedz
FidelXXX
28
Legionista

Przecież w scenach imprezy pod muzykę Drissa czy też wizyty w operze oraz kwestii obrazu chodziło o ukazanie absurdów kierujących życiem nowobogackich snobów - słuchają muzyki, której nie rozumieją, podniecają się obrazem, który nie ma żadnej wartości tak artystycznej jak i finansowej. Wystarczy stworzyć popyt na produkt (obraz nieznanego artysty za drobne 11 tysięcy euro) i ludziom z kasą da się sprzedać każde ładnie opakowane gówno, którym chwalić się potem będą na salonach.