Gra jest świetna - sześć na dziesięć czyli o 'oceniaczkach' słów kilka - Red - 15 sierpnia 2012

Gra jest świetna - sześć na dziesięć, czyli o "oceniaczkach" słów kilka

Te bezcenne "oceniaczki"...

Od zawsze ludzie korzystając z czegoś czy używając jakiejś rzeczy, wydają na jej temat określoną opinię. Nie inaczej jest w przypadku obejrzanego filmu, przeczytanej książki czy ukończonej gry. Recenzje, bo o tych opiniach myślę, często bywają wyrocznią decydującą o tym, czy sięgniemy po dany produkt. Rzeczowa opinia na dany temat może przekonać, bądź skutecznie zniechęcić potencjalnego odbiorcę do zapoznania się z pewną rzeczą, grą. Taka recenzja zwykle zostaje podsumowana oceną. Tzn. "oceniaczki" stały się naprawdę ważne - tak ważne, że niekiedy przysłaniają tekst właściwy.

Czy tak jak ja złapaliście się kiedyś na tym, że zanim przeczytacie tekst, który ocenia i opisuje daną grę, najpierw spoglądacie na jego ostatnią stronę? Na podsumowanie, plusy i minusy wraz z notą końcową? To, co w założeniu ma być zwieńczeniem recenzji, coraz częściej jest tym, od czego się całą lekturę się zaczyna. Czy to oznaka lenistwa, czy może przejaw XXI wieku, w którym wszystko chcemy mieć wyłożone jak na tacy, od razu i łopatologicznie? A może same "oceniaczki" są złem wcielonym? Bo tak w ogóle czym one są?

Co tam oceny. On i tak wie lepiej!

Założenie końcowej oceny wydaje się dość oczywiste - to obiektywna bądź subiektywna nota redaktora, który wystawiając ją, mieści się w narzuconych przez swoje mass-medium ramach. "Oceniaczki" są zatem uwidocznionym poziomem "fajności" danego tytułu. Patrząc na notę końcową, od razu widać, czy dany tytuł recenzentowi się spodobał, czy też nie, a jego zdanie przekona nas do sięgnięcia do portfela, bądź wręcz przeciwnie. I tu pojawia się pytanie: czy z perspektywy czytelnika ważniejsza jest opinia danego redaktora, czy może ta magiczna cyferka będąca jej podsumowaniem na końcu - ocena mówiąca wiele i nic zarazem. No bo co tak naprawdę oznacza, że gra podoba mi się na siedem w dziesięciopunktowej skali bez poparcia noty jakimś tekstem? To tylko liczba, po której domyślać się możemy, czy dany tytuł warto sprawdzać.
 
I nad tym się zastanawiam. Skoro sama cyfra bez stosownej argumentacji nic nie znaczy, to czy "oceniaczki" same w sobie są w ogóle potrzebne? Zdaje się, że tak. Średnia ocen danego tytułu to jeden z decydujących powodów, dla których sięgamy po konkretny tytuł. Nikt z nas nie ma przecież nieograniczonych środków finansowych, a każdy zakup (z wyłączeniem dużych promocji) powinien być przemyślany. Właśnie dlatego nota końcowa dla wielu graczy jest tak ważna. To średnia ocen pierwszych recenzji niejednokrotnie determinuje nas do tego, by po jakąś produkcję sięgnąć, bądź nadać jej łatkę "crapa". Problem w tym, iż ocena zaczyna zastępować sam tekst, stający się powoli dodatkiem do "oceniaczki". A przecież tak nie powinno być. To recenzja jako całość winna pełnić rolę wyroczni. Opisywać pełen zbiór plusów i minusów tytułu o jakim traktuje. Recenzja wyrażać ma opinię redaktora, który w oparciu o swą wiedzę i doświadczenie poleca bądź gani grę, obnażając jej wady, chwaląc zalety. Końcowa ocena to tylko podsumowanie i wypunktowanie mocnych i słabych stron produkcji, a nie główna treść całego tekstu.

Alpha Protocol - tylko 64 punkty na Metacritic...

Może więc jej rolę powinien zastąpić troszkę inny sposób wydawania ostatecznego werdyktu? Sposób praktykowany już na niektórych portalach o grach. Myślę o podawaniu najmocniejszych i najsłabszych cech danego tytułu poprzedzonym opisem wprowadzającym w to, z czym daną produkcja się je, oraz podsumowaniem. Nie wiem jak Wam, ale mnie takie podejście do oceny niezwykle przypadło do gustu. Wówczas w widoczny sposób recenzent opisuje nam punkty wybijające daną produkcję ponad przeciętność, a także te elementy, które do końca twórcom nie wyszły. Informacje podane w ten sposób spełniają funkcję klasycznej "oceniaczki" (szybka i wyrazista forma oceny). No bo cóż ma począć recenzent piszący o grze, która pomimo szeregu wad niezmiernie mu się podoba, lecz z obowiązku nie może jej ocenić wyżej niż przyjęte za mierne siedem na dziesięć - skreślając tym samym szansę wielu czytelnikom na zapoznanie się z daną produkcją? Przykładem niechaj będzie wielokrotnie przytaczany już przeze mnie Alpha Protocol. To świetny "erpeg" Obsidianu, który fabułą, konsekwencjami podjętych decyzji i poprowadzonym scenariuszem mnie osobiście zachwycił. Problem w tym, iż jego błędy i mierna mechanika rozgrywki nie pozwalają na to, by ocenić ją wysoko. Wówczas sama "oceniaczka" nie wystarcza, a dłuższy tekst jest niezbędny, by pomimo wad do gry czytelnika zachęcić.
 
Jednak końcowa ocena to coś, co zniknąć nie może - i nie zniknie, gdyż to o wysokie oceny walczą wydawcy, a średnia na Metacritic, obok wyników sprzedaży, jest wyznacznikiem sukcesu danej produkcji. A jeśli z ocenami w recenzjach pogodzić się musimy, to jaki typ ocen preferujecie? Skalę od jednego do dziesięciu? Szkolną pięcio-, sześciostopniową? A może procentową? Ja bardziej skłaniam się do tego drugiego, choć przyznam szczerze wąskiego przedziału "fajności". Bo mimo wszystko więcej mówi mi to, że gra jest "dobra" (4/6) niż to, że zasługuje na "siódemkę"...

Red
15 sierpnia 2012 - 22:33

Jaki sposób oceny w recenzji preferujesz?

Skala od 1 do 10 57 %

Skala od 1 do 6 9,2 %

Brak oceny - wypisane i omówione wady i zalety 33,8 %