Imię jego Śmierć – growe filmowe i książkowe spotkania z Kosiarzem - Aver - 21 sierpnia 2012

Imię jego Śmierć – growe, filmowe i książkowe spotkania z Kosiarzem

Gdy wymawiamy słowo „śmierć” myślimy zazwyczaj o smutku, zagładzie i zniszczeniu. Jest jednak paru reżyserów, pisarzy i deweloperów, dla których stała się ona źródłem inspiracji do stworzenia naprawdę ciekawych, a nierzadko przełomowych dzieł. To właśnie na ich poszukiwanie wyruszyłem w oczekiwaniu na premierę Darksiders II (która w końcu nadeszła!). Oto cztery wcielenia Śmierci, z którymi każdy powinien się zapoznać przed spotkaniem z rzeczywistym Kosiarzem... a nuż uda wam się z nim odpowiednio zagadać…

¡VIVA LA MUERTE!

Gdy już przyjdzie mi spotkać się ze Śmiercią, mam nadzieję, że będzie nią Manny Calavera. Ten bardzo poczciwy pracownik Departamentu Śmierci zapewnia swoim klientom odpowiedni środek transportu przez Krainę Zmarłych – w zależości od ilości dobrych uczynków, można liczyć na szybki ekspres, w najgorszym przypadku zaś na stylową laskę z busolą… a przynajmniej tak jest w teorii, bo klienci Manny’ego w praktyce zawsze dostają najgorszy przydział. Cechującemu się pełnym profesjonalizmem Calaverze  podczas wykonywania swoich obowiązków noszącemu stylową, czarną szatę i dobrze zaostrzoną kosę – nie za bardzo to odpowiada. Wyrusza więc na poszukiwanie cnotliwej osoby, której mógłby wręczyć bilet na szybki pociąg. Gdy jednak nawet w tym przypadku system wskazuje na świetnie wykonany kawałek drewna, Manny nie ma wątpliwości – ktoś próbuje go wrobić!

Tak w skrócie przedstawia się początek kultowej gry Grim Fandango o przygodach Señor Calavery. Gringo Timowi Schaferowi (wówczas w LucasArts) udało się dokonać czegoś  niemożliwego – połączył klimat meksykańskich wierzeń o Najświętszej Śmierci oraz kultu i tradycji otaczających celebracje Święta Zmarłych (z sięgającymi czasów Azteków ołtarzykami, na których dodano obrazki świętych i Maryi oraz figurki calaca, widoczne na filmiku poniżej) ze stylem cechującym filmy noir z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, jak chociażby Sokół maltański, Key Largo, Casablankę, czy też późniejsze Chinatown Polańskiego. Jeżeli dodamy do tego dobrą grafikę, elementy humorystyczne godne serii Monkey Island oraz niesamowity, zadziwiający, wspaniały jazzowy soundtrack (prawdziwe mistrzowstwo świata!), to aż żal gardło ściska, że to arcydzieło nie doczekało się jeszcze jakiejś reedycji na GOG-u lub Steamie… ¡Híjole!

PARTYJKA W SZACHY

A teraz coś z zupełnie innej, o wiele poważniejszej beczki. Osobom niezbyt lubiącym szachy polecam nauczenie się przed spotkaniem z Kosiarzem przynajmniej kilku podstawowych ruchów. Być może pomoże wam to zyskać kilka cennych dni, tak jak miało to miejsce w przypadku templariusza Antoniusa Blocka, który swego czasu powrócił do Szwecji spustoszonej przez zarazę tylko po to, aby u brzegów ukochanej ojczyzny spotkać odzianego w czarne szaty, bladego bohatera niniejszego artykułu. Jego losy stały się dla reżysera Ingmara Bergmana przyczynkiem m.in. do rozważań  nad sensem życia, ludzką naturą i rolą jednostki, a także do spojrzenia na odwieczny strach przed śmiercią trapiący każdego człowieka. Siódma pieczęć, bo o niej mowa, jest filmem na wskroś egzystencjalnym.

Block próbuje ograć Śmierć, a w jednej z ostatnich scen decyduje się na desperackie wywrócenie szachownicy, byleby tylko oddalić nieurchonną godzinę rozstania z życiem. Pomimo że przez całą drogę do rodzinnego domu nieustannie widzi pożogę i zniszczenie spowodowane przez zarazę, pomimo że w pewnej chwili oświadcza Śmierci-kapłanowi, że "wiara to cierpienie [...]; to kochanie kogoś w ciemnościach, który nigdy się nie pojawia, nieważne jak bardzo byś krzyczał", to jednak uporczywie pragnie życia. Klasyk. Powolny, chwilami ciężki do oglądania, ale jak najbardziej godny polecenia. Aha, i pamiętajcie - Śmierć zawsze gra czarnymi pionkami.

WAKACJE Z KOSĄ

Na zakończenie dwie książki. Obie traktują o Śmierci idącej na urlop. Pierwsza z nich to Zakłócenia śmierci (As Intermitências da Morte) portugalskiego Noblisty José Saramago. O ile mi wiadomo, nie doczekała się ona jeszcze polskiego wydania. Pani Śmierć decyduje się w niej na półroczny urlop – od pierwszego stycznia w pewnym nieokreślonym kraju nikt nie umiera. Przez większość powieści, napisanej gawędziarskim językiem, praktycznie pozbawionym interpunkcji, obserwujemy pełne czarnego humoru zdarzenia z punktu widzenia rządu i społeczeństwa. Początkowo szczęśliwi ludzie, którzy patriotycznie reagują na wakacje Kosiarza, z czasem zdają sobie sprawę z problemów ekonomiczno-socjalnych, jakie przysparza brak śmierci. Kościół z trudem tworzy teorię o "specjalnym powołaniu" państwa, a rząd wchodzi w konszachty z mafią, aby umożliwić ludziom wyjazdy za granicę, gdzie śmierć nie obowiązuje. A wszystko to ku rozpaczy związku zawodowego grabarzy... Aż pewnego dnia Śmierć powraca i ogłasza, że odtąd będzie informować o nadjeściu ostatecznej godziny każdego z osobna, za pomocą listu. I wszystko niby wraca do normy, kiedy pewnego dnia pewien wiolonczelista odmawia przyjęcia przesyłki. Niesamowicie ciekawa i napisana z przymróżeniem oka powieść opowiada o "ludzkiej stronie śmierci" i jej pragnieniu bycia kochaną (!).

Na zakończenie klasyk: Kosiarz Terry'ego Pratchetta. Któż nie zna mówiącej w myślach rozmówcy Śmierci, który jak na angielskiego, flegmatycznego dżentelmenta przystało, nigdy nie grzeszy nadmiarem słów ani przesadą w humorze. Otóż w powieści z uniwersum Świata Dysku Paratchetta postanawia on wybrać się na wakacje, a raczej uciec, gdy tylko widzi, że w sali klepsydr pojawiła się jedna zwiastująca nadejście jego godziny. Przyjmując imię Billa Doora, rozpoczyna pracę na farmie Pani Flitworth (wybaczcie brak polskich nazw własnych, czytałem oryginał z racji nieszczególnej miłości do tłumaczeń Pana Cholewy). Ze zniknięcia Śmierci wynika problem podobny do tego, któremu musieli stawić czoła mieszkańcy państwa z powieści Saramago. Z jednym wyjątkiem – zamiast nieumierać, "zmarli" przeistaczają się w żywe trupy. Jak zakończył się kryzys w Ankh-Morpork? Zachęcam, abyście przekonali się sami. Choć liczba wątków, jakie pojawiają się w niej na początku, nawet mnie przeraziła. W trakcie tego spotkanie ze Śmiercią na pewno nie zabraknie nawiązań do kultury współczesnej i tej troszkę bardziej odległej, średniowiecznej. Ale wszystko i tak nijak się ma do każdej wypowiedzi Śmierci, które czyta się z zachwytem i pełnym radości bananem na twarzy. Jeżeli jeszcze was nie przekonałem, obejrzyjcie zamieszczony poniżej początek filmu animowanego opartego właśnie na Kosiarzu Pratchetta.

Aver
21 sierpnia 2012 - 00:33

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze
21.08.2012 11:01
MollyClock
7
Pretorianin

Uwielbiam Pratchettowską Śmierć. Jeżeli jakaś miałaby po mnie przyjść, chciałabym, żeby był to Bill Brama (swoją drogą byłam pewna, że w oryginale będzie Gate, a nie Door, ja z kolei po prostu przepadam za przekładami Piotra Cholewy, uważam, że jest świetny ;)).
Kosiarza uwielbiam, bo nie dość, że Śmierć, to jeszcze magowie. :)

21.08.2012 11:04
odpowiedz
Hayabusa
157
Mule dji va la!

Bez Śmierci z Sandmana ten ciekawy wpis jest jednak niekompletny.

21.08.2012 12:31
odpowiedz
AverGOL
13
Centurion

@Hayabusa --> Chciałeś dodać: "Bez sexy Śmierci z Sandmana" :) Gaimana lubię, ale aż takim fanem komiksów nie jestem - stąd ten brak :)

21.08.2012 12:33
odpowiedz
Mephistopheles
152
Legend

Post [2] zabił całą moją nadzieję jeszcze zanim zdążyłem przeczytać wpis. W innym wypadku mój komentarz pewnie wyglądałby tak samo.