'Syndrom Skyrima'- o wyższości zadań pobocznych nad wątkiem głównym - Pilar - 1 lipca 2014

"Syndrom Skyrima"- o wyższości zadań pobocznych nad wątkiem głównym

Sięgam pamięcią do wcale nie tak zamierzchłych czasów, kiedy postawiono przede mną wyzwanie wejścia w buty Dovahkiina, mającego już niedługo zostać legendarnym wojownikiem. Co widzę? Niewiele. Ekscytujące krajobrazy pełne pokus, robiące ogromne wrażenie, kiedy obserwowało się je z daleka, ale jeszcze większe, gdy podchodziłem bliżej. Pamiętam też liczne walki, kiedy musiałem pokazać, do jakiego stopnia opanowałem fechtunek, albo że plucie ogniowymi kulami nie należy do zbioru rzeczy, których nie potrafię zrobić. Dlaczego nie wspominam nic o fabule? To bardzo proste – bo jej nie pamiętam.

Przy pomocy tej jakże barwnej historyjki zarysowałem Wam problem (?), z którym będziemy się starali dzisiaj uporać. Mowa tutaj o czymś, co pozwoliłem sobie nazwać „syndromem Skyrima”. Jeżeli moje powyższe starania nie przyniosły chcianego efektu, czyli nie doprowadziły Was do istoty tego, co próbowałem przekazać, zrobię to w bardziej łopatologiczny sposób. Ten zespół zachowań dotyczy w szczególności gier z otwartym światem, które starając się zapełnić go czynnościami, przy których gracz mógłby na chwilę odpocząć, paradoksalnie bardziej skutecznie odciągają go od wątku głównego, w rezultacie czego zupełnie się go odpuszcza. Przykłady? Pewnie.

Najpierw ten sztandarowy: gry Rockstara. Szczerze, niech podniesie rękę ten, który jest w stanie z czystym sumieniem przyznać, że połowę czasu jaki przesiedział przy którejkolwiek z odsłon GTA (powiedzmy, że od trójki wzwyż) nie spędził na maglowaniu wszystkiego, ale nie  fabuły. Rozrywek jest tam przecież cała masa: a to pójdziesz na strzelnicę (albo zrobisz sobie własną z dowolnej ulicy), a to weźmiesz udział w wyścigach, zabawisz się w kierowcę ambulansu, pograsz w golfa, pójdziesz na randkę z dziewczyną czy zwyczajnie sobie pozwiedzasz. Ze zwykłym bogactwem mamy do czynienia wtedy, kiedy nie możemy powiedzieć, że zadania poboczne to istota jakiejś gry; kiedy wątek główny nie jest przyćmiony przez cokolwiek innego. Przykładem takiej serii jest raczej GTA, choć muszę przyznać, że San Andreas nigdy nie skończyłem, a spędziłem w jego świecie setki godzin (choć to głównie zasługa moda wprowadzającego multiplayer). Red Dead Redemption idealnie wpasowuje się w opisywany kanon, bo tam też lubiłem sobie odpłynąć w kierunku tego, co powinno być dla mnie czynnościami drugiej kategorii: polowania, męczenia tubylców za pomocą lassa, które potem uniemożliwiało im ucieczkę z torów, po których sunął już wielki, stalowy gigant czy hazardu.

Mój najświeższy: Far Cry 3. Jedno z niewielu podejść do twórczości Ubisoftu, jakie ostatnio zrobiłem, głównie przez konieczność korzystania z Uplaya (straszne ustrojstwo). Grzechem byłoby jednak nie skorzystać z promocji, sprawiającej, że zamiast kupić pizzę czy czteropak jakiegoś lepszego piwa, mogłem wybrać się na egzotyczną wyspę, gdzie czekało mnie kilka rozrywek, na które uśmiechnąłby się szczególnie John Rambo. Ogromna dżungla, pełna zarośli, które tylko czekają, aby do nich wskoczyć, czekająca na eksplorację przestrzeń podwodna, masa pojazdów, umożliwiających nam sprawne poruszanie się, przeciwnicy, których gardła tylko czekają na to, aby być rozprute naszym nożem – to uwiodło niejednego. Mnie na przykład „rozpraszacze” Far Cry 3 zdobyły do tego stopnia, że najchętniej linię fabularną bym sobie ominął. No, może to nieco zbyt mocne słowa, bo warto się w nią zanurzyć dla postaci Citry, Dennisa i oczywiście Vaasa, ale niektóre zadania, które się na nią składały bardzo mnie rozczarowały. Większą swobodę w pokonywaniu przeciwności (czyt. przeciwników) dostajemy, gdy zdecydujemy się na wyzwolenie jakiegoś posterunku, misje główne są już znacznie bardziej liniowe i pozbawiają trochę tego przeświadczenia o tym, że steruje się prawdziwym drapieżnikiem. W dodatku, otaczający nas świat jest zbyt piękny, żeby zwyczajnie przez niego przebiec, obdzierając cały ten proces z jakiegokolwiek rozsmakowania.  

Jeżeli pociągniemy temat Ubisoftu to w naturalny sposób do głowy przychodzi też Assassin’s Creed, na jego temat niestety nie jestem na bieżąco. Moje ostatnie przygody, skupiające się jeszcze na postaci Ezio, pozwalały na inne podejście do odkrywania gry, czy to przez szukanie znajdziek, robienie zadań pobocznych oraz zwyczajną eksplorację przepięknych terenów. Liczba rozrywek ponoć eskaluje z każdą kolejną odsłoną i jest ona szczególnie wysoka w części Black Flag, ciężko byłoby mi również uwierzyć, że twórcy zdecydują się z tej tendencji zrezygnować wraz z nadchodzącym „Unity”, które – swoją drogą – będzie pierwszym od lat Asasynem, którego planuję kupić. Okazji, żeby potwierdzić naszą tezę, będzie więc cała masa. No i w końcu ten przykład, od którego wszystko się zaczęło: Skyrim. Z głównej osi fabuły mam jedynie przebłyski: perspektywa z jakiejś sali tronowej, jakiegoś ośnieżonego szczytu, ale o co chodziło? Komu wtedy pomagałem? Czemu się tam w ogóle znalazłem? Nie mam pojęcia. Godzin, które spędziłem na poszukiwaniach smoków, wykonywaniu zadań pobocznych i szukaniu guza – nikt mi nie zabierze. To właśnie one były dla mnie istotą The Elder Scrolls V i gdybym spotkał się z ich brakiem – na pewno tak entuzjastycznie nie reagowałbym na tę nazwę (choć i tak mój entuzjazm jest stosunkowo umiarkowany, w porównaniu do tego, co często wykazuje społeczność fanów RPG).   

Bawię się dobrze, kiedy gra nie ma (wielu) pobocznych rozrywek, ale tylko wtedy, gdy jej wątek główny jest w stanie przyspawać mnie do krzesła (na przykład Wiedźmin 2), czuję jednak pewne rozczarowanie, kiedy te proporcje się odwracają. Pal licho, kiedy człowiek rzuca się do pochłaniania wszystkiego, co tytuł proponuje, gorzej jest jednak, gdy sidequesty angażują nas do tego stopnia, że kiedy już się kończą, nie czujemy dalszej potrzeby grania. W moim przypadku rosnąca chęć do odkrywania znacznie szerszego obrazu produkcji, wynika prawdopodobnie z dwóch rzeczy: duszy homo viator, popychającej mnie w kierunku wędrówek i przygód oraz poczucie, że jeżeli za coś zapłaciłem, to muszę z tego wycisnąć tyle, bym nie czuł, że to pieniądze stracone. Znam ludzi, którzy kultywują tę ostatnię zasadę do tego stopnia, że nie odkładają pudełka na półkę dopóki nie znajdą wszystkich znajdziek, nie rozwiążą każdej z zagadek i nie będą znali na pamięć każdego z questów. Nieco to chorobliwe i idzie się porządnie rozgrywką znudzić, ale co kto lubi. Teraz więc pytanie do Was – czy uważacie „syndrom Skyrima” za problem? Czy cieszycie się, że jeżeli wątek główny nie jest w stanie Was zainteresować, to robi to chociaż wszystko inne? Mnie martwi to, że coś, co w założeniu miało być doczepione w formie gratisu, nagle staje się punktem koncentracji mojej całej uwagi. Jakie znacie inne przykłady tego typu gier? Dajcie znać w komentarzach!    

Pilar
1 lipca 2014 - 17:52

Komentarze Czytelników (48)

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze
02.07.2014 20:44
odpowiedz
krakoos.xbox360
43
Introwertyk

Pod hasłem "co za dużo, to nie zdrowo" misje poboczne powinny być wyważone, logicznie pasujące do fabuły gry, tworząc małe, dodatkowe poziomy, naturalnie wpisane w akcję elementy. Nie powinny mieć na celu jedynie zarobienie dodatkowej gotówki, czy odkrycia nowych terenów, lecz wzbogaceniu naszej wiedzy o świecie gry. Świetnie to zagrało np. w Wieśku 2, czy Mass Effect 2, gdzie nie wypełniając misji pobocznych tracimy największą zabawę. Natomiast odbijanie posterunków w Far Cry 3, czy też zlecenia w Assassynie uważam za nudne, sztuczne minigierki.

02.07.2014 20:48
odpowiedz
Flyby
157
Outsider

"Brzmisz jak każda osoba zachwalająca Skyrim w tym temacie - niby to dobry przykład ale powodów już brak"

Dlatego się poddałem, Martiusie_GW ;) Tych "każdych osób" jest, lekko licząc, kilkanaście milionów, Martiusie ;)
Skoro Twoja indywidualna ocena Skyrima (lub raczej jego fabuły i treści jakie niesie) pomijają ich oceny, to znaczy że budujesz taką ocenę na dość "nietypowych" przesłankach. ;) Wiem, chodzi Ci o "Morrowind" - niedoścignięty (dla Ciebie) "wzorzec" serii - po nim Oblivion i Skyrim, to gry które mogą być tylko gorsze. Podobna historia jest z Falloutem 1 i 2 - każdy następny Fallout to coraz gorzej, i.t.d..
Ponieważ wyczytywałem już na GOL -u, podobnych dyskusji co niemiara a wszystkie były "bezpłodne", my możemy dać sobie z nimi spokój, prawda?

02.07.2014 21:04
odpowiedz
Martius_GW
57
Generał

@up
Tylko co z tego? Miliony osób uwielbiają opery mydlane i seriale w stylu "Dlaczego ja?", te rzeczy też są świetne bo są popularne? Morrowind też nie był idealny ale na pewno był sensowniej zrobiony - przykładowo nie ma szybkiej podróży ale trzeba korzystać z teleportów gildii magów, publicznego transportu, podziemia czy ruiny nie były proste jak sznurek, było więcej rodzajów broni niż dwie, pierwsze zadanie dla gildii to nie pseudo epicka wyprawa po magiczny dynks itd.
Podałem kilka powodów dlaczego piąty TES nie przypadł mi do gustu, jak się nie zgadzasz to podaj jakieś kontr argumenty a nie pierdoły w stylu "mi i kupie innych się podoba, nie masz racji!"

Skoro Twoja indywidualna ocena Skyrima (lub raczej jego fabuły i treści jakie niesie) pomijają ich oceny, to znaczy że budujesz taką ocenę na dość "nietypowych" przesłankach.
Aha, czyli jeśli po którymś pobocznym lub głównym zadaniu polegającym na tym samym chce mi spać z nudów to "nietypowe przesłanki"? Co Ty bredzisz?

02.07.2014 21:24
odpowiedz
rodkan
1
Junior

Jak na mój gust to różne dodatki w postaci zadań pobocznych czy eksploracji świata są właśnie dodawane dla graczy, którzy nie znajdują frajdy podczas przechodzenia wątku głównego ;) Poza tym otwarty świat pozwala się bawić według własnych zasad, a jeśli połączyć to z multiplayerem i nieoficjalnymi modami tworzy nam się obraz gry, która długo może być na ustach graczy, właśnie dzięki nim i ich pracy w rozwój danego tytułu. Także "syndrom Skyrima" jak najbardziej tak.

02.07.2014 21:41
odpowiedz
StabbingWestward
38
Pretorianin

Nie wiem co jest złego w Skyrimie, co wam się nie podoba. Dla mnie to gra genialna jako że kocham sandboxy i rpg w klimatach średniowiecza-fantasy także jestem tu w 50-tym niebie. Na fabułe od razu kładę pewną część ciała pierwsze co robie to idę do czarnogłazu i nastepnie zabijam pierwszego smoka w ten sposób je odblokowując. Potem po prostu wczuwam się w grę robie zadania morduje ulepszam postać zwiedzam. Nudzi sie wgrywam mody i tu Skyrim może pochwalić się tonami modyfikacji. A tu potrzeba picia jedzenia spania. Tu hipotermia jakieś obozowiska, realistyczna krew mnóstwo nowych broni zbroi no i co? Wracamy spowrotem do spowitej śniegiem i krwią krainy nigdy się nie nudzi.

Fabuła? Hm, chcą cie zabić więc uciekaj, o wielki zły smok chce zniszczyć świat, jak przykro zabij go. Zabiłeś smoka, gratulacje możesz już grać.. W skyrima, w niesamowitego sandboxa, durną fabułe masz już za sobą. Ale po co w ogóle ją robiłeś, właśnie popsułeś sobie grę i wiele straciłeś na niej. Fabuła, chyba sobie żartujecie to czy w erpegach nie chodzi o wykonywanie zadań ulepszanie postaci (umiejętności i ekwipunek) i zagłębianie się w świat gry ? ,,Role Playing Game" W gothicu 1 i 2 była fabuła owszem, grało się dla niej ale co jak jej brakło? Nie można nawet kontynuować gry po ukończeniu głównego wątku fabularnego.... Więc na co mi epicka fabuła skoro po przejsciu poraz 10 ty tej gry będę miał po prostu dosyć? W skyrimie sprawa ma się inaczej jak pisałem mnóstwo modyfikacji i zadań praktycznie co chwile odkrywam coś nowego a gram od premiery po dziś. Codziennie nowa modyfikacja pozwalająca wrócić do gry. Istne perpetum mobile. Gothici tak wszędzie wychwalane ukończyłem tyle razy, że po alkoholu zamiast zawartości żołądka, wymiotuje gothicami.

Fallout 3. Podobnie. Ogromna mapa mnóstwo zadań lokacji podtekstów, smaczków. Wszystkiego. Fabuła? Znajdź tatusia, oczyść wodę by była pitna. Ale można wczuć się w gierke i poczuć co to apokalipsa na własnej skórze. No ale lepiej narzekać na brak fabuły pomimo że gra koncentruje się na eksploracji i klimacie :)

Reasumując, gry są dla ludzi a nie taboretów artykuł nie ma sensu bo gusta guściki.... Można się przekomarzać na wieki wieków a i tak każdy pójdzie w swoją stronę więc niech mój post zakończy wszystkie wątpliwości czy syndrom ,,skyrima" to wada czy zaleta.

Pozdrawiam.

02.07.2014 21:43
odpowiedz
StabbingWestward
38
Pretorianin

Ucieło reszte posta a był naprawdę spory.

02.07.2014 22:06
odpowiedz
H4ppy
20
Legionista

Jestem jednym z tych graczy którzy jak coś kupili to wyciskają z tego 100% ale już niestety nie mam tyle czasu ile bym chciał na gry dlatego gram systemem. Najpierw staram się "wykosić" cały obszar z zadań pobocznych, znajdziek itd. a dopiero później przechodzę do następnego zadania głównego. Oczywiście nie we wszystkich grach to może działać (patrz Skyrim ;) ) ale dzięki temu nie męczy mnie ogrom świata i czerpie przyjemność z wątku głównego mimo ograniczonego czasu.
Mam nadzieję że nadchodzące Dragon Age Inkwizycja nie będzie zbyt przytłaczające bo serie wspominam bardzo dobrze mimo "korytarzowego" świata (tak DA2 też mi się podobało)

Następną grą którą planuje sobie zakupić będzie Wiedźmin 3 i tu niestety mam pewne obawy. Co prawda o jakość wątku głównego się nie boję, mam tylko nadzieję że nie rozpłynie się pod ogromem świata który planują.

Tak swoją drogą dlaczego "syndrom Skyrima"? Raczej AC. Grałem w AC2 i następną dopiero w Black Flag i tak jak przy tych grach to już dawno przy żadnej innej nie chciało mi się prowadzić wątku głównego. Chyba tylko RF: Guerrilla dobił do tego poziomu.

02.07.2014 22:39
odpowiedz
Cameleon12
5
Junior

Zgadzam się w 100% mi bardzo spodobał się najnowszy Tomb Raider, właśnie dlatego, że był taki półotwarty - grało się głownie dla głównego wątku. Dobry był też Uncharted Golden Abyss czy nowy Bioshock. Jak dla mnie najlepiej jest jak zawartość poboczna ogranicza się do znajdziek itp.

02.07.2014 22:47
odpowiedz
KaToKaMasz
24
Chorąży

Witam
Moim zdaniem Syndrom Skyrim'a, jest jak najbardziej pozytywny, ale zależy o jakim typie tego zjawisko mówimy. To co występuje w piątej części serii The Elder Scrolls zasługuje na duży plus. Fakt, czasem jestem poirytowany, gdy znowu znajduję nowego quest'a i czasem chodzę po prowincji bez celu, bo mam ich dość. Czasem zaczynają mnie nudzić same grobowce, czy inne podziemia, lecz najbardziej irytują mnie smoki, których zabiłem już krocie, a one wciąż się pojawiają. Ale o to chodzi w tej grze. W dodatku zadania, które są w pewien sposób ukryte, albo historie czekające na nas w jakimś grobowcu, lub dwemerskich ruinach, są bardzo dobrze wykreowane. Wielokrotnie byłem pod wrażeniem, odkrywając kolejne historie. Problemem tej gry jest raczej fakt, że te główne wątki, są po prostu słabe. Pilar, to że ich nie zapamiętałeś, wcale nie oznacza, że to przez zbyt dużą liczbę pobocznych questów. Ja poświęcam dużo uwagi na linie fabularne i stanowią one dla mnie najważniejszy element każdej gry, czy filmu. Muszę przyznać, że wątek główny w tej grze był beznadziejny - nudny, dość krótki i za prosty. Starałem się w niego w jakiś sposób wczuć, ale się nie dało, a pojedynek z najpotężniejszym smokiem w Skyrim, był dziecinnie prosty, w porównaniu do walki z Legendarnym Smokiem, który pomimo moich ponad ośmiuset punktów energii życiowej, wciąż potrafi mnie wykończyć bez większych trudności. Inne ważniejsze wątki, też nie zostały zbyt dobrze zrobione. Najbardziej podobał mi się w całej grze, wątek Mrocznego Bractwa, ale to może dlatego, że uwielbiam skrytobójców.
Jeśli chodzi o pozostałe wymienione gry.
W Red Dead Redemption niestety nie grałem (bo jestem PCtowcem), a za serią Grand Theft Auto nie przepadam, więc przejdę do gier firmy Ubisoft.
Przyznam szczerze, że w Far Cry 3, nie spędziłem zbyt wiele czasu na zadania poboczne. Może ujmę to tak. Nienawidzę "znajdziek". Rozsianych po całej mapie małych, (przepraszam za wyrażenie) gówno wartych przedmiotów, które nic mi nie dają. W Skyrim'ie zawsze znajdę miecz, łuk, albo inne cudo, które mogę sprzedać i mam co zrobić z tą kasą (a przynajmniej do pewnego czasu). Tutaj niestety nie miałem za bardzo co z tym zrobić. Zbierałem jakieś posążki, które dawały mi punkty doświadczenia. Tylko nie wiem, na cholerę mi one były, skoro wybiłem każdy obóz po cichu (dostając wtedy więcej punktów) i wymordowałem tylu przeciwników, że miałem wszystkie umiejętności daleko przed skończeniem głównego wątku. Jednak tutaj fabuła gry była na poziomie, przynajmniej dobrym, aczkolwiek spodziewałem się czegoś lepszego. Jednak pomimo faktu, że często wybierałem mord i zniszczenie, a dopiero po jakimś czasie wracałem do wątku głównego, wcale nie czułem się wybity z rytmu. Wręcz przeciwnie. Miałem wrażenie, że z każdym upolowanym zwierzęciem, z każdym zabitym przeciwnikiem, lub zdobytym posterunkiem, zatracam się w tym świecie. I to mi się bardzo podoba w tej serii (no dobra, w dwóch ostatnich częściach, bo w jedynkę niewiele pograłem (i nie licząc tego o zwierzętach w Far Cry 2)).
Natomiast, jeśli chodzi o serię Assassin's Creed to sprawa wygląda następująco:
1. Wątek główny
2. Reszta, której zwykle nie kończę bo mnie nudzi.
Wyjątkiem była ostatnia główna część, czyli Black Flag. Tam czerpałem prawdziwą radość z samej eksploracji. Owszem, irytowały mnie te głupie skrzynie z niepotrzebną mi kasą, czy zbieranie "fragmentów animusa" (czy jakoś tak się to zwało). Ale radość, jaką miałem z żeglowania przez morze, słuchając pieśni kompanów, była nie do opisania. Spędziłem trochę czasu, żeby w pełni ulepszyć moją Kawkę, co potęgowało moje zadowolenie podczas wędrówek za horyzontem. Tu znowu wina stoi po stronie fabuły, która z każdą częścią serii jest coraz gorsza. Mam nadzieję, że Unity to zmieni, ale marne szanse. Irytowało mnie też mój statek. Jak takim małym czymś, można zatopić ogromny Galeon? Fregatę jeszcze jestem w stanie zrozumieć, ale Galeon? To wielkie bydle które byłoby wstanie zmieść moją łódeczkę z powierzchni morskich wór jedną salwą? No proszę... Tego mi brakowało w tej grze. Możliwości kupna statku. Dzięki temu, mógłbym całkiem zapomnieć o tym nieudolnie stworzony scenariuszu. Tak naprawdę, głównym problemem, a zarazem plusem tej gry, jest fakt, że to Assassin's Creed. Wątek Asasyni vs Templariusze w ogóle nie pasuje do tej gry. Z drugiej jednak strony, nie wyobrażam sobie mieć większej frajdy z walki na pokładzie wrogiego statku, niż jako (właśnie!) Asasyn.
Podsumowując. Głównym powodem, dla którego nie zwracamy uwagi na wątek główny, a interesujemy się całą resztą, jest niedbałość twórców. Jednak czasem może być to celowy zabieg, tak jak w przypadku Skyrim'a, przez który "główny" wątek staje się tylko powodem, dla którego lądujemy w krainie, którą chcą nam pokazać twórcy i która przede wszystkim powinna nas interesować. Podobnie można traktować grę Far Cry 3, gdzie tarapaty, w jakie popadł główny bohater, stają się pretekstem do wrzucenia nas w szalony świat, w którym siejemy chaos i zniszczenie, a fabuła (w tym przypadku całkiem niezła), stanowi tło dla naszych poczynań, idealnie z nimi komponując. Jednak wypchanie gry questami i drobnymi pierdołami na styl gier z serii Assassin's Creed, jest niczym innym, jak maskowaniem błędu, popełnionego przez twórców gry.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie

03.07.2014 00:03
odpowiedz
Sanchin
176
Orchid Samurai

Z tego powodu nie skończyłem nigdy żadnego TESa - Morrowinda zarzuciłem nie pamiętam nawet kiedy, w Oblivionie miałem 30 czy 40 poziom jak dotarłem do 1 wrót Oblvionu i gra była za łatwa i zbyt nudna, żeby kontunuować, a w Skyrimie zwiedziłem 70-80% świata w tym praktycznie wszystkie lokacje dostępne od południa do Whiterun (leciałem sukcesywnie z jednej strony mapy na drugą włażąc do wszystkiego co pojawi się na kompasie :D) i przestałem grać na 3 czy 4 większym queście fabularnym - następny po wizycie u starców.
Jestem typem gracz, który musi zwiedzić każdy kąt, chociaż nie wracam się raczej do zwiedzonych już lokacji o ile nie ma takiej potrzeby - jeśli coś przeoczyłem, trudno. Z tego powodu jeśli za dużo czasu można spędzić w ten sposób, można się produkcją znudzić, zanim gdziekolwiek pchniemy fabułę. Owszem, winę ponosi też sama fabuła - jeśli by mnie wciągnęła od razu, nie byłoby takiego problemu.

03.07.2014 00:03
odpowiedz
Tario
9
Legionista

Syndrom Skyrima?

W skyrimie wcale nie ma tak dużo zadań, a raczej jest ich kilka z czego cała ich gama nie ma żadnego polotu. Zdarzają się perełki, ale jest ich tylko kilka. Gildie to profanacje.
Main Quest sam w sobie mniej ciekawy niż ten z Obliviona, ale o wiele lepiej poprowadzony, co nie zmienia faktu, że jest... Słaby, w dalszym ciągu.
Ogólnie, ja sam nie wiem dlaczego ale mnie... Skyrim... Zajarał tylko na początku, poczułem się i bardzo mi się na początku podobało, były same ochy i achy, jednak im dalej w grę tym gorzej. Szczerze? Nie byłem nawet w stanie skończyć żadnej gildii bo żadna z nich mnie w żaden sposób nie porwała, mody powinny pomóc, i zgadnijcie co, pomogły, lecz na krótko. Niczym nowym jednakże jest to, że historie proponowane przez modderów wciągneły mnie na dłużej niżeli oryginalne. Fakt, zdarza się kilka fajnych misji w podstawce jak np ta z pijackim wyzwaniem, czy też z Sheorgorathem, dodatki również nie mają w sobie nic tak naprawdę, gra rzuca nam wszystko na 10 lvlu przez co... Nie wiem, no. Odwołam się tutaj do Morrowinda. Chcąc zagrać w Bloodmona, nie było opcji by nie nabić 30 poziomu, bo inaczej się po prostu nie dało, było się zbyt słabym. Tutaj? Wbijasz 10 i rób co chcesz, jedynym wrogiem z którym będziesz mieć problem na mistrzu to Smoczy kapłan, a no i Wilki przy Riften, i niedźwiedzie, reszta to kaszka z mleczkiem. I naprawdę tak jest, i to jest przykre. Z kolei po instalacji modów rebalansujących rozgrywkę dochodzi się do wniosku, że jednak jest za trudno i dostaje się po prostu kurwicy na każdego wroga pomijając to co wkurzało wcześniej.[Ironia, nie?]

Ale przechodząc dalej, Skyrim wrzuca gracza w żyjący świat, i super. Problem w tym, że znajdowany ekwipunek się nie liczy, praktycznie nie ma celu by zdobywać co kolwiek bo wykuje sobie lepsze[jak tego nie zrobie w pewnym momencie zrobi się za trudno po prostu] To jest problem tej gry.
Świat i jego możliwości to po prostu zbyt dużo. Do tej pory pamiętam schemat jaki pojawiał się w Morrowindzie, bo tak naprawdę tam też był lvl scaling i kurcze, no, wszystko bylismy w stanie pokonać, pytanie tylko co z taktyką i jak szybko. Tutaj jest gorzej bo im bardziej my rośniemy w siłę, tym te niedźwiadki niestety też, A smoczy kapłan... Cóż ,zawsze jest wyzwaniem, trochę szkoda, że efektów tych umiejętności i lvlowania nigdy nie widać, prawie jak w oblivionie, tylko mniej tutaj oczywistości. Skyrim ma problem, jest po prostu nudne, zbyt dużo rzeczy i nie wiadomo za co się zabrać przez co, wszystko przytłacza, a zarazem odrzuca, sam nie wierzę, że to piszę, ale wszystko to trzeba dawkować.

Wracając do Gildii
Każda z gildii to zabawa na jeden wieczór, dla dobrego gracza.
Magowie to kpina, jej dopiero co dołączyłem do magów, a na drugi dzień jestem arcymagiem, bomba wręcz.
Towarzysze?[słabe zastępstwo za gildie wojowników] Walczą ze sobą od lat, dochodzi jakiś frajer który po jednej misji oblewa wszystkich zaufaniem przez co wielbią go i zdradzają najważniejszą tajemnice, bullshit po całości, poważnie.
Za wzór jak powinny wyglądać gildie dalej służy oblivion który też swoje problemy ma, a nawet ma ich więcej.

Mroczne bractwo? Próbowałem, naprawdę, jakoś nie czuję tych postaci. Niby są ciekawe, lecz czegoś im brakuje.

Gildia złodziei - pomysł fajny, realizacja fajna, misje dodatkowe... szkoda gadać i ogólnie czegoś zabrakło.

IL vs SC - norma, jeżeli my nie ruszymy do boju to nikt tego nie zrobi, ale sam wątek jest słąby i wcale nie interesujący, nawet nie warto się w to bawić 2-3 forty i koniec, nic szczególnego.

Wampiry vs Dawnguard - Tia... Patrz wyżej.

Miraak Vs Dovakiin - Ta, bo tak dla wesołego popłynę sobie na Solstheim bo pojawiły się pogłoski o dragonbornie innym. Ciul, że to prawie w Morrowind leży i jest daleko, w końcu Alduin poczeka, nie.
Warto nadmienić, że te wielce rozsławiane misje generowane losowo są słabe? Tylko kilka z nich nadaje się do czego kolwiek, jedna z fajniejszych to miecz dla tego gościa z Whiterun. Ale losowe misje złodziei to niestety katastrofa.
Nie wiem, może po prostu jestem zbyt poważnym graczem już?

GTA - ta, ja podniosę rękę, bo główne co robiłem to misje, jestem typem gracza ''Story Listener'' czy jakby to nazwał. Zrobiłem w prawie każdym gta, prawie wszystkie misje jakie tylko były. I tak, strzelnice i inne pierdoły też się robiło, ale miało to swój cel, chociażby zwiększenie umiejętności, zdobycie aczika, albo i po prostu ten cholerny procent gry.

Wspomniano w tym tekscie o tym, że gdy kończą się questy poboczne to nie ma się ochoty do grania... Fakt jest tak, tyle, że np ja mam tak z główną fabułą, przejdę grę i... Nie gram dalej, po prostu. Zazwyczaj tak jest. Main Quest skyrima i tak mnie zmęczył strasznie, że przez ostatnie fragmenty gnałem na złamanie karku.

Jednak grą która miała to idealnie zrobione był Gothic, setki misji z czego w pewnym momencie człowiek stwierdzał ... Pierdziele, mam już dość tego wszystkiego, zabierajmy się z tej wyspy i odpływał na Irdorath kończyć rozgrywkę, tyle, że tych misji zostawało ile? Dwie, albo trzy z setek które wykonał?

Są gry w których mnogość misji pobocznych sprawia, że nie sposób złapać się za fabułę bez odpuszczania ich, niestety tytuł mi uleciał, ale bywa to niezmiernie irytujące.
ME1 - po pewnym czasie zaczynał męczyć, ale fabuła i misje główne przyciągały, postacie również, nawet te poboczne.
Me2 - to samo.
Me3 - ciut gorzej, ale... Dało się.

Martius - zgadzam się z tobą w prawie wszystkim i ciesze się, że są tutaj osoby które wciąż doceniają starego dobrego Morka, mimo również wielu jego ułomności.

03.07.2014 08:56
odpowiedz
Black Star
35
Centurion

@ Martius_GW znaczy generalnie masz rację, jeśli idzie o fabułę główny wątek skomplikowany nie jest, większość tych najmniejszych pobocznych też nie. Ale zdarzały się ciekawe perełki, może nie na poziomie fabularnym Final Fantasy, ale też zapadające w pamięć. Misja gdy w tym mieście na zachodzie wplątują cię w spisek renegatów i najpierw prowadzisz śledztwo, a potem idziesz siedzieć i wydostać się z pudła, przy okazji podejmując się wyboru moralnego. Kilka misji Bractwa Ciemności, w ogóle cały wątek fabularny bractwa łącznie z finiszem jest ok. Z Gildii najciekawszą fabułę ma Gildia Złodziei, może nie rewelacyjną ale i tak lepszą niż inne. Misja gdzie upijasz się z daedrycznym księciem i potem ustalasz co się zdarzyło.
Z Obliviona najbardziej zapamiętałem misję gdzie <spoiler> zabija się trolle w wiosce, po czym okazuje się, że naszprycowali cię jakimiś narkotykiem i w rzeczywistości zabijałeś mieszkańców wioski </spoiler>

03.07.2014 12:47
odpowiedz
mastji
7
Legionista

Nie rozumiałem nigdy i już chyba nie pojmę fenomenu Skyrima. Ta gra, oprócz sympatycznej oprawy audiowizualnej i dżwiękowej to ciągnąca się w nieskończoność, nużąca eksploracja skonstruowanych tak samo miejsc, podlana budzącą uśmiech politowania fabułą, napisaną chyba w parę minut na kolanie. Mało tego, system walki, z której składa się 90% rozgrywki jest tak mało satysfakcjonujący i ubogi, że po chwili z grą odechciewa się wszystkiego. Ja grając w Skyrima czułem się, jakbym był w jakiejś parodii świata fantasy, gdzie smoki dają się rzezać jak tuczniki a miasto szturmuje się w kilka osób, z marszu. Czytając zapowiedzi i recenzje nastawienie do Skyrima miałem jak najlepsze, spodziewając się kupy zabawy. I patrząc z perspektywy czasu kupę dostałem, bez zabawy.

03.07.2014 15:12
odpowiedz
MarucinS
62
Pretorianin

Im więcej tym lepiej.
Nie każdy musi wszystko przejść na 100%.

Lepiej mieć jakiś wybór niż wcale.

03.07.2014 15:51
odpowiedz
Martius_GW
57
Generał

[40]
Dzięki, te przykłady brzmi już znacznie lepiej niż to co widziałem. Niby zrobiłem kilka zadań dla deadr ale każe to ciągle to samo - idź przynieś mi topór z jaskini albo zabij wilkołaka.

03.07.2014 16:12
odpowiedz
Marder
170
Generał

Dlatego ja nie lubię za bardzo sandboxów. Idzie człowiek wykonać jakieś zadanie i musi pokonać pół mapy a po drodze dostaje kilka innych zleceń, które odrywają go skutecznie od tego po co i w jakim celu szedł. W Skyrim oprócz wspomnianego mechanizmu dobijały mnie jeszcze książki. Przeglądanie wszystkich regałów i czytanie wszystkich manuskryptów zajmowało masę czasu a nie posuwało akcji naprzód. A ponieważ gram dokładnie i metodycznie nie mogłem ot tak sobie przejść obok nich tym bardziej że można było poprzez czytanie książek podnosić swoje statystyki. Błędne koło.

03.07.2014 21:15
odpowiedz
kamellord
23
Legionista

Powiem krótko. niezgadzam sie z nazwą „syndrom Skyrima”. po pierwsze: to obrażliwa nazwa (brzmi jak jakaś choroba) po drugie: zrobienie gry która składa się wyłącznie z głównego wątku, jest ciekawa i długa jest ciężkie co wydać przy gier takich jak "Murdered: Śledztwo zza grobu"(zbyt krótkie). Więc uważam że lepiej zrobić krótką gre i ją "sztucznie" przedłużyć. ale nie znajdź-kami tylko właśnie quest'ami pobocznymi. A SKYRIM zrobił questy poboczne na takim samym poziomie co quest główny a nawet lepszym. Dlatego uważam że „syndrom Skyrima”(nadal uważam że to obraźliwa nazwa) powinien być stosowany częściej niż jest do tychczas.

03.07.2014 22:44
odpowiedz
yadin
92
Senator

Jedyna gra, w której miałem cierpliwości nieskończone chęci do robienia misji pobocznych, był i jest Red Dead Redemption. W GTA V, poza szmuglowaniem za pomocą Trevora i jego samolotu, nie ma nic, co chciałbym powtarzać. w Skyrim nie grałem i nie zamierzam. Dla samego przechodzenia i zabawnego survivalu grałem kilkadziesiąt razy w tak liniową i jednocześnie nieliniową grę, ja MGS 3.

03.07.2014 22:50
odpowiedz
Black Star
35
Centurion

@Martius_GW Dlatego w dużej mierze masz rację - bo na jedno ciekawe zadanie przypada w Skyrimie 10 typu "idź do cholernie długiej jaskini, zabij draugi, przynieś topór". Ale w Morrowindzie akurat też tak było, tyle że tam główny wątek był ciekawy (aczkolwiek też bez przesady - jesteś reinkarnacją wybrańca który ma pokonań głównego złego siedzącego w wulkanie), a świat niezwykły, inny niż w standardowych fantasy. Dlatego moim zdaniem w Skyrima nie gra się dla fabuły czy ciekawych questów, tylko dla tej wolności, dla tego ogromnego choć czasem nudnego świata. Podobnie zresztą jak z GTA, bo nikt mi nie wmówi, że w GTA najbardziej podoba mu się wątek fabularny. Skyrim to kiepski przykład na "dobrze zrobione zadania poboczne". Tu się idzie w ilość, nie jakość, poza tym nie to jest siłą Elders Scroll i nie dla tego ludzie grają w te gry.

04.07.2014 15:56
odpowiedz
Martius_GW
57
Generał

@up
Tylko w Morrowind główna postać nie ma żadnych super duper mocy, równie dobrze może być po prostu przypadkową osobą która znalazła się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.
Nie oczekują, że gra z otwartym światem będzie oferowała idealną fabułę ale jakieś standardy by się przydały. Jak dla mnie seria AC jest podobna po tym względem podobna do Skyrima, zawartości pobocznej jest mnóstwo ale jest kiepskiej jakości. Z drugiej strony miłą niespodzianką było Sleeping Dogs oferujący przyzwoitą rozgrywkę i mniej ale ciekawsze misje poboczne. Może Skyrim byłby lepszy gdyby wszelakie podziemia, ruiny, jaskinie itd. nie były robione metodą kopiuj-wklej i nie wiązały się z większością zadań. Nie dość, że są strasznie krótkie to mnóstwo elementów się powtarza (drzwi które trzeba otworzyć szponem były już trzy, obstawiam, że jest ich drugie tyle jak nie więcej). W pierwszych ruinach dwemerów z Morrowind można było się pogubić.

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze