5 argumentów... za tym, że NBA Live 14 będzie niewypałem (o ile wyjdzie)
Recenzja gry Tales from the Borderlands
Doom jako nieokiełznany shooter - recenzja
Płatne DLC do nieukończonej gry? Niemożliwe? A jednak!
Reedycje gier na nowych platformach to dobre zjawisko
Konsola Xbox One z motywem Gry o Tron
Lata świetności gier z gatunku bijatyk w rzeczywistości minęły mniej więcej wtedy, gdy swoją popularność straciły dedykowane im i nie tylko im automaty. To właśnie w latach 90 powstały najpopularniejsze serie, takie jak Mortal Kombat, kolejne odsłony Street Fighter, czy właśnie Killer Instinct. Tytuły te łączy coś jeszcze – po długiej przerwie wreszcie ożyły i są w świetnej formie.
Tak na dobą sprawę Killer Instinct jeszcze nie ożył, choć stanie się to niebawem, bo jeszcze w tym roku. Najprawdopodobniej właśnie w grudniu doświadczymy wskrzeszenia historii - i to w jakim stylu! Remake zapoczątkowanej w 1994r przez studio Rare serii, ma oferować charakterystyczne dla poprzednich odsłon elementy rozgrywki w połączeniu z imponującą fizyką oraz godną next-genowej technologii grafiką. Killer Instinct będzie pierwszą bijatyką, która ujrzy światło dzienne na jednej z przyszłych konsol i mowa tutaj o „tej gorszej”, to exclusive dedykowany Xbox One, tworzony przez Double Helix.
Zapewne podświadomość u wielu użytkowników już przemówiła, przez co wiedzą czy pod koniec listopada na ich półki trafią takie konsole jak PS4 czy Xbox One. Nie jestem tutaj po to, żeby komuś przeszkodzić w tym fakcie, ale raczej sprowokować do pomyślenia, czy aby warto kupić sprzęt następnej generacji jeszcze w tym roku, albo na początku następnego. Wbrew pozorom jest to dość ryzykowne posunięcie. Może się okazać, że nasz nabytek prędko może pójść w kąt i nie skorzystamy z niego za dużo. Nie wiem jak Wy, ale ja nienawidzę uczucia wydania pieniędzy na marne.
Ile czasu spędzimy przy GTA V? Co dalej z Xboxem 360? Co z trybem offline w Diablo III na komputerach? Kiedy premiera Path of Exile? O tym i jeszcze więcej przeczytacie w kolejnym odcinku WeekENDu!
Obserwując, jak rok po roku seria NBA 2K ewoluuje w stronę doskonałości można mieć spore wątpliwości, czy ktokolwiek jest w stanie zagrozić jej pozycji, przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie – pogrywając regularnie w kilka ostatnich odsłon wydaje mi się, że jedynym lepszym rozwiązaniem dla fanów basketu jest chyba tylko… wzięcie piłki i zagranie ze znajomymi na najbliższym boisku. Włodarze EA uważają jednak, że każdego króla da zrzucić się z tronu i jakiś czas temu zapowiedzieli powrót święcącej niegdyś triumfy serii NBA Live. No i tak czekamy, czekamy, czekamy, no i czekamy tak od 4 lat i tak prawdę powiedziawszy, na kilka miesięcy przed zapowiadaną premierą wiemy tyle, co nic. Wypatrując nowinek o produkcji studia EA Tiburon czasami czuję się jak były już komisarz ligi NBA David Stern, który podczas lokautu patrzył bezradnie to w stronę zawodników, to w stronę włodarzy klubów. I choć koniec okazał się w miarę szczęśliwy, to wszyscy z nerwów zapewne poobgryzali już swoje paznokcie. Nikt jednak nie powiedział, że w przypadku NBA Live 14 happy-end to jedyne możliwe rozwiązanie.
Świat powoli zalewają informacje z konferencji największych wydawców na tegorocznym Gamescomie, a ja zostanę na polskim poletku. Z informacji prasowej Cenegi wynika, że wszystkie platformy doczekają się spolszczenia nowego Thiefa... oprócz jednej. Ciężko jest być fanem Microsoftu w dzisiejszych czasach.
Facebook, Twitch, UStream, Youtube – to tylko cztery nazwy, które już teraz przewijają się w kontekście możliwości nowej generacji konsol (a na 100% dojdzie do nich też Twitter). Gracze wymieniają je jednak z automatu, bez specjalnego poruszenia, niemal jak zło konieczne.
Czy faktycznie należy tak na nie patrzeć?
Uważany przez wielu graczy za bliski perfekcji kontroler do Xboxa 360 doczekał się 40 ulepszeń i nie wydaje mi się, by jakakolwiek zmiana miała być krokiem wstecz. O ile feature związany z przyciskiem Share, lepiej wyprofilowane triggery czy- w szczególności- panel dotykowy w propozycji głównego konkurenta są przyjemnymi nowościami, pad Microsoftu będzie miał na starcie sporą przewagę.
Ogłoszenie każdej kolejnej generacji konsol przynosi coraz to większe oczekiwania. Każda kolejna generacja podnosi wrzawę w mediach growych i krzyki zdesperowanych fanbojów wielbiących nową i jedyną słuszną platformę. Jednocześnie jest to oczekiwanie na nowe gry, za każdym razem gracze chcą perfekcyjnych gier, a developerzy je obiecują. Wiadomo: obiecanki-cacanki.
To, że wraz z nadejściem nowej generacji konsol na dobre pojawi się na nich model Free to play jest sprawą oczywistą. Już teraz mamy kilka zapowiedzi gier, którymi będziemy mogli bawić się od razu po rozpakowaniu nowego sprzętu. Jestem też pewny, że wraz z ich nadejściem we „wrogim” obozie PC także pojawią się zmiany. Rzeczy staną się jeszcze prostsze i przystępniejsze, zacznie się zatem lament dotyczący „ukonsolowienia” (które tak dobrze wytłumaczył u siebie Pita).
Każdy wie co się wczoraj stało – Xbox One poszedł drogą PlayStation 4 i pozwolił nam na swobodne korzystanie z zakupionych prze siebie gier. Opracowywana miesiącami technologia, plan marketingowy i współpraca z największymi sprzedawcami na rynku została zatem wyrzucona do kosza. Nie udało się nam wmówić, że pełna kontrola jakiejś firmy może być czymś dobrym.
Ten bezprecedensowy przypadek będzie pewnie jeszcze długo omawiany przez analityków i będziemy go wspominać bez końca. Oto Microsoft „resetuje” swój sprzęt zanim jeszcze zdążył wrzucić go na rynek. Wypada za to podziękować przede wszystkim Sony, czyli temu, że była obok firma mająca inny pomysł na swoją przyszłość, dzięki czemu my jako konsumenci mogliśmy dokonać wyboru.