Recenzja filmu Mother! - dziki sen Darrena Aronofsky'ego - fsm - 5 listopada 2017

Recenzja filmu Mother! - dziki sen Darrena Aronofsky'ego

Darren Aronofsky to jeden z tych słynnych filmowców, który jest do bólu konsekwentny w realizowaniu autorskiej wizji kina, niezależnie od możliwych zysków lub strat. Nagród na półce ma kilka, głównie te bardziej "niezależne", największymi sukcesami zaś są wenecki Złoty Lew za Zapaśnika i nominacja do Oscara za reżyserię Czarnego łabędzia. Ten ostatni film jest zresztą bodaj największym triumfem Aronofsky'ego - skromny budżet wygenerował ogromne zyski, a historia popadającej w obłęd baletnicy broniła się na wielu poziomach, z tym artystycznym na czele. Po średnio udanym biblijnym Noe przyszedł czas na Mother! - film już okrzyknięty jednym z najbardziej kontrowersyjnych dzieł roku, który swoją publiczność rozrzucił po całym spektrum ocen (od "nienawidzę" po "kocham").

Mother! to Metafora. Taka przez duże "m". Nie sposób traktować tego filmu dosłownie, bo wówczas rozpadnie się na kawałki. O to zresztą prosi reżyser: przyjmijcie poetykę snu za podstawę i niech wszystkie próby wyjaśnienia historii płyną właśnie stąd. Bo Mother! trzeba poddać interpretacji, a fabułę da się opisać tylko szczątkowo, by nie wejść na terytorium spoilerów. Wasz odbiór gotowego filmu zależeć będzie w stu procentach od tego, czy znajdziecie w sobie adekwatne wyjaśnienie dla wszystkich scen i czy Silna Symbolika (też pisane dużą literą) oferowana przez reżysera nie przekroczy tych trudnych do określenia granic akceptacji. Mother! skłania do przemyśleń i zostaje w głowie po seansie, a tak przecież robią tylko te największe i najlepsze filmy. Ale czy Aronofsky rzeczywiście popełnił Dzieło (znowu duża litera... to celowe, bo taki jest ten film. Pisany. Dużą. Literą.)?

W domu na odludziu mieszka małżeństwo. On jest literatem, którego opuściła wena i nie jest w stanie stworzyć niczego nowego. Ona jest jego dużo młodszą partnerką wkładającą całe serce w zbudowanie (dosłownie, fizycznie) pięknego domu dla och obojga. Relacja jest życzliwa, ale łatwo da się wyczuć braki. Ożywienie następuje w momencie, gdy na progu pojawia się obcy mężczyzna, a mąż bez wahania zaprasza go do środka. A gdy potem do mężczyzny dołącza jego partnerka, w domu na odludziu zaczyna być nieprzyjemnie. A to dopiero wstęp do całej historii, której finał - co do tego nie mam wątpliwości - jest jednym z najintensywniejszych i najbardziej oszałamiających sekwencji tego roku, a może i kilki ostatnich lat. Ale zważcie na jedną, bardzo ważną rzecz, Mother! nie jest horrorem. Film Aronofsky'ego jest gatunkową mieszaniną, którą trudno jest sprzedać typowemu widzowi (zapewne stąd słabe wyniki finansowe), więc marketingowcy chętnie chwycili łatkę strasznego filmu. Mother! straszy, ale nie w horrorowy sposób.

Po seansie, który mnie trochę zmęczył (patrz: kilka linijek wyżej, a propos finału), mam wrażenie, że Darren Aronofsky był blisko stworzenia filmu, który z miejsca stałby się klasykiem i byłby omawiany i interpretowany jeszcze przez lata. No ale nie wyszło, co oczywiście nie oznacza, że Mother! to produkcja słaba. Oj, nie. Widać tam jednak składowe czegoś jeszcze lepszego, może nawet geniuszu. Czy zawiodła zbytnia łopatologia w kwestii symboliki? A może casting mógłby być lepszy (ja sam problemu z Lawrence czy Bardemem żadnego nie mam, ale chyba nie bez powodu wielu określa ich jako aktorów jednowymiarowych)? Bo na pewno nikt nie ma prawa przyczepić się do techniczno-inscenizacyjnej strony filmu. Po pierwsze: Mother! to jeden z najlepiej udźwiękowionych filmów, jakie miałem przyjemność oglądać w dobrze nagłośnionej sali. Po drugie: praca kamery, która prawie zawsze skupia się na twarzy Jennifer Lawrence potęgując atmosferę niepokoju i zaszczucia, to jeden z głównych elementów tworzących klimat. Po trzecie: świetnie została zaprojektowana miejscówka w postaci domu, z którym zaczynają się dziać... rzeczy. Po czwarte: wszystko wygląda, brzmi i jest zrobione świetnie. Najwyższe noty! To sfera fabularno-emocjonalno-symboliczna jest tak kontrowersyjna, że dzieli widownię, o co zresztą pewnie reżyserowi chodziło.

Mother! to bardzo intensywne przeżycie, które od początku zasiewa w widzu niepokój. Były momenty, gdy zapadałem się coraz głębiej w fotel i już samo to zasługuje na olbrzymią pochwałę. Jednak unosząca się nad tym wszystkim Metafora utrudnia odbiór filmu - i nie przez to, że jest wielce zawiła, ale przez swoją "oczyswistą oczywistość", która miejscami aż bije po oczach. Aronofsky zrobił w swojej karierze lepsze i równie niewygodne dla widza filmy (zarówno Requeim dla snu jak i Czarnego łabędzia stawiam bardzo wysoko), ale chyba żaden nie atakował z tak wielką furią. Poddacie się jej, czy odrzucicie ze śmiechem? Ja się prawie poddałem. Bo to prawie rewelacja. Prawie.

fsm
5 listopada 2017 - 19:10

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze
05.11.2017 19:33
SnT
139
U R

Podobno zupełnie inne światło na odbiór całości rzuca roboczy tytuł

spoiler start

Day 6

spoiler stop

.

05.11.2017 20:16
odpowiedz
sekret_mnicha
178
fsm

Czy "inne"? Mam wrażenie, że większość interpretacji wywodzi się właśnie od tego motywu. Drugim jest po prostu

spoiler start

męka twórcza

spoiler stop

.

05.11.2017 21:14
odpowiedz
MrocznyWędrowiec
41
aka Hegenox

Twórczość Aronofskiego od zawsze lubiłem, więc zdecydowanie zawitam w kinie ;)

06.11.2017 00:12
odpowiedz
4 odpowiedzi
NewGravedigger
110
spokooj grabarza

Film po odrzuceniu metafor jest niewiarygodnie słabym obrazem, mniej więcej od 3/4 zaczynają się tam dziać cuda, które po prostu nie pozwalają na jego przyjęcie bez skrzywienia. Chyba, że ktoś uwielbia von Triera.

Ja niestety należę do osób, którym metafory nie przeszkadzają (i generalnie lubię o nich dyskutować) pod warunkiem, że sam film jest znośny również bez nich. Tutaj pod koniec jest to zlepek różnych scen. Powiem nawet, że po przeczytaniu o co w nim chodzi (cały seans myślałem, że jest tam przedstawione

spoiler start

hollywood

spoiler stop

) obraz nie pasuje mi do tego, co ludzi usiłują sobie tłumaczyć.

06.11.2017 00:45
BlackPepper
0
Chorąży

Wiesz, nie ma nic prostszego, niż udawanie głębi jakimiś "sugestiami", a ludzie - w tym krytyka filmowa - zazwyczaj łapią się na to jak muchy na lep. W końcu jak czegoś nie rozumie się do końca, to to musi być głębokie, prawda? No i co by zresztą było, gdyby wyjątkowo w istocie taką treść miało, a ja bym napisał w recenzji, że to szmira. Wyszedłbym na głupka, nie? I potem mamy w opinii publicznej cały zbiór arcydzieł i genialnych jakoby twórców, których dzieła i poziom najlepiej podsumowuje pojęcie: pseudo-intelektualizm. Tutaj na myśl przychodzi metaforyczna warstwa Odysei Kosmicznej.

Inną odmianą takiego kina są puzzle-movie. Filmy, które należy poskładać w całość. Problem w tym, że najczęściej cała treść takiego filmu sprowadza się wyłącznie do takiej zabawy, a rzeczywistej myśli w nim nie uświadczysz. Doskonałym przykładem jest tu Incepcja, labo Lost.

post wyedytowany przez BlackPepper 2017-11-06 00:48:29
06.11.2017 21:49
sekret_mnicha
178
fsm

Dlatego też napisałem: film to metafora. Bez niej to nie jest film, tylko dziwna psycho-padaka. Akceptacja filmu zależy od akceptacji metafory :) No i moim zdaniem ta, teoretycznie, właściwa interpretacja bardzo ładnie się sprawdza. Obraz zdecydowanie pasuje do treści.

07.11.2017 08:28
NewGravedigger
110
spokooj grabarza

Mhm, tylko nie doczytałem się dlaczego

spoiler start

1. dziecko jezus rodzi się dopiero pod koniec filmu, po wszystkich wojnach i wielbieniu boga.
2. dlaczego w ogóle ona rodzi tego dzieciaka, kim ona w ogóle jest
3. czym jest to żółte coś

spoiler stop

07.11.2017 13:45
sekret_mnicha
178
fsm

spoiler start

1. Rodzi się pod koniec filmu, bo tak rozwijała się akcja i te najbardziej drastyczne sceny musiały być na końcu. Nie doszukiwałbym się tu niczego więcej, niż "taka była wizja reżysera". Mi to pasuje. Poza tym - czy dziecko-jezus powinno się urodzić w innym momencie filmu? Wielu może uważać ukrzyżowanie Dżizasa za ostateczny upadek rasy ludzkiej.
2. JLaw to mother earth. Dom jest planetą, a matka jest naturą. Jej celem jest utrzymywanie porządku, równowaga i przedłużanie istnienia. Jej dziecko było ostatecznym aktem chęci przedłużenia życia, ale wiemy jak to się skończyło. Ludź to zbój!
3. Żółte coś nie zostało chyba nigdzie wyjaśnione. Moja interpretacja - swoisty doraźny środek przeciwbólowy i jednocześnie ochrona przez złem. Gdy zaszła w ciążę żółte coś zostało usunięte jako sztuczny twór. Tyle.

spoiler stop

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze