W co gracie w weekend? #280: Życie renegata w Mass Effect 2 oraz wielki detektyw w Umineko - squaresofter - 22 grudnia 2018

W co gracie w weekend? #280: Życie renegata w Mass Effect 2 oraz wielki detektyw w Umineko

Na wstępie chciałbym życzyć wszystkim czytelnikom Wesołych Świąt z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia, dużo zdrowia, wymarzonych gier i konsol pod choinkę, pogody ducha oraz tego, żeby świąteczne potrawy smakowały Wam tak jak nigdy dotąd.


Umineko: When They Cry

Informacje

Platforma: PC

Producent: 07th Expansion

Data wydania: 2016-2017r.

Gatunek: Dojin soft, visual novel

Wpis dotyczący Umineko posiada spoilery, więc czytasz go na własne ryzyko.

Kiedyś, przy okazji ogrywania pierwszego odcinka Umineko, pisałem, że zostałem zmasakrowany. Dziś mogę dodać, że piąty odcinek tej kryminalnej powieści dźwiękowej zgwałcił mnie intelektualnie.

Nie musiałem długo zastanawiać się nad tym, czym jest w stanie zaskoczyć mnie Umineko w drugiej części tej opasłej historii. To co zobaczyłem w piątym odcinku przerosło jednak wszystkie moje oczekiwania i tak jak pierwszy odcnek tej japońskiej produkcji męczyłem pięć miesięcy, tak piąty ukończyłem w pięć dni, zbierając szczękę z ziemi, a tak właściwie, to ganiając ją przez trzydzieści godzin. 

Wyobraźcie sobie, że Battler i Złota Wiedźma Bezkresu, Beatrice, zostali zdegradowani do roli pionków przez Wiedźmę Pewności, Lambdadeltę oraz jej przyjaciółkę Bernkastel, Wiedźmę Cudów. Obie wiedźmy postanowiły zabawić się nie tylko kosztem rodu Ushiromiya, ale również wcześniejszą Misztrzynią Gry oraz jej rywalem. Beatrice z wiecznie znudzonej intrygantki stała się zgaszoną kukłą grającą w spektaklu przygotowanym przez dwie złośliwe i znudzone wiedźmy.

Do tej pory było tak, że poszczególni członkowie rodu, którego symbolem jest jednoskrzyły złoty orzeł byli mordowani w przeróżny sposób i nie spodziewałem się niczego nowego w kolejnym odcinku Umineko. O ja głupi, głupi, strasznie głupi. Bern nie nosi swojego tytułu ot tak sobie, więc postanowiła, że do historii seryjnych morderstw włączy kolejny fragment.

Poznajcie Erikę Furudo, najbardziej zwariowaną detektywkę w grach wideo. Sherlock Holmes to przy niej nudziarz, który zanudziłby Bern na smierć w ciągu minuty. Poznajemy ją w grze jako rozbitka, który cudem ocalał ze sztormu hulającego wokół wyspy Rokkenjima. Wypadła z łódki pływającej wokół wyspy i udało jej się dopłynąć do brzegu. Wziąłem ją z początku za biedną, ciekawską dziewczynkę. O ja głupi, głupi, strasznie głupi.

Dwie wiedźmy postanowiły trochę uatrakcyjnić koleją grę wprowadzając bohaterkę, która wraz z Battlerem rozszyfrowała zagadkę epitafium Beatrice. Ktokolwiek dotrze do Złotej Krainy otrzyma w nagrodę 20 ton w złocie, tytuł głowy rodu i przejmie tytuł złotej wiedźmy.

Erika natychmiast zrzekła się wszelkich praw do złota. Dla niej liczył się sam fakt rozszyfrowania zagadki, z którą nie mogła sobie poradzić wcześniej cała rodzina, zdesperowana rodzina, która jak wody potrzebowała ogromnego zastrzyku gotówki.

Reprezentujący głowę rodu Krauss nie miał głowy do interesów i dał się wmanewrować w przedsięwzięcia, które nie tylko nie przyniosły mu żadnych dochodów, ale doprowadziły do takiej ruiny finansowej, że zastawił pod hipotekę ogromną posiadłość rodu Ushiromiya na wyspie Rokkenjima, na której spotykaja się co roku wszyscy członkowie rodziny. To nie jest coś, czym warto się chwalić rodzeństwu zachowującemu się jak sępy odwiedzające wałsnego starego i schorowanego ojca tylko po to, by wycisnąć z niego tyle, ile się da, zanim kopnie w kalendarz.

Tak wałściwie to Kinzo już nie żyje, ale Krauss, jego żona Natsuhi i służba postanowili ukryć ten fakt przed resztą rodziny, gdyż prawda mogłaby pozbawić ich majątku, który roztrwaniali przez wszystkie lata a gdyby Rudolf, Eva i Rosa dowiedzieli się o tym, to mogłoby się to wszystko skończyć na sali sądowej. Lepiej niech rodzeństwo myśli, że ojciec jest zmęczony, zajęty okultystycznymi badaniami w swojej pracowni i nie chce nikogo widzieć podczas corocznego obiadu z dziećmi i wnukami. 

Może i wszystko dałoby się zataić, gdyby nie to, że legendarne złoto zostało w końcu odnalezione. To stało się przyczynkiem do rodzinnej kłótni na temat tego, jak podzielić owe złoto, czy znalazca ma prawo otrzymać tytuł głowy rodu itd.

Wielkie bogatctwo rodzi chciwość w ludzkich sercach, więc nic dziwnego, że doszło do makabrycznej zbrodni. Tym jednak razem, żeby demoniczna gra, której stawka jest ludzkie zycie, była ciekawsza ktoś postanowił porwać męża Natsuhi, szantażować ją a najlepiej i wrobić w morderstwa.

I tu pojawia się wścibska Erika, genialna detektywka, która nie cofnie się przed niczym, żeby odkryć prawdę, nawet jeśli w grę wchodzi zalepienie wszystkich okien na pierwszym piętrze w domku gościnnym za pomocą grubej taśmy podczas straszliwej ulewy w celu zapewnienia wybranym domownikom alibi albo nasłuchiwanie przez ścianę całą noc, czy w pokoju obok przypadkiem kogoś nie mordują, bo przecież cóż to byłby za kryminał, gdyby nie było w nim morderstw?

Gdy Erika zrzuca w końcu maskę zagubionej ciekawskiej dziewczynki, która przypadkiem znalazła się w posiadłości, wtedy Umineko lśni w całej swej okazałości. Nie zamierzam zdradzać więcej szczegółów z tej historii.

Powiem tylko, że cały piąty odcinek odnosi się do biskupa Knoxa, który żył naprawdę, pisał kryminały  i mógł się pochwalić znajomością z Agathą Christie. Wymyślił on dziesięć zasad tworzenia kryminałów, które stanowią m.in. że detektyw nie może być zbrodniarzem, nie można wyjaśnić zagadki zabójstw bez dowodów (zjawiska paranormalne nie są w takim wypadku żadnym dowodem), złoczyńcą powinien być ktoś, kto wystepuje już w początkowej fazie historii i miejsce morderstwa nie może mieć ukrytych drzwi, gdyż czytelnik nie będzie chciał czytać takiej powieści a co dopiero próbować rozgryźć tego, kto zabija, jak zabija i po co zabija.

Dlatego też rewelacyjnym posunięciem jest wprowadzenie do fabuły Umineko zimnej jak lód Dlanor A. Knox, która używa wspomnianych wcześniej zasad, aby nie doszło do takiej sytuacji, że ktoś by jeszcze uwierzył w to, że za wszystkimi mordami stoi taka herezja jak magia i posługujące się nią wiedźmy lub będące na ich usługach demony z piełka rodem.

Piąty odcinek tej opowieści wgniótł mnie w ziemię, doskonale przenosząc ciężar historii na dwie wspomniane wyżej wiedźmy, szloną detektywkę, Dlanor walczącą w imię wyzszych zasad (czytaj zasad Knoxa) oraz biedną Natsuhi, której wstrząsająca historia poruszyła mnie do żywego. 

Nie zapominam też o muzyce. Przygotowałem specjalnie dla Was dwadzieścia nowych kawałków, których większość usłyszałem pierwszy raz we wspomnianym odcinku.

Do powyższej playlisty dodałem m.in. utwory stanowiące rewelayjne połączenie muzyki elektronicznej z organami i pianinem, świetne zakończenie piątego odcinka zaśpiewane po japońsku, kawałki budzące w graczu ciekawość, epickie motywy bitewne ze starć na argumenty oraz przede wszystkim trzy motywy, które można skojarzyć z Eriką, Eriką stanowiącą cud Bernkastel a jej cud polegał na tym, że ciężko było mi się oderwac od tej historii. 

Jeszcze jakiś miesiąc temu męczyłem się gdzieś na drugim odcinku Umineko. Jak tak dalej pójdzie, to za miesiąc ta opowieść będzie już za mną a ja zostanę z dziurą w sercu po ukończeniu tytułu, który rośnie w moich oczach z każdą kolejną godziną.

Natsuhi, nie martw się. Jeśli magia naprawdę istnieje, to te wszystkie głupie wiedźmy zapłacą. Nie pozwolę krzywdzić kogoś, kto nosi w sercu jednoskrzydłegoi złotego orła. Żarty się skończyły!


 Mass Effect 2

Informacje

Platforma: PS3

Producent: BioWare

Data wydania: 21 stycznia 2011r.

Gatunek: Rpg akcji, strzelanina trzecioosobowa

Pierwszą część Mass Effecta ukończyłem kiedyś sześciokrotnie. M.in. dla niej zakupiłem X360 i do dziś uznaję go za jedną za najwspanialszą grę ubiegłej generacji. Była to jedna z ostatnich produkcji tej firmy, do której nie wtrącało się EA. BioWare miało w tamtych czasach podpisaną umowę z Microsoftem dlatego w gry takie jak Knights of the Old Republic, Jade Empire i Mass Effect były dostępne w pierwszej kolejności właśnie na konsolach Microsoftu. Później były przenoszone na komputery osobiste a fani Sony mogli sobie o nich jedynie pomarzyć. Był to złoty okres tej firmy, gdy śliniłem się na widok każdej ich nowej gry, przeklinając fakt bycia fanbojem Sony, który nie ma odwagi na zakup sprzętu konkurencji. 

Pierwszego Mass Effecta ograłem tylko dlatego, że pożyczyłem swoje PS3 koledze, który miał X360. Umówiliśmy się, że on przejdzie na PS3 gry, które go interesują a ja przejdę na jego sprzęcie te gry, które mnie interesują. To był uczciwy układ. Wszystko to działo się prawie dziesięć lat temu. Gdy oddaliśmy sobie własne konsole zacząłem tęsknić za grami ogranymi przeze mnie na X360, dlatego gdy szefostwo BioWare postanowiło opuścić Microsoft na rzecz EA, które od zawsze stawiało na gry multiplatformowe po cichu liczyłem, że zagram w kontynuację przygód Sheparda na konsoli Sony. 

Był to okres, gdy fani Microsoftu uznawali przygody Sheparda i jego kosmicznej kompanii za tytuł na wyłączność na amerykańskiej konsoli i nie dopuszczali do siebie myśli, że jakikolwiek posiadacz PS3 pozna wielkość tej kosmicznej sagi. Dlatego też, gdy EA zapowiedziało wydanie drugiej części Mass Effecta na konsoli Sony razem z kilkoma dodatkami na płycie, byłem wniebowzięty.

Gdy tylko nadażyła się okazja, żeby poznać kontynuację przygód Sheparda skorzystałem z niej bez wahania. 

Trochę mi się nie podobał0, że zrezygnowano w Mass Effect 2 z wielu elementów rpgowych i upodobniono cała grę do strzelaniny trzecioosobowej. W jedynce mogliśmy modyfikować do woli pancerze i broń, system rozwoju postaci było bardziej zaawansowany a za każdego pokonanego przeciwnika otrzymywaliśmy doświadczenie. Jedyne co nie zagrało zbyt dobrze w jedynce to powtarzalne misje poboczne. 

Większość zmian w Mass Effect 2 nie przypadła mi do gustu, ale nie mogłem odmówić tej produkcji klimatu, no i misje lojalnościowe dla naszych towarzyszy to był strzał w dziesiątkę. Miejscówki takie jak Omega albo Ilium były doskonałym tłem wydarzeń.

Tym razem naszym celem było zwerbowanie najlepszych możliwych towarzyszy w galatyce, którzy stanęliby u naszego boku z nowymi sojusznikami żniwiarzy, którzy zaczęli napadać na ludzkie kolonie i porywać ludzi. Pikanterii całej sprawie dodawał fakt, że wróciliśmy zza grobu, żeby wykonać powierzone nam zadanie a tym, kto wpakował ogromną kasę w projekt mający na celu rekonstrukcję naszej osoby był Cerberus, którego agenci próbowali nas wczesniej zamordować podczas pogoni za wrogiem wszystkich istot zyjących, Sarenem, zindoktktrynowanym przez potężnego żniwiarza, Suwerena. 

BioWare potrafił tworzyć kiedyś ciekawe historie w swoich tytułach a to, że ogrywałem Mass Effect 2 rok po wszystkich posiadaczach X360 zupełnie mi nie przeszkadzało, bo na starcie otrzymałem cztery dodatki za darmo, za które posiadacze konsol Microsoftu musieli płacić. Oczywiście EA nie byłoby sobą, gdyby nie dorzucili jeszcze jakiegoś dodatku nawet po wydaniu gry na PS3, więc pomimo tego, że wycisnąłem z Mass Effect 2 praktycznie wszystkie soki miałem niedosyt związany z tym, że nie ograłem nigdy ostatniego dodatku pt. Arrival.

Minęło wiele lat od tamtych wydarzeń. W tym czasie kupiłem własnego X360, bo nie darowałbym sobie, gdybym nie miał na własność wspomnianego wcześniej Mass Effecta, Tales of Vesperii, Lost Odyssey, Gears of War, Halo 3, Naruto: Rise of a Ninja, Alana Wake'a i paru innych gier. Przeżyłem także katastrofę zwaną zakończeniem trylogii Mass Effect i tym oto sposobem doszliśmy do dzisiejszych czasów.

Na rynku jest dostępny Mass Effect Andromeda, którego zacząłem nazywać Androbiedą i pukałem się w czoło, gdy rozmawiałem z graczami męczącymi się z ukończeniem tej chałtury. 

Jestem graczem starszej daty i przeżyłem degradację mojej ukochanej serii Final Fantasy, dlatego też staram się unikać nieudanych produkcji BioWare'u, które mają niewiele wspólnego z najlepszymi rpgami tej firmy, może poza nazwą. 

Nigdy nie zagram w Andromedę, ale jako ktoś, kto nie lubi mieć niedokończonych spraw przemogłem się w końcu i nabyłem wspomniany wyżej dodatek. Pomyślałem sobie, że to będzie doskonały pretekst na to, aby wrócić do tej gry i zmierzyć się ponownie ze sługusami żniwiarzy.

Ostatni dodatek do Mass Effecta 2 nie jest specjalnie długi, ale i tak mi się podobał.

Otrzymałem rozkaz uwolnienia jednej pani naukowiec z rąk wrogo nastawionych do sił Przymierza batarian. W trakcie misji ratunkowej na wierzch wyszły informacje o tym, że żniwiarze chcą użyć pobliskiego przekaźnika masy do przedostania się w tamten rejon galaktyki. Gdyby do tego doszło, to wszystkie organizmy żywe we wszechświecie zostałby zniewolone lub zniszczone i to przed wyjściem na rynek Mass Effect 3!

Nie mogłem do tego dopuścić, więc skierowałem asteroid w kierunku owego przekaźnika, który nie tylko powstrzymał tytułowe nadejście żniwiarzy, ale zniszczył przy tym cały tamtejszy układ gwiezdny, zabijając 300 tysięcy batariańskiej ludności cywilnej. No cóż, ofiary na wojnie się zdarzają a że jestem kimś, kto potrafi zrzucić w przepaść najemnika, który nie chce współpracować, dać w mordę bezbronnemu saliarinowi albo zamordować z zimną krwią asari, która mierzy do mnie z pistoletu, to miałem to gdzieś. Liczy się tylko to, że powstrzymałem nadejście nieproszonych gości.

Jedyne co mi teraz pozostało, to pokazać członkom Normandii, że misja samobójcza, która przed nami będzie ostatnia misją dla wielu z nich, hahahahahahahaha.


W następnym w co gracie postaram się podsumować cały 2018r. Liczę na to, że i Wy się pochwalicie swoimi tegorocznymi osiągnięciami. Tymczasem zapraszam do komentarzy wszystkich zainteresowanych.

squaresofter
22 grudnia 2018 - 11:32

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
22.12.2018 12:25
1
Yuri Lowell
19
Brave Vesperia

Dzięki za życzenia Skłer, Tobie również jak i wszystkim Czytelnikom! :)
A ja nadal Sword Art Online: Hollowe Realization (PS4) pomiedzy misją główną, misjami członków drużyny i romansikami z ulubionymi dziewczynami, a godzinki lecą!
W przerwie, córa dorwała Code: Realize ~Bouquet of Rainbows~ (PS4) więc przygladam się kolejnej VN, tym razem z gatunku otome, wspominają Utawarerumono i marząc i europejskim wydaniu na PS4 pierwszej części.

Miłego weekendu i Wesołych Świąt!

22.12.2018 12:39
👍
odpowiedz
kęsik
90
Legend

Dragon Quest XI, 125h. Robię próby Durstana. Trochę szkoda że to stare lokacje ponownie a nie nic nowego no ale niech będzie. Dwie pierwsze próby przeleciałem bez problemów zobaczymy jak będzie z trzecią ostatnią. A potem to już sru final boss i trzeba kończyć wreszcie.

The Council, 14,5h. Ta gra jest super. To bije na głowę wszystko co Telltale wypuściło. I jest też zauważalnie dłuższe. U TT to przeważnie epizod miał długość 2h w porywach do 3. A tutaj 4h to minimum, a przejściu epizodu 2 zajęło mi ponad 5h. Zagadki są bardzo dobrze zrobione, przy jednej takiej można spokojnie spędzić pół godziny. Widać, że cały budżet poszedł w dialogi ale to dobrze bo dzięki temu gra wiele zyskuje na tych wszystkich różnych opojach dialogowych i rozwidleniach. Rozbudowany rozwój postaci definiujący rozgrywkę w tego typu grze to był strzał w dziesiątkę. To jest spokojnie TOP 5 tego roku.

Darksiders III, 16h. No ewidentnie w tym tygodniu zwolniłem z grą ponieważ nie chciałem tak szybko kończyć a już została mi końcówka. Gra jest naprawdę bardzo dobra. Jak jedynka była jakąś Zeldą, dwójka jakimś Diablo tak trójka to Soulsy i nie mam z tym problemu, gra się bardzo przyjemnie, design poziomów jest bardzo słodki a Soulsowe systemy bardzo mi odpowiadają. Gra jest trudna, szczególnie na początku, dużo trudniejsza niż Solusy. W sumie nie mogę się już doczekać czwórki która na pewno będzie miała większy budżet więc pewnie będzie jeszcze lepszą grą.

FIFA 19 The Journey. Wiem że to się ludziom nie podoba, że to głupie ale mi tam się podoba. Taki tryb fabularny to zawsze jest jak dla mnie coś fajnego. W NBA grałem tylko dla tego trybu. Teraz w trójce mamy 3 postaci do grania, można się przełączać między nimi i poznawać ich 3 historie. To jest takie słodkie.

Najlepszego wszystkim!

post wyedytowany przez kęsik 2018-12-22 12:42:18
22.12.2018 13:29
1
odpowiedz
SpecShadow
68
Silence of the LAMs

Przed powrotem do domu na święta udało mi się przejść Wages of Sin do gry Sin (duh). Dla mnie lepsza od przereklamowanego Half Life'a który wyszedł w tym samym czasie (także dlatego że wypromował liniowe gry).

Testowałem Road to the North czyli kolejna kombinacja STALKER: Call of Chernobyl+Misery. Tym razem dodali linię fabularną i kobiety (które są brzydsze niż niejeden mutant z wolnego wybiegu). Te zadania to głównie kopie z oryginalnej trylogii STALKERa, może później będzie coś nowego? A i muszę pochwalić moda bo nareszcie bronie podnoszone z wrogów mają różną wytrzymałość, w oryginalnym Misery modzie patologią było że 99% spluw była złomem z <5% wytrzymałości ale wrogowie nie cierpieli z tego powodu, ich broń nie zacinała się ani razu.

Co w przerwie między przygotowaniami do świąt?
Z promocji na GMG wyłowiłem Castlevania - Lords of Shadows i jest coś dziwnego z grą bo testowałem ją na różnych padach (ten od Xbox360 z kablem USB, Logitech Rumble 2 bodajże i jeszcze inny) i z jakiegoś dziwnego powodu nie działa atak - zwykły i obszarowy. Jedynie gdy skaczemy to atakowanie jest możliwie. Nie potrafię tego wytłumaczyć.
Ograłem masę gier na padzie od Xbox360 (samą konsolę sprzedałem dawno temu) w tym trzy części Dark Soulsów na PC i nie miałem absolutnie żadnych problemów także taka sytuacja z Castlevanią jest dla mnie absurdalna.
Na szczęście twórcy umożliwili zmianę sterowania i gra się naprawdę nieźle.

post wyedytowany przez SpecShadow 2018-12-22 13:31:48
22.12.2018 17:37
😍
1
odpowiedz
2 odpowiedzi
Ogame_fan
99
Days Gone

Ogrywam zalegle tytuly na PSVR.

Moss, Astro Bots, Persistance, Deracine - wszystkie super świetne aż żałuję że nie miałem wcześniej gugli żeby odgrywać na premiere.

Dodając to do i tak świetnych gier w tym roku... cudowny rok.
Bardzo mi się podoba to że VR w końcu wychodzi z szafy o dostaje coraz lepsze tytuły pisane pod gogle.

Takie Astro Bots stawiam na równo z Odyseja Mario. Genialną platformowka której nie jest w stanie przebić żadna inna gra w tym gatunku na żadnej innej platformie. Sony jak zawsze pokazuje konkurencji, jak to się robi :)

Do tego świetny platformowo/logiczny Moss, czy bardzo dobry Rouglike The Persistance i przepiękny i atmosferyczne Deracine. Po co przepłacać za inne VR gdzie to Sony daje największe wsparcie dla swoich gogli. Nic dziwnego że sprzedają ich najwięcej.

22.12.2018 18:22
squaresofter
18
W co gracie w weekend?

gameplay.pl

No właśnie ten Astro Bot ciekawi mnie jak cholera. Szkoda, że się nie przełamałem i nie kupiłem tych gogli od znajomego jakiś tydzień temu, gdy chciał je sprzedać.

22.12.2018 18:46
😊
Ogame_fan
99
Days Gone

Astro Bot to taki Super Mario 3D + możesz za pomocą gogli zaglądać w każdy kąt mapy. Ciężko to opisać ale działa to genialnie.

23.12.2018 08:27
1
odpowiedz
solitary_sly
15
Chorąży

Wam wszystkim życzę dużo zdrowia oraz sił na ten nadchodzący 2019 rok:)

Ja ukończyłem całkiem niedawno Yakuza Kiwami. Bardzo solidna pozycja, aczkolwiek do "zerówki" sporo jej brakuje. O ile w Zero miałem nabite 90 godzin, tak już w Kiwami ledwo 33 i to z wykonaniem większej ilości zadań pobocznych, oraz - oczywiście - tysiącem jenów wywalonych w kasynie.

Zacząłem Tomb Raider i na razie jest ok. Takie damskie Uncharted. Sporo się dzieje, jest trochę skradania, trochę strzelania. Generalnie nie wiem co o tej grze myśleć;P Chyba się nie wkręcę.

Kontynuuję przygodę z Bloodborne. Jaka to jest giera... JAKA TO JEST GIERA! Jestem aktualnie po ubiciu Tępego Pająka (nazwanego przeze mnie tępym ch**em:D) i obecnie znajduję się w Yahargul. Tam to jest wesoło. Co jak co, ale od From Software łyknę wszystko i czekam na Sekiro z wywalonym jęzorem.

Na Maca zaś sprawiłem sobie Baldur's Gate: Enhanced Edition, bo był za grosze w sieci. Ech, to były RPG-i... Klasyka. Bardzo fajnie się gra nawet po tylu latach.

23.12.2018 08:33
1
odpowiedz
adam11$13
69
Phantom Thief

Zakupiłem w końcu tego Spidermana. Prawdopodobnie będzie to ostatni tytuł w jaki zagram w tym roku. Nie mam zbyt wysokich oczekiwań - z gameplayów wywnioskowalem, że to zwykłe połączenie ubi-sandboxów z Batmanami od Rocksteady.

No, ale pograłem chwilę i... cholera jak przyjemnie się w to gra. Walka jest płynna i widowiskowa, bujanie się po mieście to absolutne 10/10, a sama gra wygląda naprawdę oszałamiająco. Będę miał co robić w święta : D

Wesołych!

post wyedytowany przez adam11$13 2018-12-23 08:34:45
23.12.2018 08:59
1
odpowiedz
1 odpowiedź
Darth_Tusken
18
Pretorianin

Wczoraj rozpocząłem w ramach Origin Access na XO przygodę z Mass Effect Andromeda, i na razie jestem po wstępie, który nie rzucił na kolana. Na razie duży zawód to okrojona personalizacja własnej postaci, w efekcie czego gram Azjatką z poharataną twarzą i obrożowym tatuażem. Reszta przygotowanych facjat była tak szpetna, że omal nie puściłem pawia.
Chciałem jeszcze spędzić czas z wersją demo Battlefield V, ale zawiewało straszną nudą, zupełnie nie ma żadnego klimatu II wś; miałem wrażenie, że biegam z karabinem na kapiszony, bo do kogo nie strzelałem, musiałem wyładować prawie cały magazynek, a mnie zdejmowano za jednym strzałem. Mapy też nijakie - niby Grecja, niby Norwegia, do niczego to niepodobne. No i te rakiety V1 spadające na graczy co chwilę. Gra znacznie gorsza od BF1, już nie wspominając o leciwym BF 1942. No i jeszcze jaki bug mnie spotkał. :) ->

post wyedytowany przez Darth_Tusken 2018-12-23 09:02:24
23.12.2018 09:02
Yuri Lowell
19
Brave Vesperia

Andromeda z biegiem czasu potrafi wciągnąć. Warto dać jej szansę ale bez ciągłego porównywania do trylogii. ;)

23.12.2018 11:17
1
odpowiedz
Czarny Wilk
75
Bo jestem czarny

GRYOnline.plTeam

Po dwóch miesiącach zamknąłem w końcu fabułę Red Dead Redemption 2. Dużo rzeczy zrobiło na mnie wrażenie w tym tytule, ale chyba największe pochwały należą się za powolne tempo akcji i budowanie napięcia przez kilkadziesiąt godzin zabawy, zanim w końcu akcja rusza z kopyta i wynagradza oczekiwanie. To jest tak odmienne od wszystkiego, do czego przyzwyczaiły nas współczesne gry (co zresztą widać w lekkiej polaryzacji odbioru produkcji wśród graczy), że Rockstar musiał mieć olbrzymie jaja, żeby się odważyć na takie podejście.

Prawdopodobnie żegnam się także w tym tygodniu po około półtora roku regularnego grania ze Street Fighterem V. Capcom dokonał ostatnio szeregu chamskich decyzji względem graczy, skrajnie ograniczając możliwości zarabiania gotówki wewnątrz gry. Ruch ten mnie na tyle wkurzył i rozczarował, że postanowiłem przerzucić się z poważniejszym graniem na jakąś inną bijatykę. No chyba że pójdą po rozum do głowy, bo reakcja społeczności jest skrajnie negatywna i jeśli jest tam ktokolwiek ogarnięty, to powinien właśnie gorączkowo planować jak zgasić wywołany pożar.

Weekend spędzam też z Hitmanem 2. IO Interactive nie zawodzi i regularnie rozwija grę dodatkową zawartością, dzięki której regularnie jest tu do czego wracać. Maksuję poziom w Columbii żeby przygotować się do eliminacji nieuchwytnego celu #2, potem przeniosę się do Paryża i zajmę misją świąteczną.

W międzyczasie pobawiłem się też dwoma indykami z PS Plusa. Burly Men at Sea nie przypadło mi do gustu, kończąc się zanim zdążyło mnie zaangażować. W efekcie kompletnie nie czułem chęci rozgrywania alternatywnych scenariuszy, a niby właśnie tym gra stoi. Za to Roundabout to kiczowate szaleństwo, które okazało się idealnym wypełniaczem czasu między poważniejszymi grami i do tego tytułu zdecydowanie wrócę jeszcze przynajmniej kilka razy.

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze