Recenzja filmu Midsommar. W biały dzień - europejskie wakacje w krzywym zwierciadle - fsm - 14 lipca 2019

Recenzja filmu Midsommar. W biały dzień - europejskie wakacje w krzywym zwierciadle

Ari Aster nie robi łatwych i przyjemnych filmów. A mimo to o Midsommar mówi się dużo, zaś sala kinowa 8 dni po premierze była mocno wypełniona. Czyżby ludzie szukali zimnych dreszczy jako sposobu na ochłodę? A może po prostu są ciekawi, jak tym razem młody reżyser zmusi ich do czucia się źle? Zeszłoroczne Hereditary zbrukało mnie dosyć solidnie budując naprawdę straszny horror tuż pod powierzchnią trudnego rodzinnego dramatu. Błyskawicznie stworzony i wpuszczony do kin Midsommar znowu każe radzić sobie z traumą, ale w gruncie rzeczy jest filmem o samotności. I na dobrą sprawę nie jest horroroem.

Po tak świetnym debiucie drugi film musiał doskoczyć do wysoko zawieszonej poprzeczki. I w zależności od tego, czego po Midsommar oczekujecie, poprzeczka została przeskoczona, ewentualnie lekko trącona, ale bez tak oszałamiającego efektu. Chociaż nowy film Astera jest sprzedawany jako horror dziejący się w ciągu dnia, to groza pulsuje gdzieś pod powierzchnią, bez epatowania przemocą, potworami czy krwią (no, prawie bez). To jest dramat ubrany w ciuchy niebanalnego straszaka.

Dani jest rozchwiana emocjonalnie i nie zdaje sobie sprawy, że jej chłopak Christian od dłuższego czasu pragnie zakończyć związek. Splot przerażających okoliczności sprawia, że dziewczyna dołącza do wyprawy, jaką Christian wraz z kumplami zaplanował na czerwiec. Ekipa jedzie do Szwecji, do rodzinnej wioski jednego z nich, na wyjątkowy, mało znany i zanurzony po czubek głowy w tradycji festiwal letniego przesilenia. Nie trzeba geniusza, by zorientować się, że hipisowskie nastawienie tubylców, wszechobecne kwiaty i folklor, to fasada skrywająca nieszczególnie turystyczne atrakcje.

Midsommar to długi film (niemal 2 godziny 20 minut), który adekwatnie długo każe czekać na fabularne dokręcenie śruby. Nie traktuję jednak tego jako wady, bo wstęp jest poprowadzony po mistrzowsku - od naprawdę strasznego punktu zapalnego, przez świetną pracę kamery, po bardzo dobrze napisane dialogi skutecznie prezentujące nierównowagę w związku Dani i Christiana. A gdy, tak samo jak w Hereditary, na ekranie nagle pojawia się bez skrępowania sfilmowana krew, film coraz głębiej skręca w stronę mroczniejszą, bardziej niepokojącą, psychodeliczną i zaskakującą.

Należy tu zadać pytanie, czy u Astera na pewno wszystko jest w porządku? Dwa kinowe, długie metraże udowadniają, że ten młody twórca jak mało kto zna się na wywlekaniu na światło dzienne najgorszych ludzkich strachów, które wcale nie muszą mieć nic wspólnego ze stworami, duchami czy mordercami. Najgorzej jest zawsze w tym najgłębszym i najciemniejszym środku ludzkiej duszy, a zaangażowani do pokazania tego na ekranie aktorzy są na tyle dobrzy, że sprzedają te treści w sposób stuprocentowo wiarygodny. Florence Pugh w głównej roli jest hipnotyzująca i nie wyobrażam sobie, by po premierze Midsommar zniknęła gdzieś w filmowej niepamięci. Jack Raynor w późniejszych sekwencjach filmu idealnie odgrywa to, co czują ludzie na widowni, a towarzysząca ekipa dzielnie dotrzymuje im kroku.

Midsommar to przykład nowoczesnego folk-horroru, który straszy w nieoczywisty sposób. I, to trzeba bardzo mocno podkreślić, śmieszy. W odróżnieniu od Hereditary, Ari Aster postawił na kilka komicznych sytuacji, które rozładowują napięcie. Z dziennikarskiego obowiązku pochwalę też zdjęcia autorstwa Polaka, Pawła Pogorzelskiego (kręcenie tylko za dnia musiało być bardzo trudne) i budującą klimat muzykę. W ostatecznym rozrachunku nowy film Astera prezentuje go jako oryginalnego twórcę o rozpoznawalnym stylu, który już znalazł swoją widownię. I nawet jeśli efekt zaskoczenia obecny podczas seansu Hereditary tu nie był już tak silny, to fani odważnego kina będą zadowoleni. Pod warunkiem, że "zadowolony" oznacza też zmieszany, przytłoczony, obrzydzony. 8/10

fsm
14 lipca 2019 - 15:52