Recenzja: Shi #01 - Na początku był gniew... - Froszti - 23 marca 2020

Recenzja: Shi #01 - Na początku był gniew...

Wydawnictwo Taurus Media od dłuższego już czasu dostarcza na rodzimy rynek, naprawdę pokaźną liczę komiksowych perełek. Ich tytuły są na tyle starannie dobierane, że fani powieści graficznych (szczególnie tych frankońskich), powinni znaleźć pośród nich coś interesującego. Jedną z wielu intrygujących możliwości jest seria Shi, która od pierwszego albumu epatuje niesamowitym klimatem i pewną enigmatycznością, która naprawdę potrafi pochłonąć.

Jak najlepiej przyciągnąć uwagę miłośnika komiksów? Zaoferować mu już na sam początek wartką akcję, która następie ustąpi miejsca stopniowemu budowaniu suspensu. Akcja albumu zaczyna się w czasach współczesnych, w których to Lionel Barrington - dyrektor generalny firmy zbrojeniowej, zostaje oczyszczony przez sąd z zarzutu śmierci chłopca, który zginął w wyniku wybuchu inteligentnej miny produkowanej przez jego firmę. Jego zadowolenie nie trwa jednak zbyt długo, bo chwilę później podobny los spotyka jego rodzinę. Nagle akcja przenosi się do bliżej nieokreślonego miejsca i czasu. Czytelnik jest świadkiem pościgu grupki mężczyzn za dwójką młodych kobiet. Cała dość krótka scena kończy się otoczeniem ściganych na dachu jednego z budynków i jego podpaleniem. Wtedy ponownie następuje przeskok fabularny i akcja zostaje przeniesiona do Londynu 1851 roku, gdzie organizowana jest pierwsza Wystawa Światowa. Tutaj czytelnik poznaje grupkę bohaterów, pośród których znajduje się pułkownik Winterfield i jego młoda urodziwa córka Jennifer, pasjonująca się dopiero raczkującą fotografią. Podczas fotografowania przez nią młodej Japonki, odkrywa ona z przerażeniem, że kobieta trzyma w rękach martwe dziecko. To właśnie to wydarzenie nierozerwalnie łączy los arystokratki i mieszkanki dalekiego wschodu. Wszystko to, co następuje później, tylko umacnia ich więź, której podstawą jest gniew i chęć zemsty.

Sam początek albumu może sprawiać wrażenie mocno chaotycznego, w którym fabuła jest kompletnie nieskoordynowana i składająca się ze zlepków różnych treści. Najpierw czasy teraźniejsze, a później nagły przeskok do XIX Anglii. Wszystko to sprawia, że odbiorca czuje się początkowo dość mocno zagubiony, ale też zaintrygowany pomysłem i pragnący dowiedzieć się co będzie działo się dalej. Podobnie zresztą jest z jednozdaniowym opisem komiksu, który znajduje się na tylnej okładce: „Dwie kobiety przeciwko Imperium”. Kompletnie nic on nie wyjaśnia, wzbudza tylko ciekawość, którą będzie można zaspokoić, dopiero sięgając po owe dzieło.

Przykładowa plansza - taurusmedia.pl

Scenariusz pierwszego albumu serii, stworzony przez Zidrou opiera się w głównie mierze na dziesiątkach pytań, które będą pojawiały się w głowie czytelnika. Każda kolejna strona buduje aurę tajemniczości, która delikatnie rozwiewa się dopiero na sam koniec tomu. Obok nietuzinkowej fabuły, znajdziemy tutaj również masę dynamicznej akcji, która potrafi wywołać u odbiorcy przyspieszone bicie serca. Jakby tego wszystkiego było mało, to twórca nie boi się użyć tutaj treści przeznaczonych tylko dla dorosłego odbiorcy. Nagość, seks, bezwzględność, wynaturzona przemoc, pogarda dla drugiego człowieka. Wszystko to ma tutaj swoje jasno określone miejsce, stając się jednocześnie częścią składową przemyślanego scenariusza. Dużą rolę w dziele ogrywają również świetnie nakreśleni bohaterowie. Mowa tutaj zarówno o niebywale charakternych przedstawicielkach płci pięknej (Jennifer i „Kita”), jak i postaciach drugoplanowych. Szczególną uwagę zwraca brutalne, ale mocno prawdziwe ukazanie negatywnych cech przedstawicieli angielskiej szlachty epoki wiktoriańskiej, która dość często bogaciła się na krzywdzie innych, cały czas uważając się za lepszych.

Jedynym elementem scenariuszowym komiksu, do którego można się przyczepić, jest odrobinę zbyt mocne epatowanie golizną. W niektórych scenach ukazywanie wdzięków żeńskich postaci jest kompletnie niepotrzebne i w żaden sposób niemające wpływu na treść historii (ocena oczywiście subiektywna).

Na temat warstwy graficznej nie można napisać nic innego jak to, że jest ona genialna pod każdym względem. Praca, jaką wykonał Jose Homs w tym aspekcie, zasługuje na największe słowa uznania. Bardzo realistyczny i dynamiczny styl rysunków, w których twórca dba o każdy nawet najdrobniejszy element sprawia, że kolejne kadry to małe dzieła sztuki, od których trudno oderwać wzrok. Zaserwowana w komiksie brutalność jest na tyle naturalistyczna, że może wywoływać u niektórych odbiorców naprawdę skrajne reakcje emocjonalne. Dodatkowo świetnym uzupełnieniem rysunków jest dobrana paleta kolorów, która potrafi nadać konkretnym sceną wyrazistości i niesamowitej głębi. Hiszpański artysta naprawdę pokazał w tym albumie, cały swój kunszt, tworząc genialny album, który powinien zachwycić nawet największych komiksowych estetów.

Shi 01: Na początku był gniew... to naprawdę rewelacyjny komiks (zarówno pod względem fabuły, jak i rysunków), który zdecydowanie powinien znaleźć się w rękach każdego miłośnika bardziej wymagających opowieści graficznych. Pierwszy tom to przepyszna przystawka, po konsumpcji której znaczna większość czytelników będzie miała ogromny apetyt na więcej i więcej.

Radosław Frosztęga



Dziękuję wydawnictwu Taurus Media za udostępnienie komiksu do recenzji.

Froszti
23 marca 2020 - 11:44

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz