UV ocenia grę Battle: Los Angeles - UV - 2 kwietnia 2011

UV ocenia grę Battle: Los Angeles

UV ocenia: Battle: Los Angeles
15

Przeczytałem ostatnio na naszym forum, że recenzenci gier komputerowych nie są konsekwentni i zamiast wystawiać adekwatne do poziomu danego produktu oceny, patyczkują się z gniotami, sztucznie zawyżając ich noty. Rzecz tyczyła się oczywiście Homefronta, agresywnie reklamowanej strzelaniny, która – delikatnie mówiąc – nie spełniła pokładanych w niej nadziei i spotkała się z chłodnym przyjęciem krytyków. Autor twierdzenia mógłby mieć rację, ale nie wziął  pod uwagę faktu, że dzieło Kaos Studios prezentuje się kiepsko tylko wtedy, jeśli zestawimy go z najlepszymi przedstawicielami gatunku. W porównaniu do prawdziwych miernot, dla których zarezerwowany jest przedział od 1 do 4 punktów w dziesięciostopniowej skali, Homefront jawi się jako przykład tytułu z górnej półki. Udowadnia to doskonale gra Battle: Los Angeles, kolejny pierwszoosobowy shooter, który miałem okazję testować w ostatnich tygodniach.

Zgadzam%20si%u0119%2C%20oj%20zgadzam.
Zgadzam się, oj zgadzam.

Jak już się zapewne domyślacie, produkt firmy Live Action Studios nawiązuje do filmu Inwazja: Bitwa o Los Angeles, który niedawno gościł na ekranach polskich kin. Obrazu Jonathana Liebesmana nie widziałem i oglądać nie zamierzam, nie po takiej antyreklamie, jaką zrobiła mu gra. Podczas zabawy wcielamy się w rolę jednego z amerykańskich żołnierzy, który wraz z grupą towarzyszy walczy z kosmitami gdzieś na ulicach Los Angeles, a potem pomaga zniszczyć statek obcych wiszący nad metropolią. Kolejne fragmenty fabuły prezentowane są w formie animowanych przerywników, przy czym słowo „animacja” to w tym przypadku spore nadużycie. Na ogół widzimy tu bowiem statyczne obrazki, w których raz na ruski rok coś się poruszy. Napisy w dymkach, a zwłaszcza liczne przekleństwa, na tle tragicznie wykonanych rysunków prezentują się komicznie. Dawno nie widziałem takiego badziewia. Wstyd i hańba.

Porażony zostałem również „emocjonującą kampanią dla jednego gracza” (cytat z pudełka), a właściwie jej długością – grę ukończyłem bowiem w czterdzieści minut. Nie, to nie jest żart. Przypuszczam że wynik byłby jeszcze lepszy, gdybym do anihilowania wrogów od początku używał wyłącznie karabinu snajperskiego. Zabijanie obcych za pomocą podstawowej broni (M16) to w Battle: Los Angeles strata czasu, bo w kosmitę trzeba wpakować co najmniej pół magazynku, zanim łaskawie zechce opuścić wirtualny padół. Snajperka załatwia każdego przeciwnika jednym strzałem, a amunicji wokół jest tak dużo, że można z niej korzystać praktycznie na okrągło.

Jeśli chodzi o część „strzelankową”, Battle: Los Angeles prezentuje się mizernie również z innych powodów. O pomstę do nieba woła przede wszystkim skąpy asortyment środków zagłady. Do dyspozycji gracza oddano zaledwie dwie standardowe pukawki - wspomniane wyżej M16 i karabin snajperski. Arsenał uzupełniają wyrzutnia rakiet (pojawia się tylko wtedy, gdy musimy zestrzelić statki powietrzne obcych, czyli dwukrotnie) oraz granaty (wystrzeliwane jak z katapulty – gracz może decydować jedynie o kierunku rzut, o jego sile już nie). Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że istnieje tu również możliwość obsługi cekaemu, który umieszczony jest na wozie Humvee. I to wszystko.

Grafika%2C%20o%20dziwo%2C%20mo%u017Ce%20si%u0119%20podoba%u0107.
Grafika, o dziwo, może się podobać.

Jeszcze skromniej przedstawia się wroga armia. Kosmici nie różnią się pomiędzy sobą w ogóle, dlatego ciągle strzelamy do tego samego typka – wyglądającej jak strach na wróble pokraki z przerośniętym czerepem, który na dodatek jest tak wysoki (obcy, nie jego głowa), że nie potrafi poprawnie schować się w całości za jakąkolwiek osłoną. To ostatnie wygląda zresztą przezabawnie. Autorzy zaimplementowali przeciwnikom umiejętność ukrywania się za obiektami, ale co z tego, skoro za każdym razem, gdy próbują to zrobić, znad bariery wystaje okrągły, wielki łeb. Miłośnicy zaliczania headshotów będą wniebowzięci.

Budowa misji to kolejny dramat. Autorzy coś niecoś słyszeli na temat oskryptowanych strzelanin, ale najwyraźniej od kolegów, bo sami żadnej nie widzieli na oczy. W rezultacie zabawa sprowadza się do tego, że biegamy od lokacji do lokacji i zabijamy kolejne grupy wrogów. Dwa razy zostaniemy zmuszeni do oflankowania przeciwników, dwa razy stoczymy „wymagające potyczki z bossami” (kolejny żart z pudełka), dwa razy będziemy osłaniać kolegę z oddziału i dwa razy postrzelamy z cekaemu. Dwa razy rozwalony zostanie też jakiś duży obiekt, konkretnie zbiornik z wodą i ogromny billboard. Na tym koniec. Nie chcę znów odwoływać się do serii Call of Duty, żeby nie być posądzony o rzekomy fanboizm, ale w jednej misji Black Ops dzieje się więcej niż w całej czterdziestominutowej kampanii Battle: Los Angeles.

Jedynym jaśniejszym punktem gry jest oprawa wizualna. Nie w całości, bo np. na modele obcych patrzeć nie mogę, a animowany komiks to jakaś totalna żenada, ale ogólnie rzecz biorąc, grafika – jak na takie barachło – prezentuje się zaskakująco dobrze. Wybuchy i ogień dużo lepsze niż w Homefroncie, co już jest jakimś osiągnięciem. Ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Cała reszta ssie niemiłosierne.

Jest%20i%20outro.
Jest i outro.

Usłyszałem niedawno, że wytykanie błędów tej grze to jak kopanie leżącego. W końcu Battle: Los Angeles nie jest produktem z górnej półki, nie ma takiego budżetu jak konkurencyjne blockbustery, nie jest też sprzedawany za podobne do nich pieniądze. Być może jest w tym sporo racji, ale moim zdaniem nic nie tłumaczy takiej fuszerki. Dzieło firmy Live Action Studios nie powinno w takiej formie ujrzeć światła dziennego, a już na pewno nie powinno być reklamowane tak, jakby wszystko było z nim w porządku, bo nie jest. Czterdzieści minut wątpliwej zabawy w kampanii, brak multiplayera i czegokolwiek, co można byłoby ocenić naprawdę pozytywnie. Właściwie to już nie wiem czy mam się śmiać, czy płakać. Omijajcie tu guano z daleka. 

PS. Ta gra ma limit trzech aktywacji. Już widzę te tłumy piracące ów hicior...

UV
2 kwietnia 2011 - 20:40

Czy zgadzasz się z moją oceną gry Battle: Los Angeles?

Tak, jest adekwatna. 24,1 %

Nie, jest za wysoka. 60,3 %

Nie, jest za niska. 15,6 %

Komentarze Czytelników (30)

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
02.04.2011 22:12
Pizystrat
😁
odpowiedz
Pizystrat
95
VictoriaConcordiaCrescit

Widzę, że wreszcie się pojawił kandydat do gry roku 2011.

Popieram, i chętnie bym na nią zagłosował.

02.04.2011 22:21
Quattromaniaq
😃
odpowiedz
Quattromaniaq
21
Centurion

Kupuję Battle: Los Angeles zamiast Battlefielda 3... Tutaj ocena zasłużona, a Homefronta chyba za wysoka... (60, a raczej 95 punktów :D)

02.04.2011 22:47
oleczny
odpowiedz
oleczny
36
Centurion

haha, myślałem, że ten obrazek z "o ku*wa" to jest fotomontaż jakiś, a to jest w grze. o kurde, ale nieźle się uśmiałem. a gierka? już kupuję, zaraz.

02.04.2011 23:42
😊
odpowiedz
ramsein25
16
Centurion

Największym dzisiejszym problemem producentów jest to, że z każdego produktu nie ważne czy to film bądź gra starają się na siłę wycisnąć ostatnie soki($) Dlatego nie potrafię sobie przypomnieć żadnej gry która wychodzi teraz niemal z każdym filmowym "hitem" aby osiągnęła jakiś sukces. A to dlatego, że owe "produkcje" są robione na szybko zazwyczaj przez jakąś niszową firmę (bo tak jest taniej) Potem otrzymujemy grę, taką której nie chcielibyśmy nawet widzieć jako darmowy dodatek do płatków śniadaniowych bądź gazety codziennej. Przysłowiowemu wyciskaniu cytryny mówię stanowcze nie! Swoją drogą film widziałem i jest bardzo przeciętny i niczym nie zaskakuję więc nie polecam!

02.04.2011 23:52
zarith
😊
odpowiedz
zarith
203

no dobrze, ale o battle: la nie słyszał nikt, a o homefroncie wszyscy:)

03.04.2011 10:19
piotr432
odpowiedz
piotr432
86
Warrior

A ile zajmuj przejście tej "niby" gry ?
Najleprze FPS w tym kwartale to są chyba jak dopiero Bulletstorm i Crysis 2 a i jeszcze Killzone 3 (choć według mnie nie)

03.04.2011 10:22
raziel88ck
odpowiedz
raziel88ck
141
Reaver is the Key!

zarith - Z tym, ze Homefront trwa chociaz te 4 godziny, a nie 40 minut. :D

piotr432 - Gdybys uwaznie czytal to bys wiedzial, ze 40 minut.

03.04.2011 10:30
piotr432
odpowiedz
piotr432
86
Warrior

raziel88ck-ta rzeczwiście masz racje pisze w tekście

03.04.2011 10:50
odpowiedz
gladius reloaded
0
Generał

Czemu się dziwić - grę zrobiło studio, które nazywa się "wszy".

03.04.2011 11:14
mixtape7123
odpowiedz
mixtape7123
60
Konsul

ja wtą gre nie zagram choćby mi ją dawali za darmo(no może gdyby mi jeszcze zapłacili)

03.04.2011 13:05
odpowiedz
Qwik15
21
Pretorianin

"Killer application" dosłownie.

03.04.2011 15:11
Ghost2P
odpowiedz
Ghost2P
105
Legend

Na GOL'u w encyklopedii pisze, że ta gra jest od Saber Interactive, a nie od Lice Action Studios.

Producentem gry na pewno jest Lice Action Studios, bo Saber takiej kiszki nigdy by nie stworzył ;) przecież TimeShift to był naprawdę porządny, aczkolwiek mocno niedoceniony fps. ;)

03.04.2011 15:19
odpowiedz
vlodek2532
6
Senator

Mogło to i zrobić Saber - na zamówienie a że mieli ograniczony hajs to i na wiele nie mogli sobie pozwolić.

Gra od strony technicznej nie jest zła - długość, "fabuła", niedopracowana grafika to efekt pośpiechu i małego budżetu. Poza tym gra na motywach filmu to nie jest dostarczanie zawrotnych wrażeń tylko czerpanie garściami z fejmu filmu, który jest na "topie".

03.04.2011 16:50
Harry M
odpowiedz
Harry M
133
Master czaszka

O kur...

03.04.2011 17:46
odpowiedz
Qwik15
21
Pretorianin

Gdy tej grze dać rok więcej czasu i 10 milionów dolarów to coś by wyszło a tak ehhh.

04.04.2011 06:54
U.V. Impaler
odpowiedz
U.V. Impaler
180
Hurt me plenty

GRYOnline.plRedaktor naczelny

Live Actions Studios to studio podległe Saber Interactive, więc wszystko się zgadza.

04.04.2011 08:43
yasiu
odpowiedz
yasiu
184
Legend

dobrze, że chociaż film się fajnie ogląda :)

04.04.2011 15:32
odpowiedz
anymous
68
Generał

O kur... aż taki gniot. Powinno być przynajmniej 20.

08.04.2011 14:15
leem230698
odpowiedz
leem230698
99
Maxthony Maxtano

Taką grę równie dobrze mógłby stworzyć jakiś student na pracę i wrzucić ją do sieci.

Nie ma potrzeby grania w nią i tyle. Po filmikach na YT, bo jej kupno byłby to grzech dla gamera, wnioskuję, że gameplay jest kulawy, animacja brzydka, a grafika nie stoi na, aż tak dobrym poziomie jak U.V.I pisze, bo Homefront na PC wyglądał dość ładnie. Podkreślam "dość", bo zaraz ktoś wyskoczy, że jestem ślepy.

Szkoda, bo gdyby się przyłożyli mogłaby być nawet... nie, nie dokończę tego zdania. Nie chcę bluźnić. Jest to poprostu kolejny gniot na podstawie filmu.

17.04.2011 16:03
odpowiedz
zanonimizowany380842
107
Legend

Kto by pomyslał, że tą gre zrobili twórcy TIMESHIFTA :D

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze