#2 Szybka Szufla Andrzej Pilipiuk - 'Trucizna' - Papi - 21 listopada 2012

#2 Szybka Szufla, Andrzej Pilipiuk - "Trucizna"

Przykra sprawa. Muszę  zmierzyć się z wielkim tytanem o nazwie „sentyment”, stawiając przeciwko niemu boską dojrzałość oraz wysokie oczekiwania. Ten pojedynek mógł skończyć się dobrze. Chciałem tylko wyśmienitej rozrywki, którą dawały mi pierwsze cztery tomy opowiadań o najgorszej mendzie społecznej z Wojsławic - Jakubie Wędrowyczu.

Celowo mówię o pierwszych czterech częściach - pozostałe dwie, „Wieszać Każdy Może” oraz „Homo Bimbrownikus”, nie błyszczą przy bardzo błyskotliwych oraz niesamowicie satysfakcjonujących i zabawnych pierwszych tomach.

Opowiadania stały się dłuższe i nużące, a sam cykl o Wędrowyczu został sprowadzony na boczny tor na rzecz cyklu „Norweski Dziennik” oraz „Oko Jelenia”. Jest to zrozumiałe, że Wielki Grafoman stawia sobie coraz wyżej poprzeczkę i ma dość pisania krótkich, żartobliwych opowiadań o egzorcyście-alkoholiku. Widać, że forma i konwencja, dzięki której cykl o egzorcyście-amatorze odniósł niebotyczny sukces, uległa wyczerpaniu. Potrzeba niesamowitego nakładu pracy oraz kreatywności, aby po raz kolejny zaskoczyć czytelnika, a samemu Wielkiemu Grafomanowi najzwyczajniej w świecie się nie chce.

"Po co dalej pić to samo piwo
Kiedy czujesz, że uleciał gaz"

 Trafne i suche :)

No tak, ale kim jest ten Wędrowycz? To nadzwyczajny egorcysta-amator, rozwiązujący wszystkie paranormalne problemy w sposób zadziwiająco racjonalny, kierując się głównie chłopskim rozumem i historiami usłyszani od agentów KGB przy wódce i zakąsce. Postać niebanalna, arcyciekawa, na przestrzeni lat napotyka niesamowite problemy, z którymi radzi sobie z niespotykaną dotąd gracją. Wędrowycz jest po prostu dobry w te klocki, a od życia wymaga jedynie bimbru i krwi swoich wrogów - Bardaków. Pieniądze zakopuje w szklanym słoiku, prądu nie potrzebuje, odżywia się psami sąsiada. W międzyczasie zdejmuje klątwę Tutenchamona, musi się zmierzyć z faktem, że „Lenin wiecznie żywy”, czy wyplenić satanistów z piwnicy swojego nowopowstałego hotelu w Uchaniach.

Przygód wiele, ale jak prezentują się przygody w tomie „Trucizna” ?

Z lubieżnym uśmiechem na twarzy przyswoiłem do świadomości fakt, że Wielki Grafoman powrócił do formy krótkich opowiadań, bazujących na błyskotliwym pomyśle, świetnych gagach oraz tym przaśno-buraczanym klimacie podupadającej, post PGRowskiej wsi. Tych miłych początków, kiedy Jakub zaczyna każdy swój problem od odkapslowania Perły, wyżłopania bimbru ze swym przyjacielem oraz jakiegoś suchego nawiązania do popkultury. Nie jest tak, nie jest tak.

Smutłem bardzo, wszystko zapowiadało się jak najlepiej, ale Wielki Grafoman najnowszym tomem udowadnia, że forma już dawno się wyczerpała, a Wędrowycz stał się kurą znoszącą złote jajka. Opowiadania bazują na sprawdzonych już lejtmotywach z poprzednich serii, przerobionych na dzisiejsze standardy (UE, gaz łupkowy, chaos prawny). Często są najzwyczajniej w świecie pozbawione puenty, czy nawet spójnego i logicznego zakończenia. Sprawiają wrażenie napisanych w wielkim pośpiechu, na prędko, bez większego zastanowienia. Być może są lepsze od wyjątkowo czerstwego, poprzedniego tomu („Homo Bimbrownikus” z 2009r.) -  powrót do krótszych opowiadań, dzięki czemu udało się naszpikować książkę większą ilością mniej lub bardziej udanych żartów. Książka straciła sporo ze swojej absurdalności i prymitywnej wulgarności. Średnio rozgarnięty czytelnik (ja)  bez problemów wydedukuje dalszy ciąg większości opowiadań, a wulgaryzmy i dość kloaczne poczucie humoru zostały dokładnie i pieszczotliwie wygładzone - żarty są bardziej stonowane, a wszelkie analogie do rzeczywistości - wyjątkowo toporne.

Wędrowycz stał się bardzo dobrym produktem, o czym wie bardzo dobrze wydawnictwo, o czym wie dobrze Wieki Grafoman. Szeroko zakrojona akcja marketingowa towarzysząca premierze „Trucizny” dobitnie to potwierdza - viralowe filmy z wędrowyczem na youtube, wywiady z Wielkim Grafomanem w „Kawa czy herbata”, w radiowej jedynce, antyradiu. Nie jest już tak wulgarny, już z lekka przewidywalny, czasem nawet potrafi przynudzić. Jednak wciąż jest, wyszedł, spogląda groźnie z pięknego wydania „Fabryki Słów”, i jeżeli jesteś wyjątkowo sentymentalną osobą, albo po prostu usilnie poszukujesz mało wymagającej intelektualnie rozrywki do pociągu - nie trafiłeś źle.

Papi
21 listopada 2012 - 20:57
Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
22.11.2012 00:59
SpecShadow
SpecShadow
83
Silence of the LAMs

Już myślałem, że to ze mną jest coś nie tak. Już poprzednie dwa tomy nie dąłem rady zdzierżyć bo „znowu to samo tylko rozwodnione".

Nic to, ważne że pierwsze tomy spełniły swoją rolę czyli przywróciły umiejętność czytania z przyjemnością po torturowaniu lekturami szkolnymi.

Chyba lepiej kupić nowy tom powieści Dana Abnetta (perypetie komisarza Gaunta czy Inkwizytora Eisenhorna), tam niby też w każdej książce to samo ale zawsze dobre i nie nudzi.