Django z niemym D - mogło być lepiej Quentinie ale i tak jest fajnie! - eJay - 21 stycznia 2013

Django z niemym D - mogło być lepiej Quentinie, ale i tak jest fajnie!

Nowy film Tarantino i znowu mogę krzyknąć „oj rety!”. Jak go ocenić? Czy mi się podobał? Czy Quentin dalej bawi się swoimi klockami, czy może na siłę szuka kontrowersyjnych tematów, które chciałby utopić w kinie modernistycznym? Odnośnie Djagno mam nieco mieszane uczucia, bo choć przymiotnik „fajny” pasuje tu jak ulał, tak nie jestem do końca zadowolony, a przynajmniej nie podekscytowany jak kolega fsm.

W pierwszej kolejności kilka rzeczy, które były dla mnie trudne do przełknięcia. Niemile zaskoczyła mnie długość filmu. Quentin kręci raz na 3-4 lata i doskonale go rozumiem – jak już dają Ci kilkadziesiąt baniek na realizację to trzeba się wyszaleć. Ale za czasem projekcji powinien pójść także ekranowy dynamizm i dialogowy dynamit. W Django obie cechy pojawiają się jedynie w niektórych scenach, bo fabuła lubi rozwijać się wolniej niż przeciętne, afrykańskie państwo. Wymiany zdań są zgodne z tarantinowskim standardem, zanim bohaterowie przejdą do rzeczy muszą najpierw nawijać makaron na uszy, gadając o dupie Maryni i mało znaczących kwestiach. Ale kiedy już dochodzi do słownego mięsa to jest ono po prostu troszkę rozczarowujące. Paradoksalnie Quentinowi wyszły najlepiej pojedyncze, krótkie odzywki, wśród których królują te 2 linijki:

- I count six bullets, nigga!
- I count two guns, nigga!


Wada numer dwa – Jamie Foxx jako Django nie jest fajny. To spora strata dla filmu, bałem się wyboru tego aktora i moje obawy okazały się słuszne. Foxx jest absolutnym drewnem i gdyby nie pewna ręka Quentina w prowadzeniu postaci, główny bohater zanudzałby pustym spojrzeniem w kierunku oka kamery. Niezrozumiałe są również dla mnie zachwyty nad Di Caprio oraz (zwłaszcza) Waltzem. Austriak jedzie na schemacie wyjętym z Bękartów wojny, cwaniakuje ile się da, w wielu scenach można wręcz wyczekiwać kultowego "Bingo!!!" w wykonaniu Hansa Landy. Postać Shultza będzie mi się bardziej kojarzyć z przyczepionym do wozu ząbkiem na sprężynie, aniżeli tekstami czy zachowaniem. Leo wypada nieco lepiej, ale jest to również wynik doboru scen i dominacji nad innymi aktorami. Niekwestionowaną gwiazdą jak dla mnie jest Samuel L. Jackson w roli zdziadziałego wazeliniarza-kamerdynera na plantacji Calvina Candie.


Dodam, że dołożenie ostatniego aktu nie wpłynęło pozytywnie na mój odbiór całośći. W Django mamy do czynienia z westernową kulminacją na ekstra poziomie, oczywiście w prześmiewczym, brutalnym stylu charakterystycznym dla QT. Po tym wydarzeniu reżyser postanawia nieco przekręcić fabułę stawiając bohatera w niezręcznej sytuacji. I budowanie napięcia zaczyna się właściwie od nowa, co tylko potęguje uczucie dłużyzny, bo to co dzieje się w ostatnich minutach, można było spokojnie zmieścić wcześniej.

Wystarczy już tego narzekania, bo pomimo kilku upierdliwych wad Django jest obrazem bardzo filmowym, luzackim, czarnym, momentami całkiem zabawnym i czarującym (klimatem). Trzeba też oddać Tarantino, że w kwestii tematu niewolnictwa nie bał się dodać do quasiwesternowego chilloutu sporej ilości powagi. To chyba też najbardziej dramatyczny film w jego karierze, z pełną i całkiem dobrze nakreśloną transformacją głównego bohatera (i gdyby nie ten Foxx...). Przed premierą pojawiły się także negatywne opinie odnośnie soundtracku. Zupełnie się z nimi nie zgadzam – muzyka dobrana jest wyśmienicie, a rapowe kawałki dodają typowego dla produkcji Tarantino modernistycznego smaczku.

U Quentina kocham też wszelaką przewrotność i zabawę konwencją. Django już na fundamentach fabularnych zaskakuje skutecznym szafowaniem pomysłów na poziomie Bękartów wojny. Tam żydowskie komando zabijało nazistów, tu z kolei czarnoskóry kowboj-rewolwerowiec urządza sobie rzeź białych. Tarantino nie ubiera płaszcza z napisem „poprawność polityczna”, idzie na całość, ale zachowuje przy tym stosowny umiar i rasizm jest dla niego pretekstem do sprezentowania widzom jednej z najśmieszniejszych scen w filmie (kto widział worki, ten wie o co chodzi;)). Spajku Li - zluzuj poślady.

Podsumowując, Django (bez D!) to kawał fajowskiej rozrywki, mieszającej kilka stylów z ładnym wykonaniem. Nie jest to dla mnie najlepszy obraz w dorobku tego reżysera, bo historia momentami nuży, a długość (bite 160 minut) odczuwa się w miejscu zwanym potocznie „dupą”. Ale kiedy trzeba – historia zrzuca na twój mózg napalm. Ode mnie mocna siódemeczka z malutkim plusikiem. Mogło być lepiej, ale to wciąż klasyczny Tarantino. Takie filmy powinny pojawiać się przynajmniej raz w miesiącu.

OCENA 7+/10

eJay
21 stycznia 2013 - 10:30

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
21.01.2013 11:54
create
create
14
Chorąży

Kto jeszcze nie napisał recenzji Django na tym serwisie, niech to zrobi. Nie ma innych tematów?

21.01.2013 12:43
NewGravedigger
odpowiedz
NewGravedigger
129
spokooj grabarza

ręcami i nogami się podpisuję

21.01.2013 13:06
sekret_mnicha
odpowiedz
sekret_mnicha
200
fsm

GRYOnline.plTeam

Cieszę się, że nie marudzisz na Tarantino, jak to się zdarza przy okazji premiery każdego jego nowego filmu (nie twierdzę, że marudzenie nie ma podstaw, jedynie cieszę się z faktu, że nie marudzisz :P) i generalnie mamy podobny odbiór, z tą różnicą, że mi kreacje aktorskie bardzo się podobały, a Jamie Foxx to jest BAUS :) (stąd wyższa ocena u mnie)

21.01.2013 13:09
eJay
😉
odpowiedz
eJay
187
Quaritch

gameplay.pl

Dla mnie Foxx będzie zawsze porażką, deal with it ;)

21.01.2013 13:33
sekret_mnicha
odpowiedz
sekret_mnicha
200
fsm

GRYOnline.plTeam

Czyli Miami Vice dostało od Ciebie 10/10 MIMO obecności Foxxa? :P

21.01.2013 13:36
eJay
😊
odpowiedz
eJay
187
Quaritch

gameplay.pl

Miami Vice ma u mnie dychę za milion innych rzeczy. Foxx w sumie był tam dobrany idealnie, Mann go nie zmuszał do pajacowania, koleś nie musiał się wysilać ;)

21.01.2013 13:59
secretservice
odpowiedz
secretservice
55
Generał

Jakkolwiek historia o czarnym rewolwerowcu wymierzającym na niewolniczym południu sprawiedliwość wraz z niemieckim łowcą żyd...znaczy bandytów nie może być poważna - jest fajnie, bo jest zgoła poważnie, acz w charakterystycznym sosie Tarantino. Męczące dla mnie wariacje rodem z Kill Billów i Bękartów tutaj nie istnieją, no prawie - scena z kapturami i stosy trupów na końcu psują nieco wspomnianą powagę.
Obsada - zgoda. Na przeciętności Foxxa zyskują role drugoplanowe - Waltz (właściwie znakomita postać pierwszoplanowa), Di Caprio i tutaj fenomenalny, fenomenalny, fenomenalny Samuel L. Jackson.

21.01.2013 19:54
SnT
odpowiedz
SnT
144
U R

eJay >>> pomijając Miami Vice, w Jarhead zagrał równie fajnie - mimo iż musiał trochę pajacować :).

Na Django wybiorę się może w tym tygodniu :).

22.01.2013 21:22
Cartoons
odpowiedz
Cartoons
189
Network Ninja

Cóż, ile nicków tyle spojrzeń na film :) Mi się bardzo podobał, nie mam zastrzeżeń do aktorów oprócz... Samuela, który drażni mnie swoją rolą :) Ale nie zmienia to jednak odbioru filmu przeze mnie i zapisaniu go do moich ulubionych pozycji do których będę wracać w wolnym czasie.

20.04.2013 10:40
Paul12
odpowiedz
Paul12
134
Buja

"Niekwestionowaną gwiazdą jak dla mnie jest Samuel L. Jackson w roli zdziadziałego wazeliniarza-kamerdynera na plantacji Calvina Candie." AMEN! Kiedy ktoś porusza w towarzystwie temat Django, zawsze to powtarzam. Niestety nikt nie podziela mojej opinii.

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze