Czy casual to idiota? - evilmg - 2 maja 2013

Czy casual to idiota?

Spokojnie, nie mam zamiaru nikogo obrażać! Mam wrażenie, że ktoś zrobił to za mnie... z resztą sam zaliczam się bardziej do grona niedzielnych graczy z uwagi na chroniczny brak czasu. Skąd więc ten tytuł? Nie wydaje wam się, że tymi, którzy byliby skłonni odpowiedzieć twierdząco na takie pytanie są twórcy albo raczej wydawcy gier? Co ciekawe duże firmy w pogoni za klientem, poprzez powiększanie grup docelowych, często potrafią zarżnąć marki, które nie tak dawno temu wydawały się być znoszącym złote jajka drobiem. Zapraszam.

Ah, zapomniałem ostrzec, znowu „beda marudziu”. Zostaliście ostrzeżeni.

Zacznijmy od zdefiniowania naszego "niedzielnego gracza". Ogólnie przyjmuje się, że casual to gracz, który nie ma zbyt wiele czasu na granie, a co za tym idzie nie jest zainteresowany przechodzeniem tych samych etapów po kilkadziesiąt razy. No i zgoda. Tak zbudowana definicja wygląda całkiem niewinnie i jeszcze nie zwiastuje kłopotów, a twórcom otwiera spore pole do popisu, bo jak wszyscy (?) wiemy populacja graczy się starzeje. Gracze, którzy zaczynali grać jako nastolatki w wielu przypadkach zdążyli pozakładać rodziny, znaleźć pracę i... wziąć kredyt. Wraz z nowym trybem życia pojawiły się nowe obowiązki i czas na ulubioną rozgrywkę uległ, czasem drastycznemu, skróceniu.

Gdzie jest popyt musi być i podaż, tak więc twórcy i wydawcy starają się zaoferować takim graczom towar, który będzie im odpowiadał. Początkowo skutkowało to wysypem niezobowiązujących, a bawiących równie dobrze, gier logicznych, zręcznościowych, symulatorów farm na serwisach społecznościowych itd. Stąd też wziął się zwyczaj określania takich gier "casualowymi". Historia ta pewnie skończyłaby się na tym etapie gdyby nie nieubłagane prawa rynku. W końcu ktoś musiał zauważyć, że wśród graczy "casuale" to całkiem spora grupa. Mało tego, są grupą którą stać na „poważne” gry. Wydawcy doszli więc do wniosku, że upraszczając pewne mechanizmy można z powodzeniem sprzedać im też te "duże" tytuły. No i się zaczęło...

Gdyby chcieć przedstawić w całości proces upraszczania gier trzeba by cofnąć się do zamierzchłej przeszłości. Do czasów absurdalnie trudnych zręcznościówek, których znakiem rozpoznawczym były życia wyrażone w formie czerwonych kulek lub serduszek, niemal całkowitym brakiem save pointów i... sadystycznymi zasadami. Z resztą w owych czasach nawet save pointy były dziwne, bo po utracie wszystkich żyć i tak trzeba było zaczynać od nowa. Niedługo potem pojawił się pomysł dawania wymęczonym graczom co jakiś czas nowych "żytek" co w gigantycznym uproszczeniu mówiąc było praprzodkiem apteczek, które teraz już też odchodzą do lamusa. Problem pojawia się teraz. Co po apteczkach? W tej chwili wydaje się, że dominuje tendencja najprostsza z możliwych "postój chwilę w spokoju to się wyleczysz". Nagle okazało się, że limit na amunicję i apteczki to domena (survival) horrorów, które często i tak można przejść plując pociskami w każdym kierunku niczym Tytus Bomba.

Gdzieś po drodze zagubiono jakikolwiek element wyzwania. Co, że jak nie mam czasu na długie przesiadywanie przed kompem to zaraz kretynem jestem? Nie wiem, że jak wypieprzę połowę magazynka w powietrze to mi nie starczy na przeciwników? Chcecie więcej przykładów? A proszę bardzo – pierwszy z brzegu, zapewne kojarzycie nowego Bioshocka, ale dla niektórych może być niespodzianką pomoc jaką niesie Elizabeth. Dziewoja ta prócz walorów, hmmm... estetycznych od czasu do czasu rzuca graczowi przedmioty. Paczki życia, energii, amunicję, a nawet pieniądze, ale jest haczyk. Ona wszystkie te przedmioty chyba wyczarowuje, bo potrafi rzucić głównemu bohaterowi załadowanego gnata i amunicję do niego nawet jeśli takiej broni nie ma w danej lokacji. Nie muszę dodawać, że w ten sposób masz niemal nieograniczone zapasy i znika problem zmiany magazynków/przeładowania? Żeby przypadkiem nie było za trudno przeciwnicy nawet nie widzą tej dziewczyny, a to, że kryje się ona za przeszkodami jest marną próbą zamaskowania tego faktu... Jak daleko to jeszcze zajdzie?

Granie coraz bardziej przypomina oglądanie filmów i to nie w tym pozytywnym sensie. Szczytem kretynizmu było uproszczenie mechanizmów w serii Settlers. Ktoś doszedł do wniosku, że przeciętny gracz nie zdaje sobie sprawy z tego skąd się bierze chleb i w jednej z części zrezygnowano z sporej części łańcuszków produkcyjnych likwidując przy okazji gigantyczną ilość lubianych przez graczy elemntów. Zniknęli tragarze (surowce się chyba teleportowały), wielu pracujących osadników stało się chyba niewidzialnych itd. W ten magiczny sposób by uzyskać dostawy bochenków chleba wystarczyło zbudować gospodarstwo i voila! Po co komu młyn i piekarnia? Nie przemęczaj się graczu. Podobno w następnych edycjach Osadników z tego poronionego pomysłu zrezygnowano, ale ja już zdążyłem się zrazić...

Żeby było śmieszniej traktowanie gracza jak idioty to dopiero początek, bo zdaje się, że taki stereotypowy nerd jest też klientem drugiej kategorii. Zauważyliście co ostatnio wydawcy potrafią wymieniać jako zalety swoich tytułów? Wybory moralne! No fakt w cRPG to zupełna nowość, a nie czekajcie coś mi się kręci już od tych kampanii reklamowych. Przecież gracza przed wyborami moralnymi stawiał już stareńki Fallout, że o czwartej Ultimie (1985 rok!) nie wspomnę. I to nam wciskają jako novum, ale czemu się dziwić? Jak się chce pieniądze wyłudzić nie przepracowawszy się to trza reklamować rzeczy oczywiste. Nie dość, że fabuła staje się coraz mniej istotnym dodatkiem do wodotrysków na ekranie, spłaszcza się elementy rozgrywki, upraszcza gameplay i diabli wiedzą co jeszcze, to gry robią się coraz krótsze. No jasne, zapracowany gracz nie ma czasu na produkcje dłuższe niż 10 godzin. I wcale nie chodzi o to żeby nawciskać mu DLC czy innych dodatków, które zawierają tyle contentu co kot napłakał, albo odwrotnie: zawierają materiały, które powinny być w podstawce. Potem jeszcze robią obrażone miny, że gracz, któremu udzielili łaskawie pozwolenia na granie w ich gry, śmie być niezadowolony... 

evilmg
2 maja 2013 - 16:49

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
02.05.2013 20:27
zanonimizowany579358
105
Senator

Też widzę, że trochę "skażualowiałem". Nie lubię męczyć się kilka godzin z jedną sekwencją. Albo wracając do starszych gier niektóre rozwiązania są archaiczne i żałuję, że w danej grze nie ma np. krycia się za osłonami, czy regeneracji zdrowia. Wkurza mnie kierunek w którym zmierza branża. Kiedyś gry miały to "coś" mimo, że były do bólu toporne. A dzisiaj są wydawane takie "samograje". Byle szybciej, bo za rok trzeba wydać kolejną część serii.

02.05.2013 20:29
odpowiedz
Child of Pain
139
Legend

Jojczenie starego dziadka, kiedys mniej osob gralo, studia i koszta byly mniejsze. Teraz gry mozna porownywac do wielkich hoolywodzkich hitow, glosno, duzo, kolorowo i ma sie sprzedac w milionach. Co nie oznacza przeciez, ze nie ma wcale interesujacych gier albo filmow.

02.05.2013 21:03
odpowiedz
evilmg
33
Centurion

Co mają do serwowania gównianej papki dla idiotów koszta? Przecież wyprodukowanie samoprzechodzącego się tytułu kosztuje dokładnie tyle samo co wypuszczenie tego samego tytułu bez żadnych wspomagaczy dla upośledzonych. To, że będzie mniej dostępnej amunicji to zwiększy koszta? Koszy zmniejszą się jak twórcy założą, że jesteśmy wszyscy kretynami i całą forsę wpakują w animację kłaków głównego bohatera, zamiast zatrudnić kogoś kto napisze im sensowny scenariusz za 2% tej sumy?

03.05.2013 22:57
odpowiedz
Salantor
3
Junior

Tekst byłby sensowny, gdyby nie to, że autor powtarza wytarte formułki i nawet nie zwróci uwagi na to, że rynek to dawno przestały być wielkie i drogie tytuły AAA. A indie gdzie? Trudne gry ze średniej półki gdzie? Ogrywane przez miliony osób wymagające flashówki gdzie? Staroszkolne tytuły oferowane przez Kickstartera gdzie? Gry nastawione na multi (LoL i inne Moby, drugi Starcraft), z graczami na różnym poziomie zaawansowania gdzie? Od kiedy to rynek kończy się na Codach czy Asasynach? Czy Dark Souls albo gry z poziomem trudności hard to naprawdę takie ewenementy, że większość komentatorów je ignoruje?

Sorry, ale męczące robi się narzekanie na to, że gry są coraz łatwiejsze i całkowicie zlewanie faktu, że wciąż powstają tytuły trudne i wymagające, że wciąż powstają produkcje dla hardkorów. Tylko trzeba wyściubić nosa poza ofertę EA, a nie narzekać, że rynek zepsuty, jak to robi większość Prawdziwych Graczy, niezdolnym do pogodzenia się z faktem, że twórcy od dawna nie patrzą tylko i wyłącznie na nich. Gry są coraz krótsze? Znaleźć dłuższą, nawet na rynku retro (serio. Nie musisz grać w nowości. Na Gogu leży masa super staroci w niskich cenach). Gry są za proste? Znaleźć trudniejszą albo ustawić sobie poziom hard (Dark Souls, kolejne tryby w Devil May Cry). Gry są zbyt upraszczane? Dwarf Fortress z modami do pobrania za free, Sim City 4 za grosze na Steamie, Minecraft na coraz wyższych wersjach do kupienia na stronie gry, odświeżona edycja Wrót Baldura do kupienia na stronie gry, rozmaite indyki rozproszone po Sieci. Ewentualnie znów retro, które od pewnego czasu przeżywa swój renesans.

A co do Bioshock: Infinite. Hem... Raz - poziom hard. To jest naprawdę hard, zwłaszcza przy bossach. Nie wspomnę także o trybie 1999. Owszem, są tam ułatwienia w postaci respawnów, ale raz, że wpisują się w fabułę (naprawdę dobrą fabułę), a dwa, że nie do końca są to ułatwienia (wrogowie się leczą, kasa z konta znika etc). Dwa (to główne dwa) - skoro Elizabeth to jest takie super źródło surowców, to dlaczego grając na hardzie bywały momenty, że zostawałem z połową życia, bez soli i ledwo paroma sztukami amunicji w magazynku? Czyżby dlatego, że trzeba było poczekać przynajmniej kilkanaście sekund, zanim mi coś rzuci, a przed kolejnym razem albo pozbędę się wrogów (bardzo twardych, dobrze strzelających i zjadających całą tarczę na trzy strzały wrogów), albo oni mnie wykończą? A nie jestem osobą, która gra od wczoraj, bo zęby zjadłem na Doomie i pierwszym Kwaku. Krócej - chyba graliśmy w różne Bioshocki.

tl;dr? Marudzenie.

04.05.2013 00:21
odpowiedz
evilmg
33
Centurion

@Salantor z częścią twoich argumentó trzeba się zgodzić, ale chwalenie moba i innych gier nastawionych na multi za poziom trudności mija się z celem, bo to jak narzekanie, że warcaby są trudne, bo "ojciec mnie zawsze ogrywa..."

Co do kickstartera - przecież praktycznie nic jeszcze z tych "pozbieranych" gier nie miało premiery. No chyba, że coś przeoczyłem czekając na Wasteland 2.

Grać można też w te starsze gierki, albo ich odnowione edycje, ale ile można? Po którymś przejściu nawet Baldur na modach zaczyna nudzić, a Enchanced Edition wydaje mi się skokiem na kasę, bo ilość nowego contentu jest mniejsza niż w wielu modach dostępnych za darmo.

Co do Bioshock, no dobra nie wyraziłem się jasno. Nie chodzi o samą Elizabeth, ale jej połączenie z sklepami potrafi naprawdę zażegnać każdy kryzys. No i jaki ma sens limitowanie amunicji do mocniejszych/rzadszych broni skoro Elka potrafi ją wyczarować z powietrza? Tryb 1999? No ok, ale jest dostępny dopiero po ukończeniu Bioshocka, a mimo wszystko granie drugi raz w to samo jest średnim pomysłem. Do gier zazwyczaj wraca się po dłuższym czasie, czyli pewnie już nie będę tego miał na dysku...