Gry w edycjach pudełkowych znikną ze sklepów?
Duże i częste obniżki cen gier (nie) szkodzą graczom!
Czy duże i częste obniżki cen gier szkodzą graczom?
Subiektywne spojrzenie na edycje pudełkowe i edycje cyfrowe. Czy któreś są lepsze?
Edycje pudełkowe odchodzą w zapomnienie. Niestety
Wyjątkowo barwna gra bez kolorów - recenzja Limbo
„Wytniemy z gry siedem godzin zawartości i poupychamy je jako bonus do zamówień przedpremierowych w siedmiu różnych sieciach handlowych. Zbierz je wszystkie! Damy też trzy rodzaje steelboków. Niech się barany zabijają o nasz towar. To prawda, że nie dokończyliśmy rozgrzebanego we wczesnym dostępie poprzedniego projektu, ale sami wiecie, rozumiecie. Mamy nowy super produkt, który przed premierą wypromują nam zaufani youtuberzy. Jesteśmy złymi deweloperami i naszym celem jest oskubanie gracza, więc wszystkie chwyty dozwolone, cel uświęca środki, itd. Trolololo...”
Wiele się mówi (nie tylko ostatnio) o psuciu rynku gier wideo przez zachłannych producentów i wydawców, którzy co i rusz wymyślają nowe sposoby na wyjmowanie pieniędzy z kieszeni graczy. Ostatnio niezwykłe poruszenie w tym temacie wywołały dwa tytuły: Śródziemie: Cień Wojny i Star Wars: Battlefront II. W tym pierwszym mikrotransakcje polegające na kupowaniu skrzynek ułatwiają zabawę i skracają czas potrzebny do zobaczenia „prawdziwego zakończenia” singleplayerowej historii. W drugim, ukryte w skrzynkach przedmioty są podstawą sensownego progresu w procesie rozbudowywania możliwości naszego żołnierza. Gdzieś tam jeszcze przemknęła Forza Motorsport 7 i VIPowskie karty, ale Turn 10 ugięło się pod żądaniami fanów więc tak jakby sprawy nie było. Tylko czy na pewno?
Czy potraficie wyobrazić sobie sytuację, w której każda nowa produkcja trafia tylko i wyłącznie do elektronicznej dystrybucji, a edycje pudełkowe sukcesywnie zostają wyprzedawane w tradycyjnych sklepach? Ja od jakiegoś czasu rozmyślam na temat kierunku, w którym zmierza dystrybucja gier, a ostatnie doniesienia tylko te obawy potwierdzają. Czy taki scenariusz jest w ogóle możliwy?
Temat w głównej mierze powstał dzięki OsK i jego tekstowi. W gąszczu informacji umknął mi wpis Cliffa Harrisa, założyciela Positech Games, który... No właśnie nie wiem jak to najlepiej określić. Próbuje wciskać czytelnikom prawdy objawione?
Coś takiego próbuje udowodnić wpis, który pojawił się dwa tygodnie temu na blogu Cliffa Harrisa, założyciela Positech Games. Wypowiedź, jak łatwo się domyślić, została przez wielu graczy skrytykowana, ale kryje się w niej więcej prawdy, niż może się początkowo wydawać.
Główne zarzuty jakie zostały postawione wielkim obniżkom to:
Czasy się zmieniają, mentalność również. Inne są też technologie. Wszystko to sprawia, że odchodzimy od rozwiązań, które zwykło się określać mianem tradycyjnych, a skłaniamy się ku nowszemu. Nie inaczej jest w świecie elektronicznej rozrywki, a dokładnie: jej dystrybucji. Nie, nikt nie rozmroził mnie z lodowego bloku i doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że cyfrowe wydania gier nie pojawiły się w zeszłym tygodniu. Problem w tym, że jeszcze należę do tradycjonalistów (można to wywnioskować chociażby po moich poprzednich wpisach, dotyczących kolekcjonowania i poszczególnych części składowych wydań gier), którzy ponad wszystko w grze cenią nie tylko samą rozgrywkę, ale i to, w jaki sposób pudełko z grą będzie się prezentować na półce. Czy takie podejście ma sens, kiedy wydania są coraz to uboższe, a plusy wydań digital są niepodważalne?
Od kilku lat ogromną popularnością cieszy się elektroniczna dystrybucja gier wideo. Nie są to jeszcze lata świetności, bo te dopiero nastąpią. Większość internetowych sklepów w pierwszej kolejności stawia właśnie na edycję Digital, czyli niematerialną wersję danej produkcji, co jeszcze dwa lata temu do naturalnych zwyczajów nie należało.
Zalet sprzedawania gier w właśnie taki sposób jest wiele. Możemy przecież ekspresowo otrzymać swoją kopię i to w cenie znacznie niższej, niż spoczywające na półkach odpowiedniki. Jest to łatwiejsze dla nas – graczy, konsumentów jak i dla dystrybutorów, bowiem nie ma mowy o pakowaniu, wysyłaniu produktów, wykluczamy więc związane z tym koszta.
Pobudka w samym środku lasu, wokół ani żywej duszy, a świat wydaje się być tak dziwny i niepokojący, jak nigdy dotąd. Brzmi jak scenariusz poranka po wyjątkowo udanej imprezie w plenerze, jednak tak naprawdę to kilka pierwszych sekund jednej z głośniejszych platformówkek ostatnich lat – Limbo. W tej niezbyt szczęśliwej sytuacji znajduje się mały chłopiec, zdecydowanie niepasujący do otoczenia. A naszym zadaniem jest dopilnowanie, by w swojej niezbyt zrozumiałej podróży chłopak nie napotykał przeciwności. Tak tych po prostu blokujących mu drogę, jak i chętnych do oderwania mu głowy.
Na pewno każdy w swojej karierze gracza miał do czynienia z produkcją pozornie tak dziwną, inną od innych lub po prostu bezdennie głupią, że aż musiał tego spróbować… By po pierwszych kilkunastu minutach gry dojść do wniosku, że to całkiem nieźle sprawdza się w praniu. Dokładnie taka sytuacja zaistniała podczas mojego pierwszego kontaktu z dostępnym w PS Store Supersonic Acrobatic Rocket-Powered Battle-Cars, jedyną grą, która pod względem długości tytułu może rywalizować z Super Street Fighter II Turbo HD Remix. I jedyną, gdzie możesz bawić się w odrzutowiec samochodem na pilota. Zaintrygowani?
Family Sharing, funkcja dzięki której podzielimy się naszą biblioteką gier ze Steama, już wkrótce wystartuje. Poprzedzą ją jednak beta testy, na które już można się zapisywać.
Piractwo to problem jaki ma samo PC i mnóstwo konsol. Istnieje ono od dawna, a bardzo często boleśnie dotyka twórców gier. Tak bardzo, że niektórzy nawet nie decydowali się na oficjalny port swoich dzieł na komputery osobiste. Przypominam sobie takie sytuacje kilka lat temu i wtedy w sumie było to normą. Liczba pobrań niektórych tytułów były większe, niż ilość zakupionych Call of Duty na świecie i takie liczby imponują. Jednak ostatnio sprawa piractwa mocno ucichła. Ono nadal istnieje i ciężko temu zaprzeczyć, ale wydaje mi się, iż jego skala całkiem znacznie zmalała.