Oblężenie po niecałym roku – minirecenzja Rainbow Six: Siege - Meehow - 20 października 2016

Oblężenie po niecałym roku – minirecenzja Rainbow Six: Siege

Meehow ocenia: Tom Clancy's Rainbow Six: Siege
70

O Rainbow Six: Siege usłyszeliśmy po raz pierwszy podczas konferencji poprzedzających właściwe targi E3 w Los Angeles w 2014 roku. Zaprezentowane materiały bardzo „nakręciły mnie” na rzeczoną produkcję i z niecierpliwością na nią czekałem. Tymczasem czas mijał, a ja coraz bardziej ostrożnie podchodziłem do (d)ewoluującej w studiu Ubisoft gry. Dzisiaj, blisko rok po premierze najnowszego Rainbow Six i trzech darmowych dodatków, nie mam żadnych wątpliwości, że Siege to zupełnie inny tytuł niż ten, którego prezentacja oczarowała mnie w 2014 roku. Czy na to, co do dzisiaj udało się Francuzom wypracować, warto wydać pieniądze i komu przypadnie owo dzieło do gustu – na to postaram się odpowiedzieć w niniejszej mini-recenzji.

(źródło: gry-online.pl)

Na początek przypomnę, jak gra miała wyglądać:

Oczywiście wiadomo, że tego typu zapisy rozgrywki to wyreżyserowane „ustawki” z aktorami w rolach rozmawiających graczy, bo tak po prostu nikt nie gra i nie rozmawia (tu i ówdzie wtrącone „shit” czy „fuck” nie czyni tego wiarygodniejszym). Laboratoryjne warunki nagrania czuć z daleka, ale zobaczmy, jak z technicznej strony wyglądała wersja prealfa. Miejsce akcji mogliśmy obejrzeć z kamery helikoptera, zakładnik reagował na obecność drona, a drużyna atakująca opuszczała się na linie z pokładu śmigłowca w ramach skryptowanej scenki. Obrońcy wyglądali jak bandyci, a napastnicy mieli jednolite mundury. Słowem: immersja! Nawet jeśli to ustawiony do bólu gameplay, na którym grający specjalnie nie trafiają albo w ogóle rezygnują z oddania strzału, ogląda się to dobrze i chce się w to samemu zagrać.

A teraz spójrzmy na dzisiejsze Rainbow Six: ASG Siege. Helikoptera nie ma, zakładnik to związana i zakneblowana kukła, żadnych klimatycznych scenek wejścia do akcji nie oglądamy, a napastnicy i obrońcy wyglądają jak sympatycy ASG, a nie walczący na śmierć i życie bandyci i antyterroryści. Kiedyś obiło mi się o uszy, że to Tom Clancy zabronił swojego czasu umożliwiana wcielania się w terrorystów w grach sygnowanych jego nazwiskiem. Nie zmienia faktu, że równie dobrze sprawdziłoby się rozwiązanie z serii America’s Army, gdzie gracz jest zawsze jest amerykańskim żołnierzem, a gracza z drużyny przeciwnej widzi jako wroga. Ale nie, w Siege antyterrorysta strzela do antyterrorysty. Najwidoczniej w trybie PvP chłopaki idą po służbie na paintball, a dopiero w trybie PvE jadą na prawdziwą akcję. I gdzie w ogóle ten tytułowy oddział Tęcza?

Mieliśmy też dostać kampanię fabularną. Nastraszono nas jakimiś Białymi Maskami, które ostatecznie skończyły jako bezimienne mięso armatnie w trybie kooperacyjnym. Co ciekawe, jeśli jesteśmy wytrwali i przejdziemy wszystkie scenariusze treningowe, zagramy w misję zatytułowaną „Article 5”, w której faktycznie wcielamy się w oddział Rainbow, a po niej oglądamy świetny, klimatyczny filmik, zapowiadający jakby nadejście upragnionego singla. I przez długi czas wierzyłem, że kiedyś go dostaniemy. Po prawie roku pozostał tylko niesmak do własnej naiwności.

Jeśli chodzi o inne niedomagania Siege, swojego czasu napisałem tekst pod tytułem 7 rzeczy, które uczyniłyby Rainbow Six: Siege lepszym, do którego odsyłam spragnionych szczegółów. Opisałem tam kilka braków i absurdów w rodzaju braku drzwi czy podkładania bomby w domu na przedmieściach i wolałbym się nie powtarzać więcej niż to konieczne.

Co było, a nie jest...

Wyżej opisane rzeczy miały i powinny w grze być. Weźmy teraz pod lupę to, co można w niej znaleźć. Aktualnie, po wydaniu trzech dodatków (kolejny otrzymamy zapewne jeszcze w tym roku), mamy 26 operatorów, 13 map (14, jeśli liczyć tę z „Article 5”) oraz kilkadziesiąt różnorakich broni i gadżetów. Pod tym względem nie ma na co narzekać: każdy może znaleźć coś dla siebie i wypracować własny styl. W tej chwili tytuł jest też znacznie bardziej zbalansowany – deweloperom trzeba przyznać, że monitorują dostępne dane i wyciągają z nich poprawne wnioski, szkoda tylko że wcześniej przez długi czas po grze hasał przepakowany Blackbeard czy słabiutki Kapkan. Ulepszenia nie ominęły też systemu przeciw oszustwom i denerwującym zachowaniom, co pozytywnie wpływa na jakość grającej społeczności. Ponadto nareszcie ogarnięto mocno szwankujący system matchmakingu, choć tylko połowicznie, bo dobór przeciwnika wciąż czasem sprawia, że w trybie rankingowym gramy przeciwko drużynie znacznie silniejszej. I wreszcie: cieszy podniesiony tickrate serwerów.

Niestety, trybów gry od czasu premiery nie przybyło, a chętnie zobaczyłbym na przykład eskortę VIP-a, dzięki czemu moglibyśmy więcej pobiegać po mapie. Mamy zatem do wyboru rozbrajanie bomby, odbijanie zakładnika, zabezpieczanie terenu i kooperacyjną walkę ze sztuczną inteligencją. Jakaś różnorodność niewątpliwie jest, ale w praktyce wciąż często wychodzi z tego zwyczajny deathmatch.

W Rainbow Six: Siege gram okazjonalnie od dnia premiery, a wcześniej brałem udział w „zamkniętej” becie, o której wyrażałem się zresztą bardzo pozytywnie swojego czasu. Gra dostarcza tego, co miała dostarczać od samego początku: wartkiej akcji z wyraźnymi akcentami taktycznymi, niejako wypełniając lukę między odmóżdżającymi strzelankami a produkcjami symulacyjnymi. Charakter rozgrywki jest w większości zręcznościowy – o czym świadczy chociażby śladowy rozrzut broni i całkowity brak jej drgania w rękach operatorów – choć premiowana jest tutaj pomysłowość i spostrzegawczość, podobnie jak praca zespołowa. Kluczowa jest też swojego rodzaju synergia pomiędzy poszczególnymi operatorami. Jeśli nie oczekujemy fajerwerków i nie razi nas brak realizmu, gra się przyjemnie. Od czasu bety, przez którą pewnie wielu graczy wstrzymało się z zakupem, wiele zmieniło się na lepsze.

Szpetna tęcza

Nie ma co się rozwodzić w kwestii oprawy audiowizualnej – gra jest po prostu brzydka. Jakością grafiki zatrzymała się gdzieś na poziomie Crysisa z 2007 roku. Na szczęście wszelkie dźwięki prezentują wyższy poziom, choć nie wychodzą poza ramy przeciętności.

Na koniec dorzucę jeszcze słowo o mikropłatnościach i szpargałach, jakie można nabyć za takie czy inne punkty. Immersja w grze i bez nich przedstawiałaby się nędznie, ale różowe karabiny czy wymyślnie pomalowane hełmy zabijają resztkę poczucia, że akcje w Rainbow Six: Siege nie są zabawą w ASG. Do tego trzeba dodać, że kupowanie malowań broni czy hełmów jest wyjątkowo kosztowne, jeśli mamy zamiar korzystać z punktów zarobionych za wygrane rozgrywki. Odblokowanie nowego operatora (tych z DLC) bez posiadania przepustki sezonowej to bite kilkanaście godzin gry (twórcy mówią o około 25). Wnioski wyciągnijcie sami.

Ostatecznie uważam, że Rainbow Six: Siege to po prostu grywalny średniak z segmentu AA i ponad ten status nigdy się nie wzniesie. Nie jest to gra, która jest w stanie wciągnąć na długie sesje, jeśli nie mamy dobrej drużyny i kontaktu głosowego z nią, chyba że szczęście sprawi, że akurat trafimy na dobry team w matchmakingu. Miło jest od czasu do czasu rozegrać partyjkę czy dwie dla niezobowiązującej rozrywki, ale obawiam się, że nikt po Siege nie będzie płakał, kiedy któregoś dnia Ubisoft zamknie jego serwery. Jeśli szukacie strzelanki, która oprócz refleksu i celności wymaga od gracza nieco pomyślunku, Rainbow Six: Siege jest interesującą pozycją, aczkolwiek jej cena nadal jest dość zaporowa. W stanie dzisiejszym, a więc po trzech dodatkach i wielu patchach, gra zasługuje na siódemkę, choć wciąż czuję niesmak po niespełnionych obietnicach i zabitym klimacie.

Meehow
20 października 2016 - 18:31

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze
20.10.2016 21:15
DM
132
AFO Neptune

Dokładnie :) Jak pisałem to samo w dniu premiery (że to paintball z brzydką grafiką, a nie R6) i counter strike na sterydach (skórki...), to jednak było sporo sprzeciwów. Militarny klimat został już zmielony do zera, ale jako gra do drużynowych zmagań esportowych może być.

20.10.2016 23:09
odpowiedz
1 odpowiedź
Lemur80
48
Fear is the mind killer

Nie wiem jaki jest sens łączenia tej gry z Paintballem/ASG. Mundurowy misz-masz na strzelanko-jebankach to faktycznie standard, ale na mil-simach nie jest to już taki demobilowy bazar. Poza tym na strzelankach ASG jeszcze nie widziałem by ktoś wybijał drewniane okiennice kolbą, albo wyjmował z kieszeni osłonę balistyczną wielkości sporej budy dla psa.

Więc może nie łączmy tego Rainbowa z ASG i na odwrót. Obu rzeczom wyjdzie to tylko na dobre.

Pozostałe rzeczy? Zgoda, ta gra ma ze starym Rainbowem, ewentualnie SWAT 4 wspólny jedynie sam... jakby to powiedzieć... "militarny setting". Co nie oznacza, że nie można się przy niej dobrze bawić, można. Chodzi "jedynie" o zgodę na zaproponowaną formułę.

UBI nie ma problemu z przemocą. A jednocześnie ma swoich klientów za totalnych casuali i najwyraźniej boi się robić gry "poważniejsze", tak jakby pieniądze pochodziły jedynie z portfeli rodziców graczy w wieku od 10, do 12 lat maksimum.

post wyedytowany przez Lemur80 2016-10-20 23:23:20
21.10.2016 08:01
DM
132
AFO Neptune

Nie przesadzaj :) w porównaniu do paintball/asg chodzi tylko o walkę blue vs blue. Z drugiej strony rozumiem to trochę, bo skupili się wyłącznie na możliwościach i rozróżnieniu każdej klasy osobno, a nie stron starcia.

21.10.2016 07:36
odpowiedz
USSCheyenne
49
Wiedźmin 3

W dobrym momencie ten tekst się pojawił. Myślałem ostatnio czy aby nie kupić sobie tej gry. Jednak po obejrzeniu filmów i po tym tekście wiem, że sobie daruje. Militarnego settingu ja tam nie widzę za grosz, za to widzę bandę klaunów z uzbrojeniem w kolorach nomen omen tęczy. Z tymże chyba nie o taką tęczę w tych grach powinno chodzić.

21.10.2016 08:44
1
odpowiedz
T_bone
176
Henchman 24

To nadal gra, w której eliminacja przeciwnika przez dobrego gracza jest wynikiem użycia zdolności danego operatora i zgrania się z drużyną. Zabawa jest więc przednia mimo, że graficznie jest kupa a klimat został zgwałcony gdzieś w momencie kiedy operator Navy Seals "Blackbeard" dostał czapkę pirata... EDIT: No dobra, tragedia była już wcześniej :D

post wyedytowany przez T_bone 2016-10-21 08:47:39
22.10.2016 15:36
odpowiedz
Anarev
4
Junior

Zacznijmy od tego, że muszę pisać ten komentarz 2 raz, ponieważ jakimś cudem za pierwszym razem się nie dodał. Dlatego pominę wstęp, w którym mówiłem, że materiałów przedpremierowych nie oglądałem a z marką R6 też nie miałem wcześniej nic wspólnego. Przejdźmy do rzeczy. Nie zgadzam się z recenzją i postaram się znaleźć kontrargumenty na argumenty recenzenta.

Brak scenek wejścia - coś takiego jest dobre za pierwszym, drugim, może trzecim razem. Ale za setnym zwyczajnie by już nużyły i wybijały z rytmu.
Każdy widzi się jako "tego dobrego" - coś takiego przejdzie w strzelankach typu cs, bf czy cod gdzie gramy anonimami. Ale w Siege każda postać jest zupełnie inna; ma inną umiejętność, głos, broń, czy życiorys. Żeby zrealizować pomysł autora, trzeba by pozbawić operatorów ich wyjątkowości i niepowtarzalności.

Brak kampanii – już przed premierą było wiadomo, że będzie to tytuł stricte multiplayer i wymaganie kampanii w czymś, co nigdy nie miało być grą dla jednego gracza jest nie na miejscu.

Balans - proszę mi wskazać grę, w której jest prawie 30 postaci i wszystkie są w 100% dobrze zbalansowane. Gram niemal od początku i ów balans jest obecnie niemal idealny (poza Lordem Chanką, ale i on ma niedługo zostać wzmocniony).

Często dobiera silniejszych przeciwników - albo zwyczajnie lepiej zgranych. Rangi muszą mieć przynajmniej podobne do Waszych a to, że któryś z Was nie zasłużył na tak wysoką (lub tak niską) rangę to już nie wina gry. Jeśli Twoja drużyna Cię boostuje to nie dziw się, że jak trafisz na inną nie musi już być tak różowo. Działa to w 2 strony.
Eskorta VIP-a – nie ten typ gry. Tu chodzi o obronę i atak określonych pomieszczeń. Coś takiego zwyczajnie tu nie pasuje.

Wszystko sprowadza się do zespołowego deathmatch'u - jeśli ktoś ma już trochę doświadczenia to gra na cele gry. Co prawda najłatwiej (i najczęściej) jest to zrobić na rozbrajaniu bomb ale na innych trybach również nie jest to aż tak rzadkie.

Gra jest brzydka - przyznaję, nie należy do najpiękniejszych na rynku, ale nazwanie jej brzydką jest przesadą. Nawet jeśli przyjmiemy tezę, że jest brzydka, to porównanie jej do Crysis'a ją wyklucza, ponieważ Crysis nadal jest uważany za naprawdę ładną grę (był chyba nawet o tym materiał na tvgry). Zresztą jeśli mojemu koledze poszło w 60 klatkach na karcie GT 540m to znaczy, że jest warto. Ja natomiast gram na najwyższych i nie narzekam na brzydkie widoki, ponieważ nie każda gra musi mieć grafikę nowego Battlefield'a.

Skiny, hełmy - ich ceny i mikropłatności - nie wiem jak inni, ale ja jakoś nie zwracam uwagi na wygląd moich sojuszników czy wrogów (chyba, że trzeba dać info) i zupełnie nie przeszkadzają mi te kosmetyczne dodatki. Miła odmiana - mała rzecz a cieszy. Co do ich ceny to jeśli ktoś chce spędzić z grą więcej czasu to przynajmniej będzie widział cel, dla którego zbiera tą całą gotówkę. Natomiast jeśli ktoś nie ma czasu lub ochoty na spędzanie z grą więcej czasu, to takie rzeczy nie powinny go raczej interesować. Mikropłatności nie dają natomiast żadnej przewagi nad przeciwnikiem – to nie jest Bf czy CoD gdzie można kupić nowe mapy czy bronie – dostajemy tylko rzeczy kosmetyczne lub szybsze zdobywanie punktów rozgłosu.

Nie jest w stanie wciągnąć na długie sesje, bez ekipy i nikt nie będzie płakał, jeśli Ubi zamknie serwery - proszę nie generalizować i nie uogólniać - jest to podstawowy błąd, który już w szkołach podstawowych jest piętnowany przez polonistki. Zawsze znajdzie się ktoś, kto się nie zgodzi z danym stwierdzeniem. Ja się nie zgadzam. I znam wiele osób, które również by się z nim nie zgodziły, gdyby je usłyszały.

Zaporowa cena – 70 – 80 zł za wersję pudełkową i jakieś 60 zł w promocji za wersję cyfrową to zaporowa cena? Proszę mi zatem wytłumaczyć, co by nie było tą "zaporową ceną". Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt darmowych DLC w tym roku i zapowiedz wspierania gry przez co najmniej następny rok.

Czekam na odpowiedz i kontrargumenty do moich kontrargumentów.

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze