O magii wspomnień czyli jak podobało mi się Stranger Things - Kamil Brycki - 16 marca 2017

O magii wspomnień, czyli jak podobało mi się Stranger Things

Oczywiście, że znam się lepiej, ale nie mam Wam za złe, że polubiliście ten serialik. Te 8 odcinków (czy to w ogóle wystarczająco miejsca na rozwinięcie fabuły, ja się pytam?) wyprodukowanych przez jakąś niszową stację telewizyjną - a nie, przepraszam, internetową - której właściciele jeszcze niedawno uważali Polskę za trzeci świat, w końcu może przynosić jakiejś-tam jakości rozrywkę, o której zapomnicie w ciągu dwóch tygodni od ostatniego seansu. To dlaczego niby mam się denerwować? No dobra, już, zobaczę, co Wy tam wszyscy widzicie w tym Stranger Things, żebym chociaż mógł pokomentować Wasze wpisy na socialmediowych tablicach. Poproszę pierwszy odcinek. Poproszę drugi. Co, jak to, już ósmy?! Jak ja mogłem tyle zwlekać?!

Okay, nie byłem aż tak sceptyczny przed pierwszym kontaktem ze Stranger Things, choć nie ukrywam, że początkowo nie czułem się wyjątkowo zainteresowany. Tak naprawdę to do Netflixowego serialu usiadłem dopiero niedawno, kiedy już absolutnie (chwilowo) skończyły mi się wszystkie seriale i filmy do oglądania, książki do czytania, zadania do zrobienia i studia do zaliczenia. Okazało się jednak, że nie był to dla mnie po prostu kolejny zabijacz czasu - Stranger Things już po pierwszych odcinkach stał się dla mnie serialem, którego drugiego sezonu nie mogę się doczekać.

I już nawet pal licho bardzo dobrą grę aktorską, ciekawą historię, kreację postaci czy wciągający sposób przedstawiania fabuły - to wszystko Stranger Things przecież ma. Te elementy składają się również na mistrzowski klimat, i całe szczęście, bo przecież bez tego nie można mówić o dobrym serialu. Jednak największą wartością „odcinkowca” jest dla mnie… czas akcji. Umiejscowienie historii w amerykańskich latach 80. robi, moim zdaniem, niesamowite wrażenie - szczególnie, skoro podjęto ten temat z należytą pieczołowitością. 

Od razu przypomniała mi się Carrie i wiele, wiele thrillero-horrorów Kinga, którymi Stranger Things ewidentnie jest inspirowany. A jako, że jestem wielkim fanem takiej twórczości, to zobaczenie całego świata nie tylko oczyma wyobraźni było dla mnie bardzo przyjemnym przeżyciem. I choć zdarzało się to już wcześniej - przecież Stranger Things nie jest pierwszym filmem umiejscowionym w tej lokalizacji i w tym czasie - to jednak dopiero teraz wywołało to aż tak pozytywny efekt. W tym momencie, po kilku tygodniach od ukończenia seansu, dalej uśmiecham się na wspomnienie tych fryzur, ubrań, zachowań, po prostu wszystkiego - i mam nadzieję, że drugi sezon również będzie w tym aspekcie „oldschoolowy”.

Stranger Things przywiódł mi na myśl również inny dreszczowiec emitowany kilka lat temu - Gęsią Skórkę. Był to serial, przy którym pierwszy raz i ja, i pewnie wiele innych nastolatków, którym wtedy było bliżej do dziesiątki niż dwudziestki poczuło te przyjemne dreszcze, to uczucie kontrolowanego strachu, którego poszukuje większość fanów horrorów. I choć Stranger Things dalekie było od wywołania u mnie ciarek na plecach, to jednak od pewnych wspomnień odpędzić się nie mogłem - naprawdę miło jest zobaczyć coś wysokobudżetowego i rozwijającego konspekt, z którym już kiedyś miałem do czynienia, a co nie spełniało wtedy nawet niezbyt wygórowanych oczekiwań. 

Psst, ten obrazek wcale nie przypomina plakatu Gwiezdnych Wojen, prawda?

Nawet mówiąc o muzyce nie jestem w stanie uciec od pewnych porównań - tym razem nie obędzie się bez wspomnienia o arcadowych maszynach ubiegłego wieku. Nie wiem dokładnie, czy odtwarzały one taką muzykę, jaka towarzyszy nam w Stranger Things, jednak po odsłuchu całego albumu dostępnego na Spotify nie mogłem wyrzucić z głowy rozpikselowanych obrazów towarzyszących szerokiej, plastikowej obudowie i charakterystycznym gałkom analogowym. Kompozycje elektroniczne, przywodzące na myśl trochę bardziej zaawansowane MIDI, są więc kolejnym elementem, który ma ogromny wpływ na budowanie klimatu lat 80. i cieszę się, że nie pozostawiono go samemu sobie. 

Stranger Things jest świetnym serialem, wciągającym i umiejętnie dozującym napięcie, który polecam każdemu. Nawet, jeśli nie wywoła on takiej fali wspomnień jak w moim przypadku, to i tak zapewni kilka godzin zabawy wysokich lotów, o czym zresztą mieliście okazję przeczytać już w kilku innych recenzjach. Najwidoczniej ja również wpisuję się w ten mainstreamowy nurt, bo z pewnością zaliczam Stranger Things do seriali bardzo udanych. Byle do drugiego sezonu!

Recenzje, o których wspominam w ostatnim akapicie to teksty Czarnego Wilka oraz Joorga.

Kamil Brycki
16 marca 2017 - 21:12

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze
17.03.2017 11:08
1
PsiaBuda
16
Chorąży

Jest to jedno z tych dzieł (film/serial), których fenomenu nie rozumiem.
Zachęcony masą pozytywnych recenzji i opinii, postanowiłem go obejrzeć i niestety zawiodłem się. Serial jest co najwyżej średni. No ale jak to mówią, o gustach się nie dyskutuje.

17.03.2017 11:17
odpowiedz
Kameo
70
To tylko ja

O gustach można dyskutować, tylko trzeba umieć ;)

Ja za to podszedłem z lekką rezerwą ze względu na te pozytywne opinie i jednak - serial trafił i do mnie. W ogóle dochodzę do wniosku ostatnio, że odbiór całości bardzo mocno zależy od nastawienia, z jakim się podchodzi. Może byłeś zbyt "nahajpowany"? ;)

17.03.2017 22:03
1
odpowiedz
PsiaBuda
16
Chorąży

Może byłeś zbyt "nahajpowany?

Sęk w tym, że nie. Nie miałem pojęcia o czym jest serial, ani nawet w jakich klimatach toczy się akcja (sf/dramat/sensacja itp), dopóki nie zacząłem oglądać. Kierowałem się wyłącznie masą pozytywnych opinii i komentarzy, co często jest dla mnie wyznacznikiem wyboru kolejnego serialu do oglądnięcia.
Podobnie miałem z True Dedective. Te wszystkie ochy i achy, a dla mnie kompletna nuda. Ledwo go wymęczyłem do końca. Co ciekawe drugi sezon był w/g mnie ciekawszy, mimo że ogólnie był uznany za słabszy.

17.03.2017 22:30
1
odpowiedz
Raistand
97
Legend

Serial zrealizowany sprawnie i poprawnie ale tez nie bardzo rozumiem tony zachwytów w internecie. Muzyka? Trudno narzekać na The Clash, New Order czy Jpy Division. ;) Na fali nostalgii obejrzało mi się całkiem przyjemnie tylko, że od początku do końca całość jest szalenie przewidywalna. Każda z postaci to 100% wzorzec zaczerpnięty z dziesiątków podobnych historii. Schematyczność szczególnie razi w ostatnim odcinku. Spoilerować nie będę ale jeśli ktoś nie widział to niech nie oczekuje gwałtownych zwrotów akcji.

17.03.2017 22:42
😊
2
odpowiedz
Yaca Killer
186
Regent

To jest serial, który gra na sentymentalnej nucie. Myślę, że jego ocena, zależy w dużej mierze od wieku odbiorcy.

17.03.2017 23:30
odpowiedz
futureman16
16
Generał

Dobry serial. Po prostu.

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze