W drodze do diamentu - historia League of Legends okiem niedzielnego gracza - Kamil Brycki - 6 września 2014

W drodze do diamentu - historia League of Legends okiem niedzielnego gracza

League of Legends jest przez wielu uznawane za uproszczonego klona Doty. Jest w tym trochę racji – obydwie te gry należą do gatunku MOBA (Multiplayer Online Battle Arena), z czego ten drugi tytuł jest zdecydowanie bardziej rozbudowany i problematyczny. Wymaga wielu godzin treningu, poznawania postaci i mapy, a każdy najmniejszy błąd może skończyć się źle dla całej drużyny. Myślę, że właśnie z powodu tej różnicy w poziomie „wejścia” League of Legends stało się znacznie bardziej popularne, przynajmniej wśród moich znajomych. Zbliżamy się właśnie do zakończenia czwartego sezonu i z tego powodu przypominam sobie, jak wyglądała ta gra kiedyś, oczywiście z mojego punktu widzenia. Jak zaczęła się ta przygoda?

-----------------------------------------------------------------------

SEZON I

Ciężko uwierzyć, że tak to kiedyś wyglądało. (reddit.com)

Udało mi się zdobyć trzydziesty poziom w League of Legends chwilę przed pierwszym Dreamhackiem – wtedy uznanym za mistrzostwa świata. Czempiony nie wyglądały tak ładnie i nie miały aż tylu animacji, mapa była brzydsza, rozgrywka mniej urozmaicona. Już wtedy jednak wcale nie trzeba było grać całymi dniami, aby poznać tę grę dokładniej i lepiej się w nią wczuć, chociaż o żadnym meta-game nie było mowy. Pamiętam, że wyczekiwało się na wybór przeciwnika, po czym starało się skontrować jego postać. Nie było kilku stron z masteries, a poradników z gotowymi zestawami run i przedmiotów można było ze świecą szukać. Triumfowała kontrola tłumu – crowd control – która teraz dalej jest ważna, lecz nie odgrywa aż tak wielkiej roli.

MVP sezonu pierwszego, później niestety bez aż tak spektakularnych sukcesów. Dalej liczymy na powrót na scenę, Shushei!

Mimo wszystko grało się naprawdę przednio. Takie linie jak Sion/Garen już najprawdopodobniej nigdy nie powrócą, a wtedy miały rację bytu. Wybierało się postacie przydatne dla drużyny (coś na miarę teraźniejszych supportów), które nie potrzebowały dużo pieniędzy i dalej były silne. Kiedy w lobby gracz zdecydował się na wybór Rammusa (aktualnie uznawany jedynie jako jungler) i mówił, że chce iść z kimś na linię, nikt nie miał mu tego za złe. Typowe ustawienie graczy (1-1-2, w tym oczywiście tank, bruiser, AP, AD-Carry oraz support) pojawiło się dopiero po wyżej wspomnianym Dreamhacku, przynajmniej na moim poziomie. Wtedy jeszcze starałem się nie grać rozgrywek rankingowych, gdyż uważałem się za zbyt słabego. A zdobycie 1820 elo (może więcej?), aby uzyskać złoto, graniczyło z cudem.

SEZON II

Od drugiego sezonu, przed mistrzostwami, pojawiają się skórki z nimi związane. (surrenderat20.net)

Dziwny okres w świecie League of Legends, a przede wszystkim masa zmian. Pamiętam to, co prawda, jak przez mgłę – duży nacisk położono wtedy na zdobywanie celów (niszczenie wież, zabijanie smoka, Barona) oraz złota, ogółem. Gracze zaczęli dostosowywać się do gry w aktualnym ustawieniu na wszystkich poziomach, kupować wardy, rozmawiać ze sobą. Była też oczywiście druga strona medalu – wykładniczo rosnąca popularność przyczyniła się również do zwiększenia liczby wyzwisk na czacie, co przekształcało rozgrywki z nieznajomymi w nieprzyjemne doświadczenie. Riot na szczęście starał się podjąć odpowiednie kroki, lecz dopiero za dwa lata przyszło nam ujrzeć jakieś faktyczne efekty. Ilość postaci do wyboru uległa diametralnej zmianie, a streamy najlepszych graczy zaczęły zdobywać ogromną popularność. Ciężko teraz uwierzyć, że kiedyś zdobycie dwóch czy trzech tysięcy widzów graniczyło z cudem.

Jakoś w trakcie sezonu II obniżono progi punktowe do wejścia do odpowiedniej ligi (odpowiednio: brąz, srebro, złoto, platyna). Wprowadzono również diament dostępny tylko dla ścisłej czołówki graczy. Jeszcze później zrezygnowano z takiej punktacji i wprowadzono dywizje znane z dzisiejszej wersji oraz nagrody na zakończenie sezonu. Według mnie nowy system jest zdecydowanie lepszy od starego. Usunięto też jeden z moich ulubionych przedmiotów, Force of Nature. Najwidoczniej był zbyt silny.

Mistrzostwa sezonu drugiego były znacznie większym wydarzeniem, niż poprzedniczka. (gry-online.pl)

W tym czasie udało mi się już dostać do złota. Niestety w wyniku rosnącej popularności trzeba było podzielić serwer europejski na dwie części – ja skorzystałem z możliwości transferu i przeniosłem się na tzw. EU-West. W początkowej fazie może faktycznie wyzwisk było mniej po tamtej stronie barykady – z czasem jednak różnica ta zaczęła się zacierać i myślę, że dzisiaj nie ma zbyt wielkiej różnicy pomiędzy serwerami czy to w ilości obelg na sekundę, czy to w poziomie rozgrywki. Fakt faktem, na EU-NE nie spotkamy najsławniejszych streamerów, dalej jednak mamy szansę na porządne gry wymagające skupienia i dające ogromną satysfakcję.

SEZON III

Sezon rosnącego dynamizmu. Zwolniono trochę z wydawaniem postaci i wzięto się za reworki już istniejących, lecz nieużywanych. Całe League of Legends nabrało bardziej profesjonalnego charakteru i z gry, w której można było się dobrze bawić przekształciła się w głębszą formę rywalizacji. Owszem, nadal jest to forma rozrywki, lecz już nie tak odstresowującej jak kiedyś – za to znacznie bardziej satysfakcjonującej. Nie można jednak tego zaliczyć tylko i wyłącznie do wad – umiejętności graczy dalej rosną, pojawiają się nowe kombinacje przedmiotów (same przedmioty również przechodzą swoisty renesans), nowe linie, zamiany, starcia 1v2 i dużo więcej. LoL w końcu staje się bardziej urozmaicony, po stagnacji w sezonie drugim. Pojawia się LCS (League Championship Series, o których pisałem między innymi już tutaj), nowe serwery, nowi królowie linii i władcy Summoners Rift, których albo się wybiera na samym początku, albo banuje.

Ilość obelg zaczęła spadać, lecz może to dlatego, że ja dalej piąłem się wyżej. Nieśmiertelni junglerzy odeszli w zapomnienie i ustąpili miejsca zabójcom, którym w zupełności wystarczał jeden przedmiot do obrony, a nie ich cała masa. Wróciłem na EUNE, aby dołączyć do moich znajomych (w końcu na tym przecież polega ta gra, czyż nie? Dobra zabawa w gronie przyjaciół!) i jakoś znacząco nie odczułem różnicy w „profesjonalizmie” pomiędzy serwerami. Mistrzostwa sezonu III zostały podbite przez koreańską drużynę, SK Telecom.

SEZON IV

Sezon czwarty, a co po nim?

Zapowiedź nowej mapy, nowego launchera, nowe obrazki, dopracowane modele postaci, bajery graficzne i smaczki nawiązujące do historii dziejącej się poza Fields of Justice – to wszystko miało miejsce też w sezonie trzecim, lecz dopiero teraz zaczęło rozwijać skrzydła. Poszerzyła się pula AD-Carry i zaczęły one dominować na polu bitwy. Czempioni walczący wręcz mają zostać przywróceni do życia, lecz nie wiadomo kiedy. Podobno jest to proces na zdecydowanie więcej patchy, niż jeden.

Zacząłem przeglądać stronę surrenderat20, aby być na bieżąco ze zmianami wprowadzanymi w becie – dopiero teraz zauważyłem, jak często twórcy komunikują się z graczami i wyjaśniają swoje pomysły i plany. Zająłem „zaszczytne” miejsce w platynowej dywizji i cały czas walczę o lepsze miejsce, choć już z mniejszym zapałem. Wiele ról, które sprawiały mi największą frajdę, zostało ograbionych ze swoich funkcjonalności – jak wspominałem wcześniej, tank-junglerzy zostali uśmierceni (przynajmniej w soloQ) i ulepszenie Spirit of the Ancient Golem, przedmiotu najbardziej im przydatnego, wcale nie przywróciło ich do życia. Sama gra jednak stała się bardziej nieprzewidywalna – złota jest więcej i wszystko dzieje się szybciej. Walki na pierwszych poziomach, wczesne polowanie na smoki czy tzw. ganki w trzy czy cztery osoby to teraz codzienność.

Postacie wspomagające przestały być aż tak nudne i teraz nimi gra mi się najprzyjemniej. Nie obeszło się oczywiście bez skazy – nie dość, że jest ich bardzo mało, to jeszcze kilka przestało być grywalnych. Taka sytuacja spotkała wszystkie obecne linie, lecz mam wrażenie, że na „dole” jest ona najbardziej odczuwalna. W tym momencie mamy może trzech czempionów wybieranych zdecydowanie ponad średnią, a o reszcie można zapomnieć.

Riot rozpoczął falę reworków i stara się przywrócić postaci, które wypadły z rotacji. Mimo zwiększenia puli czempionów, grając mecze rankingowe czy oglądając turnieje idzie odczuć lekkie znużenie tymi samymi pickami. Miejmy nadzieję, że niedługo ulegnie to zmianie.

W drodze do diamentu
Powoli kończy się sezon czwarty, a mi udało się dostać do ligi Platinum I. Ostatnia prosta po diamentową ramkę, a Riot wprowadził jeszcze nowy tier: mistrzowski. Po niego raczej się w tym sezonie nie wybieram, ale kto wie co się będzie działo w sezonie piątym?

Wydarzenia z danych sezonów mogą być odrobinę pomieszane - w trakcie pisania tekstu zdałem się na swoją pamięć i odczucia. 

Kamil Brycki
6 września 2014 - 22:45

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
10.09.2014 20:00
Mac94
Mac94
87
Inner Peace

Gracz niedzielny w platynie? Ta jasne. Trzeba nie źle zapierdalać żeby tam dostać. Ewentualnie zgrane duo. Grałem przez około rok, regularnie, czasem nawet sesje cało dniowe (nie żebym był dumny z tego) i jak silver został tak został. Zostawiłem grę gdy zaczęły się fenomeny typu, że jak nie mam gry typu - 15/3/10, nie zniszczę polowy wierz, nie wezmę barona i nie zrobię przynajmniej tripple kill w teamfight to o wygranej nie ma co myśleć. W kółko miażdzyłem swój lane, czy to dawałem kille gdy grałem w jungli, jednak póżniej wszystko szło w dupe. AFk, flame, etc.

Coraz więcej ludzi da sobie spokój zanim nie poprawią match making. Dobieranie graczy tylko według stosunku wygranych do przegranych po prostu nie działa. Już nie wspomnę, że Silver nie zagrasz 3 gier bez afk czy trolla.