Podporządkowany mundialowi - Brucevsky - 29 czerwca 2018

Podporządkowany mundialowi

Mistrzostwa świata w piłce nożnej trwają w najlepsze, a to oznacza, że moja codzienność jest aktualnie niemal całkowicie podporządkowana trwającemu w Rosji turniejowi. W tym tygodniu planowałem zupełnie inny materiał na gameplay.pl, ale że granie zeszło u mnie na drugi plan, to serwuje Wam luźniejszy felieton z piłką w tle.

Football’s coming home

Może to sentyment, może siła przyzwyczajenia. Piłkarskie mistrzostwa świata śledzę świadomie od dwudziestu lat i zawsze staram się obejrzeć jak najwięcej spotkań i wręcz oddychać tym futbolowym świętem. Nie inaczej jest w tym roku, w którym zadanie ułatwiają nieco bardziej przystępne godziny rozgrywania kolejnych konfrontacji.

To wszystko sprawia, że piłka nożna wypełnia mi aktualnie większość wolnego czasu, zmuszając do wyciskania maksimum z pozostałych kwadransów, by wyrobić się ze wszystkimi obowiązkami dnia codziennego. Na granie zostaje niewiele, ale w tym roku odpowiednio się na taką sytuację przygotowałem i jeszcze przed meczem otwarcia dokończyłem rozgrzebane produkcje z jakąkolwiek fabułą, co by się gdzieś nie pogubić, nie wypaść z klimatu i nie zapomnieć istotnych wątków. Na czas mundialu gry obecne są u mnie w formie pierwszej odsłony FIFA Street i pojedynczych potyczek w Overwatch. Sami widzicie, że to produkcje, które można uruchomić na 20 minut nawet raz na trzy dni. Co prawda trochę boję się, że przerzucając się któregoś dnia z zakończonej transmisji z Rosji na betonowe boisko EA, osiągnę przesyt piłką, ale na ten moment nic nie sugeruje najgorszego scenariusza, po którym niezbędny będzie detoks.

Znacie mnie i wiecie, że lubię relacjonować swoje poczynania w grach w formie karier i opowiadań. Nie inaczej jest w przypadku FIFA Street. Nie ma to jak zrobić z siebie zdolnego freestylera, który grywa w składzie z największymi piłkarskimi gwiazdami 2005 roku. ;)

Po fazie grupowej – na plus

Subiektywną analizę pierwszej połowy turnieju postanowiłem podzielić na dwie części, skupiając się na elementach, które oceniam pozytywnie i tych odbieranych dużo gorzej. Na początek te przyjemniejsze.

VAR – w końcu doczekaliśmy się uczciwej walki o puchar i broni przeciwko symulantom. Przez lata cierpiałem, oglądając skrzywdzone ekipy i adeptów „szkółki symulanctwa sportowego Rivaldo” na boiskach w różnych częściach globu. W Rosji na razie taki Neymar ma ciężkie życie, a faule w polu karnym nie są przez sędziów przegapiane, więc jest dobrze.

Wyrównany poziom i emocje – patrzę na wyniki dotychczasowych potyczek i dochodzę do wniosku, że poziom reprezentacyjnej piłki mocno się wyrównał. Cytując polskich szkoleniowców i ich słynny tekst po blamażach w europejskich pucharach - „dzisiaj nie ma już słabych drużyn”. Cieszy, że w Rosji nawet skazywane na pożarcie jedenastki pokazały pazury i choć może ostatecznie, w większości przypadków, wyścig o awans przegrały, to przynajmniej zrobiły to ze stylem. Boje Iranu, Islandii, Tunezji, Szwecji i Japonii będą wspominane długo.

Po fazie grupowej – na minus

Biało-Czerwoni – trzeci raz czekałem na dobry występ Polaków na mistrzostwach i trzeci raz dostałem mokrą ścierą rzeczywistości prosto w twarz. Dzisiaj trudno mi typować, co jest w tym wszystkim najgorsze. Mocnym kandydatem jest beznadziejny styl kadry selekcjonera Nawałki, która zaprezentowała zdecydowanie najgorszy poziom w Rosji ze wszystkich uczestników, grając bez zaangażowania i pomysłu. Wkurza mnie też jednak podejście polskich kibiców, którzy najpierw dali się ponieść złudzeniom, a potem zrzucili maski i wylali wiadra pomyj na piłkarzy. Wreszcie niepokoi i martwi przyszłość naszej reprezentacji, która znowu na lata może zanurzyć się w marazmie. I jeszcze ten tradycyjny mecz o honor, w którym nie pokazaliśmy się wcale lepiej, a przeszliśmy do historii głównie za żenującą końcówkę…

1:0 – komentatorzy długo zachwycali się, że w Rosji nadal nie obejrzeliśmy bezbramkowego remisu, ale mnie osobiście nawałnica skromnych zwycięstw po 1:0 jakoś specjalnie nie zachwycała. Piłka to gole, a w fazie grupowej nie brakowało konfrontacji, w których te pojedyncze i decydujące padały po rzutach karnych lub wolnych. Jasne, one też potrafią zachwycać finezją, ale jednak wolałbym w ciągu 90 minut obejrzeć choć jedno trafienie po składnej akcji.

Duet Jońca/Trzeciak – do poziomu komentarza w TVP nie mam większych zastrzeżeń. Uszy nie krwawią. In minus jednak wyróżnia się duet Jacek Jońca i Mirosław Trzeciak, który chociażby w starciu Portugalia-Iran dał popis braku obiektywizmu i nieco za daleko dał się wywieść emocjom. I piszę to jako osoba, która niespecjalnie dopinguje Ronaldo i spółkę.

Wiele po meczach naszej reprezentacji powiedziano i napisano. Oberwało się piłkarzom i trenerowi, zasłużenie, za styl, wynik i zachowanie po porażkach. Ja dołączyłem jednak do trochę innej narracji, zwracającej uwagę na niepotrzebne pompowanie balonika i fakt, że sami po trosze odpowiadamy za obecne nastroje. Spójrzmy prawdzie w oczy - nazywanie Biało-Czerwonych faworytem grupy H było daleko posuniętym nadużyciem. 

Czekając na więcej

Przed nami faza pucharowa. Patrzę na pary i widzę same interesujące konfrontacje, w których możemy zobaczyć sporo piłkarskich popisów, ale też kilka niespodzianek. Oby stawka nie sparaliżowała uczestników i walka o kolejną rundę nie przerodziła się w szachy. Na ten moment, po fazie grupowej, trudno jednoznacznie wskazać faworyta, bo w gruncie rzeczy nikt do tej pory specjalnie nie zachwycił z tych największych. Może więc Chorwacja lub Belgia, które zaatakują tron z pozycji czarnego konia? To byłaby piękna mundialowa historia.

Tymczasem już zacieram rączki na Francja-Argentyna, Urugwaj-Portugalia, Anglia-Kolumbia. A Wam jak na razie podoba się turniej w Rosji? Kogo będziecie dopingować w rundzie pucharowej?

Brucevsky
29 czerwca 2018 - 09:22