Recenzja: Bungou Stray Dogs #6 - #10 - Froszti - 1 marca 2020

Recenzja: Bungou Stray Dogs #6 - #10

Pierwsze pięć tomów serii Bungou Stray Dogs pozwalało poznać czytelnikowi dość intrygujący i ciekawie wykreowany świat, który darzą estymą setki tysięcy fanów mangi i anime na całym świecie. Najwyższa więc pora na lekturę kolejnych części, które zgodnie z pewnymi założeniami powinny zapewnić odbiorcy jeszcze większą dawkę rozrywki.

Jakiekolwiek niesnaski pomiędzy Mafią Portową a Zbrojną Agencją Detektywistyczną przestaje mieć znaczenie w momencie, kiedy na scenie pojawia się Gildia. Jej utalentowani i obdarzeni niesamowitymi mocami członkowie chcą wyeliminować obie wymienione organizacje. Początkowe pojedyncze potyczki przeradzają się w otwartą wojnę, w której zwycięzca może być tylko jeden. Mafia dzięki swojej taktyce działania z zaskoczenia angażuje w walkę niektórych członków Gildii, ostateczni ich wyłączając z dalszej potyczki. To jednak jest tylko malutki sukces, który nie przekłada się na wynik wojny trzech organizacji. Atsushi wciąć jeszcze nie wierzy w swoją moc i dostaje się w łapy Gildii, która ma zamiar zniszczyć swoich wrogów. Jedyną nadzieją dla jego przyjaciół jest ucieczka i przygotowanie się do ostatecznej bitwy. Obie organizacji (Mafia Portowa i Zbrojna Agencja Detektywistyczna) stają przed przysłowiową ścianą i zdają sobie sprawę, że jedyną szansą na uratowanie jest zawieszenie broni i wspólne działanie przeciw wrogowi. Pewne dość wyraźne różnice nie ułatwiają takowej współpracy, na dodatek członkowie Gildii okazują się naprawdę potężnymi przeciwnikami, którzy nie sprzedadzą tanio swojej skóry. Plan przywódcy Gildii przechodzi w ostateczną fazę realizacji, w której Jokohama zostanie zrównana z ziemią wraz z jej mieszkańcami. Jedyną siłą zdolną pokonać Fitzgeralda jest Atsushi, pod warunkiem, że naprawdę uwierzy on w swoje ponadprzeciętne zdolności.

O ile w kilku pierwszych tomach serii autor stopniowo prezentował poszczególnych bohaterów i w dość enigmatycznej fabule starał się umieścić sporo tajemnic, to teraz główny nacisk serii położony jest na widowiskową akcję. Oczywiście pójcie w stronę o wiele bardziej dynamicznego seinena, nie jest czymś złym, wręcz przeciwnie nadaje to serii wyrazistości i zachęci do sięgnięcia po tytuł nową grupę potencjalnych odbiorców.

Główną i najważniejszą postacią całej serii nadal pozostaje Atsushi, który nadal jeszcze nie wyewoluował w wyrazistego bohatera doskonale znającego siłę swoich mocy. Nadal jest to nadmiernie uczuciowy nastolatek, pamiętający swoją mroczną przeszłość i starający się za wszelką cenę wypełnić powiężone mu zdania nawet kosztem własnego zdrowia. Ciągle obawia się tego, że jeśli okaże się bezużyteczny, to jego przyjaciele odwrócą się od niego i ponownie będzie sam. Kafka Asagiri (scenarzysta) chwilowo jednak odchodzi o tajemnicy związanej z tą postacią lub przynajmniej spycha ją na dużo dalszy plan. Czytelnik ze względu na ogrom akcji, nie będzie miał w recenzowanych tomach zbyt wiele czasu na zastanawianie się, dlaczego wszystkie organizacje chcą zdobyć siłę chłopaka, co w nim jest takiego nadzwyczajnego?

Moce członków Zbrojnej Agencji Detektywistycznej poznało się w początkach serii, to dopiero tutaj można dostrzec pełnie ich zastosowań. O wiele więcej czytelnik dowiaduje się tutaj o członkach Mafii Portowej i ich zdolnościach, którzy do tej pory historii nie byli nadmiernie eksponowani. Zdecydowanie jednak z zaserwowanych tutaj kreacji postaci na pierwszy plan wysuwają się członkowie Gildii (zarówno pod względem mocy, jak i charakterów). Są oni na tyle enigmatyczni i niejednoznaczni, że trudno jednoznacznie przydzielić ich do „złej” strony. Oczywiście znajdą się tutaj jednostki, które lubują się w przemocy i tylko to ich kręci, ale zdecydowana większość członków ma jakiś konkretny cel, dlaczego tak postępuje. Szkoda tylko, ilość miejsca poświęcona przez twórcę na analizę poszczególnych postaci czy pokazanie szczątków ich przeszłości to zaledwie malutki promil całej treści.

Skoro recenzowane tomiki głównie nastawione są na fabularną akcję, to należy w recenzji poświęcić kilka zdań właśnie temu elementowi dzieła. Wątek wojny trzech organizacji jest należycie przemyślany przez twórcę i dostarczany odbiorcy w odpowiednich proporcjach utrzymujących nieustanne napięcie. W przeciwieństwie do wielu innych dzieł tego typu nie ma tutaj chwili, w której można byłoby powiedzieć, że akcja wyraźnie siadła, przygotowując czytelnika na nowe wrażenia, całość cały czas utrzymywana jest na stałym poziomie z kilkoma wyraźniejszymi skokami dynamiki treści.

Jeśli chodzi zaś o warstwę artystyczną, to Sango Harukawa nadal utrzymuje wysoką formę. Śmiało można nawet stwierdzić, że pod pewnymi względami jego kreska się poprawiła i stała się jeszcze bardziej wyrazista. Dynamika starć jest zaprezentowana bardzo dobrze, epatując należytą dawką mroku i bezkompromisowej przemocy (w pewnych przyjętych ramach). W tłach artysta nadal dość często korzysta z rastra, ale można przymknąć na to oko, biorąc pod uwagę jakość rysunków na pierwszym planie.

W przypadku rodzimego wydania podobnie jak we wcześniejszych częściach na czytelnika na końcu tomików czeka sporo ciekawej treści pisanej (od opowiadań po fragmenty opisujące konkretne postacie). Jedyną rzeczą, do której można się przyczepić to wielkość czcionki w niektórych miejscach. Zdaje sobie jednak sprawę z tego, że spora ilość dialogów i zastosowanie standardowego formatu wydania, wymusiło w paru miejscach na znaczące pomniejszenie liter.

Bungou stray dogs wkraczając na „wojenną” ścieżkę, dostarczyło potencjalnych odbiorcą masę widowiskowej treści, która powinna przyciągnąć nowych czytelników. Odbiorcy, którzy byli zachwyceni początkiem serii, również nie powinni być zawiedzeni. Historia nadal utrzymuje bardzo dobry poziom, ciągle zachęcając czytelnika do poznawania dalszych losów zaprezentowanych nietuzinkowych bohaterów.

Radosław Frosztęga

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarzy do recenzji.

 


Froszti
1 marca 2020 - 11:01

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz