Recenzja: No Game No Life (LN) #1-#3 - Froszti - 11 lipca 2020

Recenzja: No Game No Life (LN) #1-#3

Wszelkiej maści „isekai-e” od dłuższego czasu podbijają świat, dostarczając miłośnikom mangi, anime i light nowelek pokaźnej ilości rozrywki. Jedną z pozycji owego podgatunku, która dosyć dobrze została przyjęta na naszym rynku, jest seria No Game No Life. Pora więc abym i ja sprawdził co „ciekawego” ma do zaoferowania wersja książkowa.

Sora i Shiro to dwójka rodzeństwa, które całe dnie spędza na cyfrowej rozrywce. On bezrobotny osiemnastolatek skrywające spore pokłady silnej charyzmy, których nie potrafi uzewnętrznić w kontaktach z ludźmi, nie specjalnie poszukujący nowego zajęcia w życiu. Ona jedenastoletnia urocza dziewczynka obdarzona genialnym umysłem, która nie przejmuje się swoją edukacją, a swój potencjał wiedzy, wykorzystuje w celach czysto rozrywkowych. Oboje tworzą nietypową parę NEETów i hikikomori, którzy całe dnie spędzają w zamkniętym pomieszczeniu, wgapiając się w ekrany wielu monitorów i pobijając kolejne rekordy gier online. Przyjaciele, zwyczajne życie czy typowe domowe obowiązki, to dla nich coś abstrakcyjnego. Ich „rozrywkowa egzystencja” ulega jednak znaczącej przemianie pewnego dnia, kiedy to zostają wyzwani na dość nietypowy pojedynek. Zwycięstwo w tej rozgrywce (w której przeciwnikiem jest pewien znudzony Bóg), kończy się przeniesieniem ich do fantastycznego świata, gdzie każdy aspekt życia jego mieszkańców jest regulowany przez „gry”. Można byłoby powiedzieć prawdziwy „raj” dla kogoś, kto całe swoje życie spędził na pokonywaniu kolejnych przeciwników w najprzeróżniejszych rozgrywkach. Wszystko to skrywa jednak o wiele większe problemy, z którymi będą musieli oni sobie poradzić.

Pierwszy tom serii to nic innego jak wstępniak prezentujący zarys całej historii, jak i przybliżający czytelnikowi fantazyjny świat. Rodzeństwo o dziwo dosyć szybko przystosowuje się do nowych warunków, w jakich przyszło im teraz egzystować i przystępują oni do „testowania” zasad panujących w tym świecie. Kończy się to oczywiście ich wielką wygraną, która w przypadku rozgrywki, w której brali udział, oznacza zostanie władcami krainy ludzi. Zdobyta władza oraz fundusze na wygodne życie w nowym świecie, nie oznacza jednak spoczęcia na przysłowiowych laurach. W tomie drugim autor, stara się jeszcze mocniej zaprezentować wykreowany świat, oraz bohaterów, którzy mogą okazać się pomocni dla dwójki rodzeństwa. W ich głowach szybko rodzi się plan „podboju” wszystkich innych nacji, tak aby stanąć na czele światowego rankingu. Takiemu wyzwaniu nie mogli się oni oprzeć, tym bardziej że dopiero zajęcie pierwszego miejsca pozwoli im ponownie wyzwać boga, który sprowadził ich to tej rzeczywistości. Bezpośrednia i na wiele sposobów widowiskowa realizacja planów zaczyna się w części trzeciej, gdzie pierwszą poważniejszą ofiarą ich „growego geniuszu” ma stać się kraina zwierzoludzi. Piękne niewiasty o zwierzęcych uszkach i ogonkach to marzenie, któremu nie może się oprzeć napalony „no-life”, jakim jest Sora. Wyzwanie, jakie ich czeka, może okazać się jednak o wiele bardziej wymagające, niż początkowo się spodziewali.

Wszystko to brzmi dosyć prosto i nie ma co ukrywać, że takie jest. Specyfika gatunku „light novel” jak sama nazwa wskazuje, zakłada dostarczenie odbiorcy prostej, łatwej i przyjemnej historii (chociaż z tym ostatnim określeniem to bywa różnie i jest ono mocno subiektywne). Sięgając po serię No Game No Life w wersji książkowej, należy być przygotowanym na literaturę typowo młodzieżową, która nastawiona jest na nic innego jak tylko zapewnienie przystępnej i pod wieloma względami prostolinijnej rozrywki w klimatach „fantasy” (wersja mangowa czy anime ma te same założenia).

Cała seria podobnie jak wiele innych publikacji książkowych ma swoje wyraźne zalety i wady, które mogą zachęcić lub zniechęcić potencjalnego czytelnika do sięgnięcia po ten tytuł. Na sam początek warto zająć się pozytywny aspektami dzieła.

Sam pomysł wrzucenia do „baśniowego” świata (gdzie wszystko załatwia się przez gry), dwójki najlepszych graczy, którzy są mocno nieprzystosowani do życia w większym społeczeństwie, nie jest może czymś nadmiernie innowacyjnym, ale ma swój potencjał. Na podstawie pierwszych trzech tomów, ciężko wyrokować czy został ona należycie w serii wykorzystany. Da się jednak zauważyć, że fabularna energia dzieła, stopniowo się rozwija i oferuje czytelnikowi treści, które pochłania się dosyć szybko, chcąc poznać dalsze losy bohaterów. Mocną wartością dodaną tytułu są również dobrze nakreślone postacie. Mowa tutaj nie tylko o dwójce rodzeństwa, które siłą rzeczy musi pełnić tutaj ważną role, ale również o postaciach z dalszego planu, które swoją różnorodnością i odmiennymi charakterami nadają scenariuszowi ciekawej głębi. Trzecim ważnym i wyróżniającym się elementem tytułu jest jego warstwa humorystyczna. Jej specyfika sprawi, że nie każdy będzie musiał nią być zachwycony, jednak to właśnie ona w dużej mierze przyczyniła się do popularności całej serii. Mamy tutaj od samego początku do czynienia z prostymi żartami z podtekstem, które chwilami mogą być troszkę bardziej pikantne. Typowi klimat komedii „echii”, gdzie świecenie bielizną i dwuznaczne pozy są czymś zupełnie normalnym. Z tym elementem powieści wiąże się również specyficzna relacja dwójki bohaterów (przypominam, że są rodzeństwem), która co prawda nie przekracza pewnych prawnych barier, ale jest troszkę niepokojąca. Raczej nic nowego dla kogoś, kto jest obeznany z pomysłami twórców mang i anime, jednak nie radziłbym dawać do czytania książki komuś całkowicie postronnemu (pewnie doznałby delikatnego szoku kulturowego).

Tak jak zostało to już wspomniane, tytuł posiada również swoje pewne wady. Na pierwszy plan wysuwa się jego troszkę zbyt prosty scenariusz. Doskonale będzie pasować tutaj określenie, że nie każdy pisarz stanie się wybitnym twórcą scenariuszy mangowych, tak samo dobry mangaka nie będzie genialnym pisarzem. To, co sprawdza się w klimatach komiksowych, niestety nie ma przełożenia na książki. Komiks pewne swoje „uproszczenia” fabularne nadrabia warstwą wizualną w książce, jeśli autor odpowiednio czegoś nie rozpisze, to po prostu tego brakuje. Niestety, ale Yuu Kamiya zapomniał o tej prostej zasadzie i natrafimy tutaj na fragmenty, w których masa niedopowiedzeń czy absurdów będzie mocno biła po oczach (szczególnie bardziej wymagających fanów książkowego fantasy). Doskonałym przykładem może być tutaj zdolność do porozumienia dwójki głównych bohaterów z innymi postaciami w nowym świecie, pomimo tego, że nie potrafią oni odczytać tamtejszego alfabetu. Nie można się tutaj również spodziewać bardziej złożonych elementów historii. Co prawda jest kilka chwil, kiedy fabuła uderza w troszkę poważniejsze tony i można doszukiwać się w nich głębszej treści, jednak autor szybko przypomina nam, z czym mamy do czynienia, ucinając taki fragment „erotyczną” wstawką. Mocno widoczną wadą powieści jest również użyte tutaj słownictwo. Trudno jednak powiedzieć, czy jest to maniera samego autora, czy też może wada rodzimego tłumaczenia. Nie zmienia to jedna faktu, że pojawią się fragmenty, w których nawet 16-letni czytelnik (do którego głównie kierowany jest tytuł), będzie miał wrażenie, że ktoś traktuje go jak przygłupa.

Jeśli chodzi o dodatki graficzne (rysunki będące częścią składową light nowelek), są one ładne i przykuwające uwagę. Zarówno strony kolorowe, jak i te utrzymane w typowo mangowym stylu, są dopracowane i dobrze uzupełniają fabularną treść. Nie mam się również zbytnio do czego przyczepić, jeśli chodzi o tłumaczenie (pomijając niektóre użyte słownictwo). Większych wpadek językowych nie ma, całość jest poprawna.

Biorąc pod uwagę wszystkie zalety oraz wady, klaruje się obraz prostej, rozrywkowej powieści, która wielu zachwyci, innych zaś ze względu na swoją „specyfikę” niezbyt zachęci do poznawania przygód dwójki rodzeństwa. Na pewno po No Game no Life powinni sięgnąć fani wersji anime, którzy chcieliby poznać pełną historię. Jeśli ktoś jednak poszukuje tylko ciekawej i wciągającej powieści fantasy, to raczej radzę poszukać mu czegoś innego.

Hikikomori w baśniowym świecie, jednych zachwycą, innych niespecjalnie zainteresują.

Radosław Frosztęga


Dziękuję za udostępnienie tytułu do recenzji wydawnictwu Waneko.

 


Froszti
11 lipca 2020 - 11:23
Komentarze Czytelników
Dodaj swój komentarz